Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 277 249 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


MÓJ ŚWIAT TO EUFORIA

niedziela, 21 grudnia 2014 15:42

MÓJ ŚWIAT TO EUFORIA

 

Mój świat to euforia

Na drugim biegunie mieszkają lęki

Prawa strona mnie to schematy

Lewą stroną burzę je i niszczę

Tę niechcianą bolesną prawość

 

Podstawę mojego świata stanowi D

Jego nośną ścianą jest też M

Widok na świat stanowi przyjaźń z T

Spowija go mgła czyli ostre

Przeszywające szyderstwo

 

W moim odważnym świecie przyjaźnię się z S

Obok mnie (ale żre mnie i kąsa)

Inny świat w którym to niemożliwe

Który mnie przekreśla i izoluje

 

W mym odważnym samotnym świecie

Wiele przyjaciółek i drwiny za to

Co we mnie wulgarne i potępienie im

Za zazdrości i potwarz w plecy

 

Godzę te wszystkie światy czasami

W końcu roztrzaskując się jak karawela

O rafy ludzkiego bezczłowiecza uświęconego

I muszę włożyć duszę w ocean ognia konwenansów

 

I z trzaskiem i z sykiem spalam się

Jeszcze jednak raz jak Feniks...

Ile to już lat ile popiołów

Popioły jednak użyźniają Feniksy


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

*** (mam staromodny ogród - wiersz)

niedziela, 21 grudnia 2014 15:34

***

Mam staromodny ogród
Pełen kwiatów kwitnących
Od końca każdej zimy
Do jej początków
Tak bardzo kolorowych
I tak zniewalająco pachnących
Prawie jak moje wnętrze

Mam staromodny ogród
Pełen krzewów kwitnących
o owocach jadalnych
Oraz liściach ozdobnych
Są barwne smaczne i cieszące
Jak szerokość wielkości
Słów Fyrfla Gulgewanca

Mam staromodny ogród
Wypełniony starymi gatunkami
Śliw jabłoni Grusz
Są soczyste i słodkie
Jak ciasta Cioci Zosi
I ożywiają i są rozmowne
Jak Bimber i Nalewki Wuja Stacha

Mam staromodny ogród
Który zawsze możesz podziwiać
Który cieszy Twoje zmysły
Od świtu po ostatnią noc
Nie odgradzam go nowomodnie
Wysokim żywopłotem z tui i cyprysów
Cieszę się gdy przychodzisz
Głośno wyrażasz swój zachwyt
Bogactwem piękna kwiatów od frontu

Mam staromodny ogród
Z którego dumny jestem
Kiedy przychodzisz i mówisz mi
Dla wiosen twojego ogrodu
Warto dźwigać życia krzyż
Dla barw i smaków twojego ogrodu
Warto na tej ziemi być

I wiesz... dzięki tobie Namysłów ma sens

Wszystkim, którzy nie wierzą,

że mogę nie przeklinać


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

TAK, TO JEST UCZTA!

niedziela, 21 grudnia 2014 15:28

mk-polemiki.jpg

Nie wiem czy znajdę właściwe słowa, by opisać to co mnie spotkało, bo wielkość tego co doznałem może być ponad mój zasób słownictwa.

W bibliotece publicznej na półce z napisem „Dzieje Regionów" leżała sobie książka pani Czesławy Kosturek pt. „Poniemiecka kamienica”. Wypożyczyłem ją i zacząłem czytać - i rzeczywiście w tym miejscu trudno znaleźć odpowiednie słowa, by opisać to,  co przeżyłem i nadal przeżywam. Z wieloma treściami się nie zgadzam, na pewno inaczej odbieram i przeżywam, ale na szeroki przestwór wpłynąłem i oceany się we mnie rozlały ogromne, pełne wielu, wielu meandrów i doświadczeń. Dla kogoś takiego jak ja, to był gugl i turgor przechodzący w celebrację, podróż, odkrywanie i delektowanie się.

Książka tak mnie rwała wewnętrznie i targała myślami, że ło jo joj! Się człowiek gotuje! Wielka rzecz! Najpierw odkrywam wraz z panią Czesławą znaczenie rodziny i nie zgadzam się, bo z rodziną według mnie... A potem wychodzi na moje, bo jednak daje jej rodzina ciężkiego prztyczka - a z drugiej strony trzon rodziny jest jedną wielką miłością! Płynąć w to i konfrontować z ze swymi doświadczeniami i poglądami.... Boh Ty mój, Boh!

Pisząc, że siostry całość jej opowieści mogą widzieć inaczej, daje do zrozumienia, że dzieje i historię przeżywamy różnie i mamy prawo do różnej jej interpretacji. Jakież to ważne dzisiaj. Jak było sobie przekurwiście miło wyobrazić miny tych w N., którzy mają w rodzinie biskupów, kiedy Pani Kosturek napisała, a oni czytali o antyprawie i antysprawiedliwości za czasów kato-prawicowej PiS i że gnębili oni prawicowców, normalnie bezcenne doznanie. I ci dobrzy Niemcy, dobrzy ubecy, źli Polacy. Kłaniam się pani Czesławie w pas!

No i zastanawiam się, co teraz czuje pani Czesława - bo chyba zbyt pochopnie określiła się po stronie PO, kiedy okradli miliony polaków z drugiego filaru, kiedy nie pozwalają dożyć do emerytury - flirt z polityką zawsze niesie za sobą smród! Moja podróż rajska w poniemiecką kamienicę trwa. Napiszę jeszcze nauczycielom namysłowskim, że „jeśli jeszcze tej książki nie przedstawiliście wychowankom na lekcjach polskiego, historii, wychowania obywatelskiego, religii, to chujowi z was nauczyciele i tak naprawdę pizdy jesteście! Tych książek o Namysłowie i namysłowianach jest sporo i warto, warto je przeczytać i propagować - kto jeśli nie Wy, nie ja? - dlatego marsz do biblioteki i do wydawnictwa Namislavia w „domu partii” lub zamawiać mailem namislavia@poczta.onet.pl (www.namislawia.republika.pl). Tel. 603853353. Takie książki pisze się o Nysie, Borkowicach, Brzegu, Bytomiu, Lesznie, Sulęcinie, Olsztynie, Warszawie, Tomaszowie Lubelskim, Opolu itd. Dlatego kupujcie je i wynajdujcie - warto mimo, że jak to książki w Polsce są przekurewsko drogie, ale z drugiej stronie nie spalmy 3-4 paczek fajek, odmówmy sobie wątpliwych ciuchów czy wieczoru w „Tabu” z alkoholem, czy innych marnych uzależnień. Warto poznać skąd się jest, czym się jest, aby na przykład wytyczać nowe szlaki burząc stare chore przyzwyczajenia, które na kartach takich dzieł też znajdziemy.”

Jam dziecię PRL dlatego nie wyrażę swej wdzięczności inaczej jak górnicy wedle Barburki: - Towarzyszka Czesława Kosturek Niech Żyje! - a Wy za mną wykrzyknijcie jak ów cudowny chór górników...      

Z Wolnością więc i zdrówka życzę!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

BALLADY NIE TYLKO DLA POTĘGOWEJ CZĘŚĆ II

poniedziałek, 15 września 2014 23:03

BALLADY NIE TYLKO DLA POTĘGOWEJ CZĘŚĆ II

Czyli o pikutach, gwarze, zaklinaniu gwizdka z wikliny,

drzystce, źgocu i o smakowitych prażokach

 

Ze wspomnieniami jest jak kołem wodnym starego młyna – stosunkowo łatwo je uruchomić, gorzej z zatrzymaniem.

   

02.jpg

 

W części I „Ballady nie tylko dla Potęgowej” napisałem, że bardzo wiele zawdzięczam dzisiejszym czasom, nauce, postępowi - ale i wiele utraciłem. Utraciłem nie tylko ja, co mnie wcale nie cieszy! Komputery, tablety, konsole, iPody i inne tego typu ustrojstwa opanowały nasz świat, siedzą przy nich dorośli i dzieci, mężczyźni i kobiety. Ogarnęła nas szalona zamieć mnogich wirtualnych światów! Zatem w co się bawiły nasze dzieci, kiedy jeszcze tych gier nie było? Pytanie odnoszę zwłaszcza do środowisk wiejskich, bo w miastach bywały różne kluby, łatwiejsze dojścia do książek czy choćby do kina.

W co się – na przykład - bawiły dzieci w Kaźmirowie przed kilkudziesięciu laty? Przypuszczam, że bawiły się prawie tak samo, jak ich rówieśnicy gdzie indziej. Wprawdzie nie było tu klubów i kin, ale gry „w klasy”, „państwa i miasta” czy „w wojnę” były takie same. Nawet kilkaset lat przed naszą erą wymyślona przez Chińczyków „latająca Zośka” w ogólnych założeniach była taka sama i opierała się na niesamowitej zręczności (mówię o nożnym podrzucaniu szmacianą, bardzo sflaczałą piłeczką „z piórami w zadku”). Dużym powodzeniem cieszyło się odbijanie na różne sposoby gumowej piłki od ściany, przeskakiwanie przez rozciągnięte sznurki (lub gumki) i sprawdzona w swojej przydatności skakanka. Albo takie pikuty!... Czy w ogóle pamiętacie jeszcze co to są pikuty?

 

Pikuty, to jest gra dla wszystkich i może w nią grać kilka osób, ale moim zdaniem nie powinno ich być więcej niż sześć, bo inaczej gra staje się potwornie nudna. Żeby grać w pikuty wystarczy mieć nóż do rzucania i kawałek ziemi. Zadaniem każdego gracza jest rzucić nożem tak, aby się w ziemię wbił – oczywiście nożem nie rzucamy sobie byle jak, ale przyciskamy go ostrzem do skóry i wtedy nim ciskamy.  W rzucaniu jest 13 poziomów:

  1. MATKA - rzut ze środka wewnętrznej strony ręki;

  2. OJCIEC – to samo, ale ze środka strony zewnętrznej;

  3. MAŁY PALEC – rzuca się wtedy z małego palca;

  4. PALEC SERDECZNY – jak wyżej, ale z palca serdecznego;

  5. ŚRODKOWY PALEC – jak wyżej, ale z palca środkowego;

  6. PALEC WSKAZUJĄCY – jak wyżej, ale z palca wskazującego;

  7. KCIUK – nożem rzuca się wtedy z kciuka;

  8. ŁOKIEĆ - rzut z łokcia;

  9. RAMIĘ - rzut z ramienia;

  10. BRODA - przykłada się kciuk do podbródka i wtedy rzuca się z kciuka;

  11. NOS – rzut z nosa (tak samo jak z brody);

  12. CZOŁO – rzuca się z czoła (tak samo jak z nosa i brody);

  13. CZACHA - wtedy rzuca się z czubka głowy.

    Wygrywa gracz, który przejdzie wszystkie poziomy – ale jeśli któryś rzut nie wyjdzie bo nóż się nie wbije, trzeba poczekać na swoją kolejkę i zacząć wszystko od początku. Aha, były tam jeszcze jakieś „pstryczki” podczas których nóż „miał obowiązek”  wykonać pełny obrót i wbić się w ziemię, ale nie pamiętam, czy tym się kończyło rzuty, czy zaczynało. Mniejsza o to, bo nie we wszystkich środowiskach pikuciarzy pstryczki stosowano.

    Chłopcy uważają pikuty za grę bardzo męską – wszak nóż to bagnet (lub prawie bagnet), a oni „ach, cóż to za wojacy!”. Zaprosili kiedyś do gry ciocię Zosię z Namysłowa (czyli moją żonę), a ta ich bezlitośnie ograła, bo jak się okazało przez wiele lat zdobywała doświadczenie w pikutowych bojach ze swoim bardzo licznym rodzeństwem. Ale skąd chłopaki z Kaźmirowa mieli o tym wiedzieć? Bardzo przeżywali swoją „porażkę”, bo wiejskie dzieci są bardzo ambitne, pracowite, zaradne – i często mają wiedzę wprost bezcenną w środowisku miejskim.

    Nieco takiej wiedzy zawdzięczam swojemu ojcu, pochodzącemu z Kaźmirowa. Na przykład potrafił upiec ziemniaki w ognisku na polu tak, że ani „ździebko” nie były przypalone, miały chrupiącą brązową skórkę i wspaniały zapach. Próbowałem przedtem (teraz wiem jak!) sporządzić podobne na grillu, ale podobieństwo było niewielkie, a i to tylko w wyglądzie – czyli używając terminologii ojca: Daleka dupa oka!

     

    No proszę, w jaki wdzięczny sposób przeszedłem do kaźmirowskiej gwary! Ale przedtem wniosę trzy istotne uwagi:

  1. Tylko bardzo dojrzali mieszkańcy wioski posługują się gwarą „na okrągło” – ciut młodsi mówią polskim językiem literackim, gwarę chowają w sobie do rozmów „między swymi”, a o innych językach już nawet nie wspomnę, bo to dzisiaj norma znać ich kilka;

  2. Mój ojciec nie zawsze (choć często) używał gwarowych zwrotów, co mnie wprawiało w zachwyt, bo niektóre słowa brzmiały zabawnie, a wiele z nich  odbieram bardziej jako staropolskie niż gwarowe;

  3. Piszę tu o kaźmirowskiej gwarze, bo znam ją z Kaźmirowa, jednak oficjalnie może to być gwara wieluńska.

    Oto ulubione słówka i określenia mojego ojca, żywcem wzięte z „kaźmirowskiego narzecza”:

    - niekuniecnie - nieszczególnie (nie bardzo),

    - nicpoty - zły człowiek (pewnie źródłem jest zwrot „nic po tem”, „nic po tym”),

    - łoździw – głupek (z łozdziawioną… czyli z rozdziawioną gębą),

    - katong – czyli karton,

    - obuj się - załóż buty,

    - rozzuj się - zdejmij buty,

    - ciekać - szwędać się,

    - sewlyc (seblyc) - rozebrać się,

    - oblyc – oblec, ubrać, 

    - kiej – kiedy,

    - kole – obok,

    - zróbma tak - zróbmy tak,

    - pomińma to - zmieńmy temat,

    - pomknij się - odsuń się,

    - źgoc - tłuczek do ziemniaków,

    - daligo - rusz się,

    Podczas jednego z wypadów do lasu postanowiłem zrobić swoim dzieciom gwizdek z wiklinowej gałązki. Postanowić było łatwo, ale cholerne łyko za nic nie dawało się ściągnąć.

    - Bo ty to źle robisz, zapomniałeś o zaklinaniu – stwierdził ojciec i dodał - Wybierasz odpowiedni patyk, przycinasz na nim tak jak należy korę, a potem trzonkiem kozika opukujesz ją mówiąc przy tym takie zaklęcie:

    Uliń mi sie piscołecko
    Bo cie ciepne pod płot

    Podzióbie cie corno kura
    Jarzymbiaty kokot

    Wytrzeszczyłem oczy ze zdumienia, ale dwa gwizdki wyszły tacie doskonale, znaczy: coś jest na rzeczy z tym zaklinaniem. Poszczególne etapy produkcji „piscołecki” znajdziecie na załączonym do moich wspomnień zdjęciu.

     

    Bardzo mnie cieszą takie leksykalne „kwiatki”. Moja babcia Józefa (mama mojego ojca) miała dwie siostry: Antoninę i Marię – nazywałem je ciociami-babciami (wszak nie były to po prostu zwykłe babcie a i po imieniu zwracać się jakoś nie uchodziło). Wspomniane Panie należały do długowiecznych, co czasami objawiało się dość zabawnie.

    - Kozok, wiela tyz mioł lot ten chłop, co mu się niedawno zmarło? – zapytała mnie kiedyś znajdująca się już w bardzo podeszłym wieku babcia.

    - No, miał już siedemdziesiąt pięć.

    - Mój Boze, taki młody cłowiek!... 

     

    Ciocię-babcię Pisulową (o której pisałem w I części „Ballady”) otaczała spora gromadka wnuków, nad którą czasami trudno było zapanować, ale sobie świetnie radziła – wypadała ze swojej chatki, chwytała za oparty o ścianę duży drewniany tłuczek do ubijania ziemniaków dla trzody i wpadała między rozrabiającą czeredę, siejąc popłoch niczym piorun w kurniku.

    Mariola, moja kuzynka, zapytała wskazując na drewniany tłuczek, czy wiem co to jest i do czego służy?

    - No pewnie! - to jest tłuczek do ziemniaków dla świń.

    - E tam, wcale nie. To jest źgoc – a źgoc to jest takie coś, do bicia Pisulowych dziecków!

    Ciocia-babcia Pisulowa bić pewnie nie biła, ale i tak zgrozę źgocem budziła sporą. Kiedyś zapytała mnie, czy chciałbym się napić świeżutkiej maślanki, bo właśnie niedawno skończyła robić masło. No pewnie, że chciałem!

    - To idź do piwnicy (nie będę się przysięgał, ale chyba powiedziała: idź do sklepu!), tam bydzie taki bioły gornysek, to se nalij do niego z kierzonki.

    Był „gornysek”, była „kierzonka” i była maślanka, pachnąca smakowicie, z pływającymi w niej grudkami masła. Nikt mnie pilnował, to wypiłem aż dwa kubki owej ambrozji.

    - Coz cie tak długo, kozok, nie było? Ni mogłeś znajść? – zapytała ciocia-babcia Antonina.

    - Znalazłem, ale to taka pychota, że wypiłem dwa kubki.

    - Wiela?... Dwa?... Ło ranyści – to teroz bydzies mioł drzystkę!

    No i wykrakała, miałem drzystkę jak cholera, ale jak widać przeżyłem - już choćby tylko po to, aby dopisać jeszcze kilka kaźmirowskich słówek:

    kokot – kogut,

    struga - mały strumyk,
    kozik - scyzoryk z jednym ostrzem,
    przycok - początek i koniec pola, takie poprzeczne „wykończenie”,

    podwyrko – podwórko,

    gornysek – garnuszek,
    kierzonka – naczynie (często z drewnianych klepek) do robienia masła,
    aby – tylko,

    galancie  - dużo,

    szkopek – wiaderko,

    kołacz (wzgl. kołoc) - duży bochen chleba,

    krasić - polać kaszę (bądź ziemniaki) tłuszczem ze skwarkami,

    niecka - podłużne naczynie do zarabiania ciasta,
    prażoki (prażuchy)  - potrawa z ugniecionych gotowanych ziemniaków.

    Podobno są takie regiony, gdzie prażoki nazywane są „dziadami”, ale jaki to miałoby związek z twórczością Mickiewicza?

     

    Czy wiecie jak smakują kraszone prażoki z kapuśniakiem, surówką z kapusty kiszonej, czy choćby gornyskiem wspaniałej, domowej maślanki? Ci co wiedzą, szczęśliwi są – pozostałym bardzo współczuję. Ale już śpieszę z łatwym do realizacji i tanim przepisem:

    Potrzebujemy mendel (a liczcie, nie ma łatwo!) średniej wielkości ziemniaków, 1 łyżkę soli, z 4 czubate łyżki mąki pszennej i stopiony smalec ze skwarkami i cebulką.

  • Ziemniaki obieramy, płuczemy i gotujemy w osolonym wrzątku około 20 minut. Na wierzch wsypujemy mąkę (staramy się równą warstwą, tak żeby nie była w jednym miejscu, a im mniej damy mąki tym prażoki będą bardziej miękkie). Pod niedomkniętą pokrywką gotujemy jeszcze z 10 minut. Odcedzamy ziemniaki, pozostawiając troszkę wody z gotowania, ale bardzo mało. Drewnianą pałką ugniatamy ziemniaki z mąką na jednolitą masę. Trzeba to robić dokładnie, aby w owej masie nie było grudek mąki. Najlepiej jeśli mamy pomocnika, który będzie trzymał garnek podczas ugniatania, aby się nie przesuwał. Jeśli masa jest ciut za sztywna, dodajemy odrobinkę wody z gotowania.

  • Natłuszczoną łyżką nabieramy masę i zrzucamy ją na talerz, formując na kształt mniejszych pierogów lub większych kopytek. Polewamy to usmażoną ze skraweczkami (spyrkami) cebulką – i podajemy! Są pyszne nie tylko świeże, ale również odsmażone. Jeśli pozostanie nam w garnku masa, trzeba ją od razu przerobić na prażoki i ułożyć na talerzu, bo jeżeli będą leżały na sobie, to się tak skleją, że będziemy mieli „coś”, mało eleganckie w wyglądzie.

    Bardzo już schorowany mój ojciec zatęsknił kiedyś za prażokami i namówił mnie na udział w produkcji ziemniaczanego smakołyku (przyznam się, że długo namawiać nie musiał). Miałem podsmażyć boczek z cebulką i kupić maślankę mrągowską, bo najsmaczniejsza. Pichceniem mieliśmy się zająć obaj. Mama wstawiła „na ogień” ziemniaki – i czekamy aż się zagotują. Czekamy i czekamy, a ziemniaki wciąż „kuloodporne”, bo były młode i skądś importowane.

    Prażoków nie było tego dnia, ale zapamiętałem na zawsze, że polskie prażoki najlepiej sporządzać z „bardziej dojrzałych” polskich ziemniaków.

     

    Bardzo opustoszał znany mi „kaźmirowski świat” – ostatni próg przekroczyła babcia Józefa, również ciocia-babcia Antonina i jej mąż Marcin Pisula (obdarzony znakomitym poczuciem humoru świetny gawędziarz), ciocia-babcia Marysia (i jej mąż), Józek Pisula (ulubiony kuzyn mojego ojca, a przy tym znany w całej, dość obfitej, rodzinie ze sporego poczucia humoru i niemalejącego „zacięcia urwisowskiego”), mój ojciec, wujek Tadek (mąż cioci Basi)… No nie! – tutaj muszę się zatrzymać z wyliczaniem i chociaż trochę powspominać.

    Kiedy zabrakło cioci-babci Pisuliny, byłem przekonany, że już nigdy nie będę jadł chlebowych smakowitości i wtedy powstałą lukę wypełniła swoim sercem ciocia Andzia – żona Józka Pisuli. To ona, zawsze na wieść, że przyjechałem do Kaźmirowa, piekła specjalnie dla mnie ogromny bochen chleba. Bywało, że tak parę razy w roku!

    Wujek Tadek to w mojej pamięci cały serial sympatycznych, często zabawnych wspomnień. Jestem ojcem chrzestnym jego najmłodszej córki, Iwony. Bywało, że czasami wypiliśmy po kielichu dobrego trunku (no dobrze!… po parę kieliszków), a jeżeli nam zabrakło, to Tadek własnoręcznie sporządzał „ajakoniak” – dobre to było, choć czasami wyglądało paskudnie, kiedy z rozpędu razem z żółtkiem do spirytusu wlatywało mu białko.

    Kiedy Iwonka wychodziła za mąż, to zaproszono i mnie na wesele. Pożyczyłem od kumpla Syrenkę i pojechałem. W Kaźmirowie pod kościołem „złapałem kichę”, o czym dowiedziałem się dopiero pod Domem Weselnym, więc tam zabrałem się za naprawę. I miałem za swoje: za jasną sasankę nie umiałem założyć opony na felgę, szarpałem się półtorej godziny, pot lał się ze mnie strumieniami, z kilku łyżek do opon zrobiły mi się korkociągi – i nic, bo to trzeba znać sposób. W drzwiach stanął wujek Tadek. Elegancko ubrany, niósł dwa dość spore kielichy wódki.

    - Kazik, ty jesteś chrzestny?

    - No ja, przecież wiesz!

    - Niby wiem, ale jak chciałem się z tobą napić za zdrowie młodej pary, to nigdzie cię nie było.

    - Bo prawie dwie godziny morduję się z oponą, ale ja swoje, a ona swoje.

    - Dwie godziny?!... No  widzisz, a gdybyś przyszedł z tym do mnie, to opona byłaby dawno tam gdzie trzeba, a my kończylibyśmy drugą butelkę…

    Podczas tej przemowy Tadek „wkopał” oponę na felgę, nie wypuszczając kielichów z rąk i nie wylewając z nich ani kropelki, czym osłabił mnie niebotycznie. Nieustannie będę pamiętał jego uśmiech i zrównoważony bez względu na okoliczności ton głosu. Serdecznym ciepłem wypełniona jest jego żona - Basia, i córki – Mariola, Dorotka i Iwona. Córki są już mężatkami i mają swoje dzieci, ale jestem przekonany, że tworzą swoje rodziny według wzorców zapamiętanych w domu.  I to jest piękne, bo w pewnym sensie ich świat stał się moim światem – przynajmniej w połowie, bowiem druga połowa związana jest kresami, z ludźmi „zza Buga”, a konkretnie z Brzeżanami,  skąd pochodziła moja matka  

    Ale to już zupełnie inna historia.

     

Do II części wspomnień dołączam swoją balladę pt. ZADUMANIE. Tłem do niej są stare zdjęcia cudem ocalałe, a zatem cenne niewątpliwie: http://youtu.be/TMLo3r3WETM

 

KaJ


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

BALLADA NIE TYLKO DLA POTĘGOWEJ

poniedziałek, 15 września 2014 22:50

 

01.jpg

 

 

Od strony podwórka chatka miała drzwi – bardzo niskie wprawdzie, ale za to z wysokimi progami. Za jednymi niewielka sień poprzedzająca wejście do izby, a za drugimi kryło się tajemnicze miejsce, często pachnące najcudowniejszym na świecie zapachem dopiero co upieczonego chleba – to tutaj  ciocia-babcia Antonina rozpalała ogień w piecu chlebowym, piekła ciasta i chleby, przesuwając je w różne miejsca zależnie od potrzeb specjalnym sprzętem na długich tykach.

Kto nigdy nie jadł takiego chleba, posmarowanego świeżym, zrobionym w domu masłem lub obłożonego boczkiem z własnej wędzarni, ten nie tęskni za takim jedzeniem, bo nie wie co stracił. Ale ja wiem – dlatego tęskno mi Panie!

Już nawet nie wspomnę o świeżej maślance, w której pływały grudki masła i o pomarszczonych wisienkach wyjętych z butli w której ciocia-babcia Antonina robiła wino, i o innych stu delicjach też nie wspomnę, aby nie rozszarpywać swojej duszy.

Niedaleko od chatki znajdowało się inne tajemnicze urządzenie – studzienny żuraw. Nie pamiętam już smaku wody, pamiętam, że zawsze była chłodna – dzisiaj pewnie nie nadawałaby się do picia, bo tak dokładnie i dogłębnie pozatruwaliśmy wszystko wokół. Wytruliśmy ryby pływające w rowach między polami (łapałem je na „oczka” z końskiego włosia), wytruliśmy całkiem spore raki w pobliskiej rzeczce, a nawet „przepędziliśmy” z pobliskich lasów ogromne borowiki i dumne kozaki – trzymały się dość długo, ale się wyniosły diabli wiedzą dokąd. Że nie poznają tego wnuki moje, dlatego smutno mi Panie!

Kiedy nad wioską srożyła się trzaskająca piorunami burza, wtedy jej mieszkańcy truchleli, a starsze kobiety zapalały gromnice i umieszczały je w oknach, wierząc w antypożarowy cud, wszak ogień wśród słomą krytych dachów roznosił się niewiarygodnie szybko. Motopompy uruchomić nie można było, bo w czasach które wspominam nie było we wsi prądu, zaś strażacy ciągali ręczną pompę konno i musiało ciut potrwać zanim dojechali. Zapalane w oknach gromnice pewnie spełniały swoje zadanie, bowiem pożary postawały nieczęsto.

Wiele zawdzięczam dzisiejszym czasom, nauce, postępowi… ale i wiele rzeczy odeszło w cień – utraty niektórych bardzo żałuję.

W świat cieni odeszła także ciocia-babcia Antonina, zawsze pełna dobrej energii i wspaniałego humoru. Jej poświęcam dobre wspomnienia i utwór Stachury „Ballada dla Potęgowej” – niech tutaj będzie to Ballada dla Potęgowej i Pisulowej. Posłuchajcie jej, a ja sobie jeszcze powspominam, bo mam co…

http://www.youtube.com/watch?v=Y0YnZTNnIqs

 

Album ze zdjęciami znajduje się tutaj:

http://www.webalbumy.nok-namyslow.pl/ballada-nie-tylko-dla-potegowej/

 

KaJ


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


Licznik odwiedzin:  52 324  

O moim bloogu

Opinie, polemiki, felietony, zapiski podróżne.

O mnie

Praca: do niedawna prowadził prywatną działalność gospodarczą, był współwłaścicielem Gazety Ziemi Namysłowskiej, przez pewien czas pełnił obowiązki red. naczelnego w namysłowskim „Magazynie Powiatowym”, był redaktorem w „Panoramie Opolskiej”, redaktorem technicznym w „Gazecie z Głogówka:” reporterem Radia SUD, jest mlodszym instruktorem w Namysłowskim Ośrodku Kultury, opiekunem KMT „Wena”.
Wyróżnienia: Dyplom honorowy wojewody opolskiego za aktywną działalność na rzecz rozwoju ruchu artystycznego i społeczno-kulturalnego, 25 dyplomów i listów gratulacyjnych za prace w upowszechnianiu kultury w lokalnym środowisku, 16 nagród i wyróżnień literackich, 3 wyróżnienia w ogólnopolskich konkursach recytatorskich (w tym srebrna i brązowa odznaka recytatora), dyplom uznania jednostki wojskowej (!), list pochwalny za pracę zaopatrzeniowca i magazyniera w ZRB MZEAS... i Medal XXXX lecia PRL (sic!)... Tego typu wyróżnień jest dużo więcej, ale kto by to liczył.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 52324