Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 277 249 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


TAKI PEJZAŻ

piątek, 23 listopada 2012 13:43

 

Galeria Starostwa udostępniając 14 listopada prace młodych plastyków z Gimnazjum nr 2 w Namysłowie, w ogóle uczyniła to po raz dwudziesty – warto pamiętać o tym jubileuszu, bowiem i eksponaty, i ich twórcy na to zasługują. Wspaniałych obrazów jest siedemdziesiąt i osiem, zaś twórców dziewięcioro, a są nimi: Natalia Szkutnik, Agata Hanejko, Julia Kosikowska, Kamil Klucowicz, Patrycja Sokół, Agnieszka Tańska, Klaudia Ostrysz, Wojtek Krzesaj i Weronika Wiertel („Woły na Ukrainie” na parterze). Jest i dziesiąty twórca, bowiem wśród obrazów znajduje się pięć wykonanych przez opiekunkę młodych plastyków, Danutę Okularczyk, nauczycielkę z wspomnianego już Gimnazjum nr 2.

Tytuł wystawy tylko z pozoru nawiązuje do znanego utworu wykonywanego ongiś przez Ewę Demarczyk – po prostu autorom wystawy podobał się właśnie taki tytuł.  

Trudno też mówić o jakimś sprecyzowanym stylu, ponieważ autorami oryginałów są mistrzowie pejzażu,  m.in. Claude Monet, Władysław Podkowiński, Jan Stanisławski, Van Gogh, Julian Fałat i Leon Wyczółkowski.

 

 

Wprawdzie rozróżniamy pejzaże sielskie, marynistyczne (marina), przedstawiające scenę miejską (weduta), czy pejzaż ze sztafażem (z pojawiającą się postacią ludzką lub zwierzęcą), to przecież uwzględnić trzeba także współczesnego ducha, futurystyczne ujęcia i  tzw. „wariacje na temat”.

- Mam nadzieję, że wystawa odbędzie kilka podróży, może nawet do Wołczyna – mówi Danuta Okularczyk. - W starostwie, przypuszczam, ta wystawa będzie wisiała do połowy stycznia przyszłego roku.

Czy zdarzają się takie sytuacje, że po wystawie zjawiają się chętni do zakupu jakiegoś obrazu? – pytam Panią Danutę.

 

 

- Oj tak. Bardzo często. My nie prowadzimy działalności gospodarczej, więc nie zajmujemy się sprzedażą, ale ponieważ wiem kto namalował ten czy inny obraz, mogę poprosić młodego artystę aby zechciał namalować osobie zainteresowanej jeszcze jeden obraz. Natomiast jeżeli chodzi o materiały malarskie to liczę na sponsoring Starostwa Powiatowego - a muszę powiedzieć, że jestem tutaj częstym gościem. Nie wiem nic o przyszłych wystawach, jeszcze się nie zastanawiałam… Może „macierzyństwo”? Ale to jest trudny temat. W każdym razie nie chciałabym, aby wszystko poszło tradycyjnym torem -  rocznica śmierci, rocznica urodzin etc.

Nawiązując jeszcze do tytułu wystawy - najwięcej jest tutaj wedut, stanowiących interesujące portrety miast ale jest też sporo sztafarzy - uważny widz z pewnością dostrzeże pojawiającą się w kilku miejscach „zaczarowaną dorożkę”. Zauroczyła mnie…

Pamiętacie jeszcze wiersz K.I. Gałczyńskiego „Zaczarowana dorożka”?

 

(..) Może chciałem za miasto?
Człowiek pragnie podróży.
Dryndziarz czekał i zasnął,
sen mu wąsy wydłużył
i go zaczarowali
wiatr i noc, i Ben Ali?
Zaczarowany Dorożkarz
Zaczarowana Dorożka
Zaczarowany Koń.

 

Kazimierz Jakubowski


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

W POSZUKIWANIU CIEPŁEGO UŚMIECHU

niedziela, 18 listopada 2012 12:20

 

Niedawno na blogu „OPOWIEŚCI KAJA” zamieściłem krótki felietonik zatytułowany „Made by Dorotka”. Dzisiaj odwiedziłem wspomnianą wówczas galerię. Okazuje się, że galeria się rozrosła i obejmuje już sześć albumów – bo jakoś to należało podzielić tematycznie. Bardzo podobały mi się podkładki zrobione zapewne z myślą o miłośniku gitary basowej.

 

  

 Reszta tutaj: https://picasaweb.google.com/117537484706225260138

 

Boże Narodzenie już „na horyzoncie” toteż jeden z albumików zawiera wyłącznie ozdoby Bożonarodzeniowe – jedną postanowiłem przedstawić ad oculos:

 

  

 

Więcej można obejrzeć klikając w link poniżej, do czego zachęcam – w galerii Doroty można bowiem znaleźć całkiem sporo powodów do uśmiechu.

 

https://picasaweb.google.com/117537484706225260138/OzdobyBozonarodzeniowe#

 

KaJ


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

PIERWSZE MIEJSCE DLA NAMYSŁOWSKIEJ „GAMY”

niedziela, 11 listopada 2012 20:00

 

XVII edycja Wojewódzkiego Festiwalu Pieśni Patriotycznej „Tobie Polsko” odbyła się 27 października 2012 roku w Olszance. Organizatorem Festiwalu jest tamtejszy Urząd Gminy, zaś celem popularyzacja wszelkich pieśni o Ojczyźnie - zwłaszcza tych, w których znajdują się akcenty patriotyzmu i walki o niepodległość.

W tegorocznej edycji Festiwalu wzięło udział 77 uczestników. Koncert 23. wyłonionych laureatów odbył się 10 listopada w Kościele Parafialnym w Pogorzeli i tam też ogłoszono oficjalne wyniki. Wśród laureatów znajdowało się czternaście zespołów – między innymi Zespół „Gama”  ze Szkoły Podstawowej nr 4 w Namysłowie, w składzie: Laura Wróblewska,  Błażej Jankowski,  Sylwia Kocot, Agata Spór, Magda Szachuń, Julia Latusek, Justyna Frysztak, oraz Wiktor Troczka. Gościnnie wystąpili: grająca na gitarze klasycznej Katarzyna Fiała (1 LO), oraz  grający na bongosach Andrzej Pączek (3 Kl. Gm. Nr. 2). Prowadzony przez p. Kazimierza Fiałę zespół zaśpiewał dwie piosenki - „Biały Krzyż” i „Pierwsza kadrowa”.

 

 

Za wspieranie zespołu członkowie „Gamy” serdecznie dziękują Dyrektorowi SP4 Namysłów - Piotrowi Lechowiczowi i Adamowi Zającowi - Dyrektorowi Namysłowskiego Ośrodka Kultury.

Nagrody Laureatom Festiwalu ufundowali: Marszałek Województwa Opolskiego, Starosta Powiatu Brzeskiego, Agencja Promocji Inwestycji Spółka z o.o. w Warszawie, Zarząd SAG Elbud Gdańsk S.A. w Gdańsku.

 

Kazimierz Jakubowski

Zdjęcie z kolekcji zamieszczonej w „Picasie”

przez Kazimierza Fiałę


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

LISTOPAD TO DLA MNIE DŁUGIE WIECZORY

niedziela, 11 listopada 2012 19:54

 

Bardzo miło mi się czytało Pana felieton listopadowy na MEANDRACH. Wprawił mnie on w pozytywny nastrój, stonował emocje i sprawił, że zacząłem się zastanawiać. Pod felietonem ktoś dał komentarz, że mu jest szkoda lata. Generalnie to mnie też ciągnie jak cholera na Półwysep Iberyjski, ale jest tam jeden szczegół, który mnie niepokoi. Tam do zmroku sjesta, a po zmroku fiesta, więc nie wiem czy moja polskość wyssana z mlekiem matki tam się nadaje. Listopad - tak właściwie prywatnie bym określił Polskę i Polaków. Zastanawiałem się skąd się bierze w nas ta niechęć do listopada i doszedłem do wniosku, że zaczyna się ona już pierwszego dnia. Jak mówi moja Małżonka, z obawą zawsze czekała na ten dzień, bo to oznaczało już od najwcześniejszych lat dziecinnych kilkugodzinne wystawanie przed grobami zmarłych krewnych na cmentarzu w Wilkowie i nijak nie szło się z tego wywinąć, bo być tam musieli wszyscy. Poubierani w najlepsze buty i futra czy kożuchy. Stała karnie i obowiązkowo cała rodzina, która zewsząd się zjeżdżała. Celebracja kościelna trwała faktycznie kilka godzin. Msza, procesja, a potem wypominki. Wszyscy zgrzytali zębami i przebierali nogami, ostatecznie czas umilając sobie obgadywaniem innych i przechwałkami, co to kto sobie nie kupił i jak to sobie wszyscy świetnie radzą i jakie to cudowne i genialne dzieci i wnuki mają. Nieobecność na tej uroczystości była grzechem i przestępstwem strasznym, a nad wszystkim czuwał patriarchat, który zwoływał wszystkich nad groby. Z biegiem czasu dopiero kilkanaście wiosen mając Małżonka zbuntowała się i zaczęła brać ze sobą jedzenie i termos z kawą, za nic sobie mając powszechną gderliwości i obgadulstwo. Dziś nadal te zjazdy są tam praktykowane, ale już powszechnym jest piersiówka i grzanie się bezogniskowe, co dodaje energii do powszechnego narzekania i zarazem chwalenia się osiągnięciami! Tak jak to jest u Pana w felietonie, coraz mniej nas tam stoi, a coraz więcej trzeba palić zniczy, no i trzeba w coraz to nowe miejsca jeździć by zapalić te znicze, tak że dobrze iż w tym roku w sumie cztery dni były tych świąt. Za Matki Nieboszczki Komuny większość moich bliskich żyła jeszcze, tak że jeździliśmy tylko za Wieluń lub do Lublina na Wszystkich Świętych. Wtedy było skolko ugodno pociągów i autobusów, więc z ich okien obserwowałem wracając te niesamowite, dech zapierające łuny nad cmentarzami, bo i znicze były zupełnie inne, a tym samym atmosfera jedyna taka na całym świecie! Wtedy były to bardzo podniosłe święta, a potem pamiętam wczesną III RP, kiedy pojechałem do rodziny do Dziadowej Kłody, to oni zabrali mnie do miejscowego domu kultury, gdzie odbywała się dyskoteka! Dziś jak przyglądałem się zachowaniom ludzi, to okazja do spotkania rodzinnego i często dania niezłej bani, no i może to dobrze, że tak sztywno nie jest. Kłam brakowi grzybów zadała już drugiego dnia listopada moja znajoma Pani Jadwiga, która pokazała mi dużego Prawdziwka, ja sam postanowiłem to zweryfikować, wybierając się w niedzielę czwartego listopada do lasu za elektrownię. Nazbierałem pół tzw. ekologicznej foliówki podgrzybków i gąsek. Pogoda tego dnia była iście wiosenna, a więc nie zawsze ponurość. A że wieczorem jak się wyjdzie na spacer często zacina deszcz i chłoszcze wiatr, to wtedy bardziej się czuje, że się żyje i że jesteśmy tymi Chrystusami Narodów i że radośnie cierpimy za amerykański cud gospodarczy, bo przecież to MY....

Listopad to dla mnie długie wieczory, kiedy mogę do woli się naczytać. Teraz na przykład spokojnie przeczytałem zeszyt z Aneksu Twórczości Artystycznej 2012 roku, delektując się dziełami czy to Doroty czy pani Wołczańskiej, której radziłbym dopisać to co w Polsce się zmieniło przez jej czyn, to mogło by być ciekawe, prawdę mówiąc samemu mnie korci. Najbardziej podniosłym momentem całych tych świąt jest dla mnie zapalenie znicza najczęściej pod krzyżem, czy gdzieś na grobie nieznanego żołnierza przy którym mogą się ogrzać duszę tych zapomnianych już przez prawie wszystkich z naszą pamięcią. To jest cudowne, bo tak wiele grobów już nie ma, a kości tak wielu wylądowały często na śmietniskach czy zarosły lasem, lub są częścią składową pola, które nas żywi. Listopad broni się bardzo przed zimą, która ostatecznie zniszczy resztki tego, co jest latem, a więc te kilka nagietków, które jeszcze kwitnął na mojej działce, tę różę, która gdzieś tam dopiero jest majestatyczna i piękna, pod balkonem jednego z reymontowskich bloków, a chryzantemy? To jest dopiero sedno listopada, którego wspaniałości nie da się oddać w żaden sposób. Kiedy stąpam po brunatnych liściach, to zastanawiam się co dzieje się z tym bagażem doświadczeń, przeżyć, doznań, które nagromadziliśmy w sobie przez całe życie? Czy to wszystko niknie w otmętach nicości, czy może jest jakąś pulą, z której w jakiś magiczny sposób mogą korzystać następne pokolenia, no więc, że jednak warto było tu przybyć. Około połowy miesiąca zaczną na niebie przemykać roje meteorów - tzw. Leonidów. Ponoć jeśli niebo bezchmurne widowisko jest przepiękne i warto wieczorem wyjść na "leonidowy spacer". Czy Leonidy wniosą pozytywna energię w nasz czas? Czy zabiorą morowe powietrze po narodowym święcie? Bo że ono powstanie to jest pewne. Czy tylko przemkną po nieboskłonie budząc iskrę ciekawości, która zgaśnie wraz z ich zniknięciem. Dla mnie listopad zawsze tez będzie kojarzył się z niesamowitą i przepięknie smutną balladą zespołu Guns’n Rosses - November Rain.

Ten wiersz Gałczyńskiego jest bardzo dobry, a zwłaszcza bardzo dobra jest rada w nim zawarta, ale kto czyta wiersze, kto jeszcze je należycie zinterpretuje, ilu z nas wprowadzi w czyn? Kończę życząc Panu pozytywnego ze wszech miar listopada.

 

mk

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

NA JARMARKU I ODPUŚCIE

poniedziałek, 05 listopada 2012 11:39

 

Stałem pod ogromną lokomobilą pamiętającą początki ubiegłego stulecia i podziwiałem mechanizmy tej imponującej maszyny. Refleksje nad potęgą ówczesnej inżynierii w pewnej chwili zakłócił mi intrygujący zapach wiejskiego pieczywa. Obok mnie trójka dzieciaków z rodzicami pałaszowała jasny, ładnie wrośnięty chleb ze zrumienioną skórką. Matka w jednej ręce trzymała niewielki bochenek i wszyscy odrywali z niego kolejne kęsy. Musieli podejść przed momentem bo od dziecka znam zapach pieczywa, które właśnie wyjęto z pieca. W jednej chwili stanęły mi przed oczyma bochny cioci Władzi spod Bąkowej Góry, ukraińskie korowaje z Mielnicy Podolskiej i tatarczuchy z Żarek. Przypominały się zapachy tunezyjskiej tabouny, uzbeckich lepioszków i norweskiego lefse. Zamyślony przysłuchiwałem się rozmowie obok. Pogryzając chleb ojciec zajmująco opowiadał dzieciom o niegdysiejszym, wszechstronnym wykorzystaniu lokomobili. Sprzężona z inną maszyną mogła orać pole, poprzez pas transmisyjny napędzała młockarnię, śrutownik, wialnię a nawet niewielki młyn. Najstarszy chłopiec w mig pojął kolejność procesów poprzedzających powstanie kanapek wkładanych przez matki do szkolnych tornistrów dzieci. Dobrze też, że są okazje by młode pokolenie dowiedziało się czegoś o życiu codziennym przodków. Coraz częściej organizowane jarmarki, wiejskie festyny, warsztaty kulinarne i pokazy znakomicie się do tego nadają.

 

Szukając chlebowego pieca mijałem kolejne stoiska plenerowej imprezy „Pyra Poznańska” zorganizowanej na terenie Muzeum Narodowego Rolnictwa i Przemysłu Spożywczego w Szreniawie. Przyglądałem się smażeniu powideł w wielkim miedzianym kotle, tłoczeniu oleju rydzowego, obróbce lnu i pracy gospodyń przy kołowrotkach. Kosztowałem dżemu z rokitnika, litewskich kartaczy, nalewki sporządzonej na majowych pędach sosny i pyrów z gzikiem. Wszędzie czymś zachęcająco pachniało. Tu pieczoną na ruszcie golonką, tam żurem z kiełbasą a dalej konfiturą z zielonych pomidorów i racuchami. W pewnym momencie zapach chleba zdominował mieszaninę innych aromatów. Między pawilonem eksponującym serowarskie konwie a wystawą uli figuralnych trafiłem na trzy wolnostojące piece chlebowe. Jeden z nich był akurat używany. Krzątający się obok piekarz czyścił drewnianą łopatę z długim trzonkiem, sprawdzał konstrukcję dużego wiklinowego kosza, poprawiał czepek. Spora grupa podekscytowanych uczestników imprezy czekała na efekt jego pracy. Gdy mistrz piekarskiego dzieła stwierdził, że chleb nie jest jeszcze gotowy, zaczął odpowiadać na pytania gości. Zanim skosztowałem wypieku dowiedziałem się więc, że piec został przeniesiony do muzeum ze wsi Albertowsko w gminie Grodzisk Wielkopolski. Zbudowany ponad wiek temu z kamienia na ceglanej podmurówce służył folwarkowi a za opłatą także okolicznym chłopom. W okresach przedświątecznych nie mógł nadążyć z wypiekiem bo oprócz chleba powszedniego pieczono w nim wszelkiego rodzaju ciasta, powidła i zapiekano mięsa. Cykl pracy pieca trwa około 4. godzin. Wszystko zależy od temperatury powietrza, wilgotności i rodzaju ciasta. Po wypaleniu się drewnianych szczap sprawdzana jest temperatura komory. Szczypta mąki rzucona na szamot powinna się zaróżowić. Wtedy niezwłocznie wkłada się uformowane ciasto i czeka, jak najrzadziej zaglądając do środka. Doświadczony piekarz bezbłędnie potrafi ocenić moment, gdy bochenki wystarczająco wyrosły, skórka zyskała właściwą barwę i fakturę. Tylko nielicznym udaje się ten moment określić ufając własnemu zmysłowi węchu. Nasz piekarz znał się na swym fachu jak mało kto. Słuszna ilość bochenków pszenno - żytniego razowca na naturalnym zakwasie z tego wsadu rozeszła się błyskawicznie.

 

Godnym zapamiętania kulinarnym przeżyciem grupa myśliwych z Holandii nazwała skromny posiłek u pani Agnieszki. Mieszkańcy jednej z licznych niderlandzkich aglomeracji zjeździli ze strzelbami kawał świata i z niejednego pieca chleb jedli. Nigdy jednak nie kosztowali podpłomyka pieczonego na rozgrzanym kamieniu podanego na ciepło z miodem wrzosowym. To zdarzyło im się dopiero w gospodarstwie agroturystycznym „Bobrowa Dolina” w Bornem Sulinowie. Oblizując się z zachwytem wielokrotnie sięgali po kolejne porcje posmarowane śliwkowymi powidłami, gorącym smażonym serem i konfiturą z berberysu. Uczyli się przy tym wymawiać skomplikowane dla nich słowiańskie wyrazy: podpłomyk borneński, wychopieniek, perepiczka. To regionalne nazwy najprostszego naszego wypieku. Podpłomyki na kamieniach pieczono w naszej strefie klimatycznej już w Średniowieczu. Do sporządzenia ciasta wystarczała wtedy mąka i woda, czasem z dodatkiem ziół albo suszonych jagód. Nawet sól długo była luksusem. Gdy powstały pierwsze piece chlebowe pieczenie podpłomyków pozwalało sprawdzić rozgrzanie komory. Rzucano do niej kilka płaskich placuszków i zdrowaśkami określano czas pieczenia. Podpłomyki były namiastką chleba na przednówku, stanowiły datki dla biedoty albo zapłatę za drobne usługi.

Zwiedzając niedawno stoiska „Smaków Regionów”, imprezy kulinarnej towarzyszącej corocznym targom Polagra, pod jednym dachem mogłem pokosztować kilku setek tradycyjnych specjałów polskiej prowincji. Znane masarnie, piekarnie i browary a także maleńkie zakłady przetwórcze i stowarzyszenia pasjonatów swojskiego jadła oferowały menu warte grzechu obżarstwa. Pogranicze polsko – litewskie zapraszało na gorące kluchy ziemniaczane z mięsem zwane cepelinami, wędzone wieprzowe uszy i girę, naturalny kwas chlebowy. Spora kolejka chętnych ustawiła się do degustacji legendarnego czarnego chleba wileńskiego. Wypiekany z kilku rodzajów mąki razowej, na zakwasie, często z dodatkiem miodu, kminku i innych przypraw cieszy się renomą od stuleci. Opowiadając o tradycjach wykorzystania tataraku gospodynie z Pełczyc częstowały targowych gości domową nalewką, własnej produkcji dżemem i swojskim chlebem. Wszystko sporządzono na bazie tataraku, którego lokalne święto obchodzi się w pełczyckiej gminie od niedawna. Dwadzieścia lat działa tłoczarnia państwa Just ze Śmiłowa koło Szamotuł. Na zimno wyciska się w niej olej z rzepaku, dyni, lnu a nawet z rzadko dziś uprawianej lnianki, zwanej  też rydzem lub rydzykiem. Jedząc maczane w oleju rydzowym kawałki pulchnej pszennej bułki odkryłem nieznany mi dotąd kolor, zapach i smak cenionego przez smakoszy produktu. Na jednym z rustykalnie wystrojonych stoisk akurat rozkrojono wielki bochen chleba. W jego wnętrzu zapieczona była pokaźnych rozmiarów szynka, której zapach natychmiast podrażnił nozdrza gości. Wielu z nich pewnie nie zdążyło pokosztować innych smakołyków bo w kolejce trzeba było trochę postać. Mogli nie poznać walorów koziego sera i domowych win pana Jaskóły ze Śląska, kiełbas, pasztetowej i salcesonów Maryniaka z Rychtala, melonowego chleba z piekarskich mieszanek Marcina Zięby albo słynnych pszczyńskich oblatów.

 

 

Piankowe żareckie obwarzanki odpustowe swoją lekkość i kruchość zawdzięczają pianie jajecznej. Od tradycyjnych bajgli żydowskich różnią się tym, że do ciasta nie używa się drożdży. Składnikami są jedynie mąka pszenna, jaja, woda i cukier. Jaja i mąka muszą być najlepszej jakości a do wyrabiania ciasta nadaje się jedynie drewniana stolnica. Gotowe, dobrze wyrośnięte ciasto formuje się w pierścienie, owalne krążki, kulki i paluchy. Do pieczenia używa się specjalnego parowego pieca. Przed sprzedażą na odpustach i jarmarkach obwarzanki nawleka się na sznurki, jak korale, przedzielając je kolorowymi bibułkami. Tajniki jakościowego doboru produktów i ich proporcje przekazywane są przez babcie i mamy kolejnemu pokoleniu kobiet. Kunszt gospodyni, która je piekła, najlepiej ocenimy po konsystencji wyrobu, jego kolorze, zapachu i smaku. Naprawdę dobre obwarzanki zachowują świeżość i walory smakowe przez wiele dni. Tego wszystkiego dowiedziałem się od pani Jadwigi Plesińskiej, mieszkanki Żarek, wielkiej orędowniczki tradycyjnych regionalnych wypieków. Kosztując jej kultowych ciastek, słuchając barwnych kulinarnych opowieści, czułem zapach i smak całej Jury. Już kilka lat temu odpustowe obwarzanki pani Jadzi wpisano na ministerialną Listę Produktów Tradycyjnych. Jej inne piekarskie dzieło, tatarczuch – chleb z mąki gryczanej – uhonorowano w 2001. roku. W jednym z ogólnokrajowych finałów konkursu „Nasze Kulinarne Dziedzictwo” wyróżniono go najwyższym trofeum, „Perłą”.

           

Moje pierwsze spotkanie z tatarczuchem miało miejsce dość dawno temu podczas rodzinnych wyjazdów. Na odpuście w Przedborzu a może było to w Łąkach Szlacheckich lub w Bąkowej Górze, kawałek tego pieczywa kupiła mi babcia. Ciemnawe, nieco słodkie i pachnące miodem ciasto smakowało inaczej niż to, co jadałem na co dzień. Przez wiele lat nigdzie go nie spotkałem. Czytałem gdzieś, że placki, chleby i bułki z gryczanej maki pieczono już w końcu Średniowiecza. Gryka a także jej mniej szlachetna odmiana, tatarka, uprawiane były w centralnej i wschodniej Polsce od dawna. Tradycje te ponoć wprowadzili jeńcy tatarscy w okolicach Radomska. Uprawiający grykę chłopi z zyskiem sprzedawali ziarno na jarmarkach a resztę ich żony wykorzystywały na potrzeby żywienia wielodzietnych rodzin. Ciasto do wypieków przygotowywano z gryczanej lub tatarczanej mąki, cukru, soli oraz wody lub mleka. Właściwą temperaturę pieczenia gwarantowały tradycyjne ceglane piece opalane drewnem. Rozłożone na blachach bochny, buły lub placki przez 2. godziny nabierały niepowtarzalnego koloru, aromatu i smaku. Na jarmarkach, odpustach i w oberżach tatarczuch sprzedawano w całości lub dzielony na części. Kiedy pola gryki zostały wyparte przez inne zboża tradycja zaczęła zanikać. Wielkie szczęście, że przetrwała w okolicach Radomska, Piotrkowa Trybunalskiego a także w Żarkach, gminnej wsi w północnej części Jury Krakowsko – Częstochowskiej. Dziś wraca się do tradycyjnych smaków i tatarczuch przeżywa swą drugą młodość. Ten pieczony przez panią Jadwigę przygotowywany jest z gryczanej mąki z pełnego przemiału. Oprócz drożdży, soli, cukru i wody do ciasta dodawane jest mleko i ... pewnie jeszcze coś sekretnego bo różni się od podobnych ciast z innych regionów. Jest przepyszny. W Żarkach najlepiej smakował mi z domowym masłem, miodem i zbożową kawą. Cały bochen waży około 7. kilogramów i zachowuje świeżość przez 7 dni. Na odpuście w Olsztynie pod Częstochową sprzedają go po 12 złotych za kilogram i amatorów zawsze jest bez liku. Tajniki receptury oryginalnego tatarczucha zna niewiele osób a wszelkie próby podróbek wzbudzają drwiny smakoszy. Chleb zalecany jest cierpiącym na choroby przewodu pokarmowego i posiada właściwości przyspieszające trawienie. Na co dzień można go kupić na targowicy w Żarkach (dwa razy w tygodniu handluje tam 460. kupców) w jednym z tamtejszych najstarszych kramów. Prowadzi go pani Jadwiga Plesińska.

 

                                                                                                          Wilhelm Karud

 

 

Na zdjęciach:

  1. Szynka zapieczona w chlebie
  2. Okazjonalne wypieki jednej z piekarń w Pyzdrach
  3. Efektowny wypiek w piecu opalanym drewnem
  4. Chleb z wolnostojącego pieca w Muzeum w Szreniawie można jeść bez omasty

 W. K.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


Licznik odwiedzin:  52 362  

O moim bloogu

Opinie, polemiki, felietony, zapiski podróżne.

O mnie

Praca: do niedawna prowadził prywatną działalność gospodarczą, był współwłaścicielem Gazety Ziemi Namysłowskiej, przez pewien czas pełnił obowiązki red. naczelnego w namysłowskim „Magazynie Powiatowym”, był redaktorem w „Panoramie Opolskiej”, redaktorem technicznym w „Gazecie z Głogówka:” reporterem Radia SUD, jest mlodszym instruktorem w Namysłowskim Ośrodku Kultury, opiekunem KMT „Wena”.
Wyróżnienia: Dyplom honorowy wojewody opolskiego za aktywną działalność na rzecz rozwoju ruchu artystycznego i społeczno-kulturalnego, 25 dyplomów i listów gratulacyjnych za prace w upowszechnianiu kultury w lokalnym środowisku, 16 nagród i wyróżnień literackich, 3 wyróżnienia w ogólnopolskich konkursach recytatorskich (w tym srebrna i brązowa odznaka recytatora), dyplom uznania jednostki wojskowej (!), list pochwalny za pracę zaopatrzeniowca i magazyniera w ZRB MZEAS... i Medal XXXX lecia PRL (sic!)... Tego typu wyróżnień jest dużo więcej, ale kto by to liczył.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 52362