Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 277 249 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


ON JEST

środa, 29 lutego 2012 13:57

Zapiski w bloku na boku

W czwartek uczestniczyłem wraz z synem w pożegnaniu Wisławy Szymborskiej na cmentarzu rakowickim w Krakowie. Ceremonia byla kròtka i skromna, pewnie zgodnie z zapisem testamentu pani Wisławy. Dla mnie była jedną z dwòch najważniejszych Polaków, obecnie więc słusznym było, że pożegnały ją cztery najważniejsze osoby w pañstwie. A co to ma wspòlnego z niedzielą? Bo kiedyś napisałem, że Chrystus zapowiedział swoje przyjście. Przecież nie powiedział, że przyjdzie w określonej postaci. Uważam, że strofy limerykòw Szymborskiej byly Nim. Objawil się w symfoniach Betowena, w traktatach Voltera, Marksa, czynie Oskara Schindlera. Tak pozostawił Siebie i powraca codziennie. On jest. Nam pozostaje Go tylko odnaleźć. Owocnych poszukiwañ.

 

JAK TU POPIELEC SKOMERCJALIZOWAĆ?

 

Się nie pali, ale ważne, że ma Pan pracę, satysfakcje i nie wypada Pan z obiegu, bo siedząc i wsłuchując się w ludzi dużo Pan wie, się nawkurwia, ale i sam jak można to przyp.....li. Chciałbym, aby tylko słowami miłości mówić jenej cosik wydaje mi się, że nie w tym wcieleniu i nie na tej ziemi.

Mówią,że wiośnisko idzie to można będzie łogniska rozpalić i gardła na świeżem  wozduchie przepalić. Muszę zajechać do zaprzyjażnionego wiejskiego grażdanina i coś użebrać. W sobotę byłem u szwagra, sześć godzin chlaliśmy i nic! Jeszcze we wtorek jest szansa dostąpić zbawienia. Ale niech Pan spojrzy w kalendarz: Walentynki, Tłusty Czwartek, Ostatnia sobota karnawału, Śledzik – cholera, jakby tu popielec skomercjalizować?

Koleżanka napisała, że to proste - sprzedawać woreczki z popiołem z napisem: Przeboczcie! Napisałem parę tekstów - nadeślę, coraz kretyniejsze, ale co zrobić nie każdy może być mądry i nie każdy chce!

Do piątku, będę o 16.00, mogę się przydać, albo przynajmniej poprzeszkadzam!

 

Z RAD CIOCI ZOSI

 

Śledzie w Smietanie: 8 filetòw śledziowych solonych, 150 ml smietany kremòwki, 2 cebule, sòl, pieprz, liść laurowy, 3 łyżki octu spirytusowego :-)

Śledzie starannie oczyścić, wymoczyć w wodzie, dokładnie osączyć, pokroić w kawałki, cebule obrać, pokroić w piòra, cały czas śpiewamy Kròlowej Anielskiej ;-)

Do 1/2 l przegotowanej wody dodaj smietanę, cebulę, ocet oraz pokruszony liść laurowy. Śledzie zalać zalewą, doprawic solą i pieprzem, nad całością czynimy znak krzyża, ale prawosławny.

Śledzie najlepiej smakują z lokalnym samogonem. Za każdego tak przyrządzonego i spożytego śledzia we wtorek zyskujemy odpust dla teściowej oraz prawo do jednej dziewicy tudzież Pudziana w raju.

 

A POZA TYM DOBRZE ŻYĆ W MIARĘ NORMALNYM KRAJU

 

Doszło do moich rzekomo antykatolickich uszu, że w kościele w Siemysłowie jest relikwia błogosławionego Jana Pawła II w postaci ampułki z krwią owego.

Wuj Stach na to, że za pięć lat będzie tak, że jakiś proboszcz tak zareklamuje swoją parafię i siebie np. w Gazecie Wyborczej: Przybywajcie do nas, w moim kościele modlimy się do Boga, głoszę ewangelie Chrystusa i nie ma u nas żadnych, ale to żadnych paznokci, włosów i jakichkolwiek płynów i wydzielin żadnego świętego. Staramy się Was zrozumieć i podchodzić z miłością!

Ciocia Zosia na to,że póki co księża realizują hasło Jurka Owsiaka: Róbta co chceta! I dodaje: Byśta owieczki kasę, kasę, kasę łowili.

A poza tym dobrze żyć w miarę normalnym kraju, bo za te słowa byśmy wisieliśmy.

 

M.K.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

POŻEGNAŁEM PANIĄ WISŁAWĘ

środa, 29 lutego 2012 13:53

 

Pojechałem do Krakowa! Jechałem z synem, więc podróż na jego życzenie odbyła się pociągiem PKP spółki Intercity - wersja TLK. Ogólnie: Polskie koleje są bardziej konserwatywne od Watykanu. Ciepło było w przedziale, to muszę przyznać. Podróżowaliśmy w towarzystwie, jak się przedstawili, pana dokumentalisty filmowego i socjolożki-humanistki. Pan zachwalał hotel Gołębiewski w Karpaczu (300 złotych za dobę) i narzekał, że takie małe obłożenie, za tak niewielkie pieniądze. Pani mu przytakiwała. My milczeliśmy jak marmury na cmentarzu rakowickim. Pan wysiadł w Katowicach, wprzódy wyśmiawszy Zieloną Wyspę pana Tuska. Fakt mimo kryzysu na Zachodzie to na tle ich gospodarek wyskok z tą zieloną wyspą brzmi trochę gorzko! Zostaliśmy z socjolożką do Krakowa. Pogawędziliśmy miło o magiczności tego miasta. Pani poszła do WC i powróciła wstrząśnięta i zmieszana. Powiedziała, że okno w WC jest otwarte i tam jest minus 20, muszla jest kompletnie zasrana, a wody nie ma w kranie. I tu zrozumiała dlaczego Polacy mają takie sukcesy w gimnastyce sportowej, a nie mają w gimnastyce artystycznej. Po kawie przycisnęło ją, więc dokonywała swoistych cudów zręczności by swoje zrobić i nie spaść z odrzyzganej deski klozetowej. Poszedłem potem i ja - nic dodać, nic ująć. Innym fantastycznym przeżyciem tej podróży były stale wylatujące przesuwane drzwi z przedziału przed nami. Z hukiem co jakiś czas opierały się o ściany korytarza, a zdumieni pasażerowie je usiłowali włożyć powrotem w szyny. W końcu opuścili przedział, a kierownik pociągu wyjął je i położył na podłodze w przedziale, opierając o fotele. Pociąg pojechał też przez Sosnowiec, nie przez Mysłowice, bo jakimś cudownym ruchem górotworu nastąpiło zbliżenie torów do siebie i dwa pociągi klasy TLK nie wyminą się! Tylko żółtki się mieszczą! I niech mi Pan powie, że podróże nie kształcą i nie są zadziwieniem nad niesamowitością dzieła Pana Naszego!

Dojechaliśmy do Krakowa bez szwanku jednak. Poszliśmy na cmentarz rakowicki i prosiliśmy Krakusów, by pokazali nam groby Wojtyłów i Marka Grechuty, ale nikt, ale to nikt nie wiedział pomimo gęstniejącego tłumu ze względu na pogrzeb pani Wisławy Szymborskiej. Spacerowaliśmy więc alejami cmentarnym pośród pięknych grobowców i historii, bo to grobowce najsławetniejszych krakowskich rodów, uczonych, lekarzy, polityków i ludzi kultury. Następnym razem wybierzemy tam się z przewodnikiem. Udało nam się trafić w końcu na grób Marka Grechuty i złożyć mu hołd z zadumy i modlitwy.

Punktualnie o 12-tej rozpoczęła się ceremonia pożegnania pani Wisławy. Przeniesiono urnę z prochami z kaplicy na specjalne miejsce w asyście orderu Orła Białego, prezydenta Komorowskiego wraz z małżonką, premiera Tuska wraz z małżonką, marszałka sejmu pani Kopacz oraz marszałka senatu pana Borusewicza. Ceremonia pożegnania miała charakter świecki i przewodniczył jej mistrz ceremonii. Zaraz po rozpoczęciu oddał on honor prowadzenia uroczystości aktorowi panu Andrzejowi Sewerynowi. Potem nastąpiły przemówienia pożegnalne, krótkie i bez zadęcia. Po kolei mówili: Prezydent Polaków, Prezydent Krakowa - pan Majchrowski, najbliższy przyjaciel zmarłej - poeta Adam Zagajewski i sekretarz poetki  - pan Rusinek. Spodobały mi się słowa pana Zagajewskiego, który powiedział, że Wisława Szymborska niosła w świat ponadczasowe wartości - otwartość, tolerancję i zrozumienie dla innych poglądów i postaw. Zaraz po tym mistrz ceremonii i ci którzy zechcieli tu być, odprowadzili prochy do grobowca rodzinnego, w głąb cmentarza. Zapaliliśmy z synem znicz w specjalnym miejscu ze zdjęciem pani Wisławy.

Cieszę się, że byłem ją pożegnać, choć ona nigdy nie zostanie wymazana z pamięci - taka jej przewaga nad bóstwami. Potem nas poniosło i postanowiliśmy zabawić się w lokalną cyganerię i poszliśmy śladem Boya, do Jamy Michalika. Oczywiście jest drogo, ale to malarstwo młodopolskie wewnątrz tworzy piękny klimat. Piękne rzeźby i wewnętrzne witraże. Było miło tam odmarznąć.

Teraz informacja praktyczna, bo potem włóczyliśmy się uliczkami centrum i stwierdziliśmy, że jest tam cała masa knajpek na każdą, normalną i snobistyczną kieszeń! Przy tym smaki całego świata.

Wleźliśmy też na Wawel, a jakże! Poszliśmy się energetycznie naładować  w miejsce czakramu wawelskiego, jednego z siedmiu najbardziej naładowanych pozytywną energią miejsc na świecie. Na koniec znowu włóczyliśmy się ulicami centrum, lubimy ich klimat.

Powrót był z znowu z TlK. Pociąg jechał z Przemyśla więc w Krakowie toaleta była już kompletnie zasrana. Za to towarzystwo miłe w przedziale, dwie panie - aptekarka i rehabilitantka szpitalna - osoby młode i cieszące się, kiedy ich praca przynosi pozytywne efekty. Mówiły o tym, że ludzie potrafią być mili i szczęśliwi, i wyrażać radość z życia. Bywają i ci zniechęcający, ale tym większa jest radość, kiedy uda się wzbudzić w nich radość, chęć do życia i ukryte gdzieś głęboko pokłady dobra. W sumie miła podróż. Pięknie było znowu być w Krakowie i cieszyć się z bycia z ludźmi.

No i te precle!

M.K.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

WIERSZ DO M. (popielcowy)

środa, 29 lutego 2012 13:51

Mirosław Kurowski

 

Stanęłaś w obronie dzieci

Stanęłaś w obronie siebie

Ukochałaś siebie bo kochałaś dzieci

 

Pokonałaś własny strach

Bo wiesz, że życia sens to nie ból

Bo wiesz, że Bogu nie chodzi o ciągły lęk

Bo chcesz by ich życie miało sens

Bo chcesz dla nich ciepło, radość i wdzięk

i godność

Bo dla siebie chcesz miłości

 

Powiedzą ci że pracowałaś (to nic)

Więc on samotny był

Powiedzą ci że żle usługiwałaś (to nic)

Więc cię mocno bił

Powiedzą ci że źle gotowałaś (nic to)

Więc miał prawo pić

Oj niejedno powiedzą

Tak ich zniszczono i inaczej już nie myślą

Oni nie posypią dziś głowy popiołem

Przecież to oni wiedzą najlepiej

 

Wyrzucą Cię z konfesjonału

Odprowadzą wzrokiem na ulicy

Pokażą palcem co pali jak stos

I wyrwą najświętszy sakrament z ust

Taką miłość im dali

więc nic innego nie umieją tobie dać

 

Więc w twoim imieniu mówię ja

Siedmiu grzechów kościoła kat

Pójdźmy razem we wzburzony nurt

i wpław

Strąćmy zakłamania i wredoty święty stan

Na tej ziemi trzeba nowej teologii

Wyzwolenia - choćby tylko o żeńskość zatartą chodziło

Spalmy traktaty, katechizmy i dogmaty z kamienia

I jak feniks z popiołów

Wznieśmy nie kościół powszechny a Chrystusowy

Podaj dłoń Wolności i Miłości

I chodź

 

Niech myślą - niech nimi wstrząśnie

Czterdzieści razy w czterdzieści dni


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

O MOSZNEJ PO RAZ DRUGI

środa, 29 lutego 2012 5:28

 

 

Jestem po radosnej lekturze filmu Naniego Moretiego „Habemus Papam”, z Jerzym Szturem w jednej z głównych ról. Dobry film, na wesoło, mówiący o tym, że papiestwo jest niedostosowane do wymogów współczesności, a jednocześnie pokazujący, że nie jest ono fanatyczne jak Islam, bo żaden aktor nie został zabity (czy np. reżyser). Tłumy wariatów nie wyszły na ulice krzycząc: krwi, krwi!

Dzisiaj chcę jeszcze raz wrócić do Mosznej, nim swoimi oczami przedstawię inne miejsca jak i okolice Namysłowa. Na pewno w żadnym przewodniku nie znajdziemy baru „U Róży", mieszczącego się przy drodze do zamku, naprzeciw kościoła i nikomu nie przeszkadza, że bar jest 10 metrów od domu Boga! A podają tam przepyszne obiady. Zasmakowały mi placek po śląsku i rewelacyjna golonka! Skoro już o jedzeniu, to polecam spacer wzdłuż stadniny koni, przez las, a potem polami; w sumie jakieś dwa kilometry prosto do cukierni „Pela” przy trasie Opole-Prudnik. Jest tam wybór najsmaczniejszych ciast na Opolszczyźnie. Zwłaszcza warto być przed południem, kiedy jeszcze nie zostały rozprzedane! Pieczywo również wypiekają ponadczasowe i tak smakowite, że nawet kobieta może przestać smakować. Po zwiedzaniu zamku i parku oraz stadniny, jeśli nie u Pani Róży, to warto wybrać się trzydzieści kilometrów dalej i przekroczyć granice w Trzebinie, by dwieście metrów za granicą po lewej stronie zaparkować samochód i udać się do czeskiej wiejskiej gospody, gdzie dają genialne sery smażone i knedle. Co ważne: w przypadku czeskiej gospody i baru Pani Róży porcje są naprawdę sycące, a cena przystępna! Rozpocząłem od kulinariów, bo to ważne w przypadku całodniowej wycieczki. Te lokale, które opisałem polecam w cimno, jak to się mówi.

Przejdźmy teraz do zwiedzania. Będąc w stadninie w Mosznej warto zapytać przewodnika o oryginalne powozy z czasów świetności rodu Tiele-Winklerów, które prawie nie są pokazywane. Na terenie stadniny znajduje się piękna w cztery szeregi aleja kasztanowa, która na południu stadniny przechodzi w równie urodziwą aleję dębową. Po prawe jej stronie od wiosny do późnej jesieni podziwiać możemy fotogeniczne, piękne konie. Z lewej jej strony znajduje się hipodrom, na którym trzy razy w okresie wiosenno-letnim odbywają się zawody. Aleję dębową kończy brama gladiatorów. Postacie gladiatorów w roku 2011 poddane zostały gruntownej renowacji i obecnie wyglądają bardzo dumnie. Znowu obaj wojownicy mają miecze. Tu mała ciekawostka, którą przy piwie zdradził mi pewien autochton, a mianowicie kiedyś pod bramą znajdował się kamień upamiętniający datę umieszczenia na cokołach postaci, a teraz ma on spokojnie cieszyć oko jednego z miejscowych gospodarzy. Mój rozmówca powiedział mi, że może to i dobrze, bo inaczej by go i tak ukradli! Za bramą gladiatorów przekraczamy drogę Krapkowice-Prudnik i zaraz po jej drugiej stronie natkniemy się na zarośniętą linię kolejową Prudnik-Gogolin, którą właściciel zamku w Mosznej wybudował, by móc u siebie gościć cesarza Wilhelma. Przypuszczam, że zarośnięte dziś szyny są oryginalne z początku dwudziestego wieku. No a gdybyśmy się przeszli wzdłuż asfaltówki, to trafimy na znak miejscowości Moschen i Moszna; jak któryś jest zamalowany to znaczy, że ta nacja chyba jest górą, ale pewien nie jestem.

 

 

No dobrze, ale wracajmy gdzie byliśmy. Przekraczamy tory i idziemy pięknym leśnym duktem. Po kilkuset metrach napotkamy głęboki rów melioracyjny z mostkiem kamiennym. Za mostkiem po lewej stronie zejdźmy w las i po kilku krokach trafimy na samotny grób. Wspomniany wcześniej tubylec opowiedział mi smutną historię. W 1945 roku, kiedy armia hitlerowska wycofywała się z tych ziem, w zamku znajdował się lazaret. Do jego ochrony pozostawiono około dziesięciu żołnierzy. Czerwonoarmiści mieli ich wybić oprócz jednego, który uciekł do lasu i tam się  ukrywał żywiony przez miejscowych. Ale w marcu 1945 roku jeden z nich postanowił zaistnieć u czerwonoarmistów i zdradził miejsce pobytu bardzo młodego Niemca, i krasnoarmiejce szybko zastrzelili go, i tam został pochowany.

 

 

Powiedziano mi również mi, że w ostatnich latach, kogoś ruszyło sumienie i grób jest zadbany i często tam świeci się znicz! Kiedy wrócimy na leśny dukt, to powędrujemy na południe. Pobocze drogi leśnej wysadzane jest kasztanowcami, dębami i bukami. Wkrótce napotkamy dwa jeziora - pierwsze po prawej stronie. Proszę zwrócić uwagę jak purpurowy winobluszcz wspina się tam po wysokich dębach kłaniających się tafli spokojnej wody. Jakież to piękne zmieszanie purpury z zielonością liści, która jesienią przechodzi w żółć, pomarańcz, a na końcu w brąz. Warto obejść to jeziorko i ze ścieżki przyglądać się bagnom wokół jeziorka. Zieloność krzaków, drzew, wysokich traw na tle wody… to robi wrażenie, a gdy świeci słońce to tworzą się niesamowite zorze świetlne.

Idźmy  dalej drogą i zaraz będzie drugie jeziorko, tym razem po lewej stronie. Nad nim znajdował się przepiękny domek myśliwski z drzewa modrzewiowego, w którym po polowaniu wypoczywał cesarz ze śląskimi notablami. Domek około lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku został rozebrany przez miejscowych i może jeszcze gdzieś znajdziemy jego wyposażenie w tutejszych domostwach. Po prawej stronie od jeziorka znajdują sie kamienne pozostałości spiżarni, w której przechowywano upolowane zwierzęta. Idąc dalej przez las dojdziemy do wioski Urszulanowice - i tu odbijamy w lewo i kierujemy się do Mosznej. Kiedy będziemy mijać po prawej stronie leśniczówkę zwróćmy uwagę na kilkudziesięciometrową tuję przy bramie leśniczówki, jest okazała, piękna. Na początku Mosznej polecam przyjrzeć się ogromnej hodowli bażantów i kuropatw.

 

 

Asfaltem dojdziemy do drogi Prudnik-Krapkowice. Przekraczamy ją i kierujemy się na zamek. Na jednej z wież zamku widzimy kościotrupa, bo każdy zamek musi mieć swoją nieszczęśliwą miłość. To raczej nieprawda - prawdziwym i odwzajemnionym uczuciem za to miała darzyć jednego z panów na Mosznej guwernantka rodu Winklerów i pochowana jest w mauzoleum na północy posiadłości, hen za aleją lipową, ale później jej nagrobek został przez rodzinę kochanków usunięty. Zapalmy więc znicz i pomyślmy o niej będąc na terenie mauzoleum. Siedem kilometrów od zamku w Mosznej znajduje się zniszczony, a pierwotnie również piękny zamek w miejscowości Dobra. Właściciele zamku byli antyfaszystami, a sama głowa rodu miała walczyć pośród aliantów. W zamku mieszkała jego żona. kiedy gestapo jechało do posiadłości pani pałacu wyskoczyła z wieży ponosząc śmierć. Ten pałac również otacza piękny park, aleja platanowa i ma tam się znajdować pewne egzotyczne drzewo, którego nazwy nie zapamiętałem, ale ma to Bryc jedno z dwóch w europie - drugie ma znajdować się na wyspach brytyjskich. Z zamku w Mosznej kuracjusze mają być przekwaterowani do nowoczesnego blokhauzu na bagnach za unijne pieniądze, a sam zamek obecnie złośliwie nazywany jest sebestówką, że onen marszałek tam hotel-pomnik chce sobie siedmiogwiazdkowy zafundować, dla obrzydliwie bogatych spleśniałych kapitalistów polskich i unijnych. Pono dlatego śląskiemu biznesmenowi Jopkowi ciągle pod górę z renowacją Dobrej, bo władza opolska nie chce mieć konkurencji. Ale to przecież tylko ludzkie języki.

M.K.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

TRZEBA UMIEĆ DOJRZEĆ BOŻĄ ISKRĘ

środa, 29 lutego 2012 5:11

 

Ciągle jestem pod wrażeniem piątkowych Walentynek. O głównych postaciach tego święta wypowiedziałem się w komentarzu pod Pana tekstem na meandrach i o tym jaki ja od nich, od ich twórczości otrzymałem przekaz. Dużo też wniósł pan Grzegorz i jego limeryki i fraszki -były naprawdę mocne. No i jeszcze nie wypada mi nie wspomnieć o wierszu pani Ewy i jej emocjach podczas recytacji. Bardzo dobrze te wspomożenia Wenian zrobiły dla całości imprezy. Podobało mi się, bo momentami było mocno! A oprawa muzyczno-piosenkarska świetna.

Tak sobie zanotowałem w notatniku, że może byłem na jednym z pierwszych występów przyszłych geniuszy muzycznych, kto wie? Pani Biczysko ma wspomagać pana Bednarka w programie Woice of Poland, ma świetny głos. Panią Sandrę Pankiewicz warto zbajerować na jakiś większy występ, bo jej interpretacja SDM jest bardzo dobra i o wiele agresywniejsza.

Cieszę się, że dary natury smakowały. Dziękuję za umieszczenie moich tekstów na meandrach, no i niech sobie kopiują ile chcą i oby jak największa ich ilość była. Swoją drogą wejść jest coraz więcej i o to chodzi.

Tymczasem wokoło proza życia dosięga nas nieubłaganie. Ciocia Zosia otrzymała list z BGŻ. Jakież było jej rozczarowanie, gdy go otworzyła. Zamiast walentynkowego wyznania miłości jenej trzy kolorowe reklamówki - nie jak się zakochać, ino jak się zadłużyć. Wbrew niektórym językoznawcom, to nie jest to samo. Akurat w imieniu cioci musiałem się udać ku owemu bankowi nazajutrz i od razu po wejściu zobaczyłem bidulę, co pakuje te ulotki do dużej koperty. Normalnie niczym świstak Milkę w sreberka. Potem pewnie inny świstak z tym na pocztę chyba i prawie jest, że ludzie listy piszą. Prawie! Kto za to płaci? Pytanie retoryczne. Mój marksistowskopapieski model krucjaty socjalistycznej podpowiada mi, że instytucji finansowych w tutejszym gumnie jest jak pies kup nasrał (ten pies, co go wuj Stach wyprowadza). Za możliwość funkcjonowania w naszym gumnie winny one raz w roku, każda z osobna wybudować domek jednorodzinny dla młodego rokującego małżeństwa, które np. w kulturze zarabia na swój żywot.

Przejdę teraz do obserwacji wspomnianego wuja Stacha - z onym obesrołkiem spaceruje pod oknami, zwłaszcza bloku ul. Reymonta 14. Zawsze widzi tam tysiące niedopałków pod balkonami, pudełka po papierosach, zapalniczki, a po weekendzie to puchy po chmielnej zupie się da znaleźć. Wujo się zastanawia, kto im to wszystko podrzuca i dochodzi do wniosku, że to po artykule Psie Pole robią to zauroczeni tym miejscem turyści z województw ościennych. Kiedy ów długi blok kończy się, za jakieś 50 metrów są garaże i za tymi garażami koncentruje się towarzyskie życie Reymoncian. Zima nie zima, pić trzeba. Pije się podczas długich spotkań miejscowy browar, wódeczkę, ale prym wiedzie polskie WINO z wiśni i miodu, i lipy razem spowinowaconych w jednej butelce. Wuj Stach zauważył, że zacni dyskutatorzy i degustatorzy owych trunków, a zwłaszcza owego WINA, natychmiast prawie wykasztaniają się na miejscu tam gdzie stoją, pewnie zainspirowani licznie chodzącymi tam psami. A może to jakaś świecka tradycja, którą przegapiliśmy chodząc do biblioteki do czytelni i zaniedbując bywanie wśród ludu. Tak więc wuj Stach zastanawia się, czy i on powinien w pokoju swym kiedy pije piwo, po skończeniu kufelka zadość uczynić trendom i kupkę oddać na ławę na ten przykład. Ja sam w ostatki szedłem do szwagra w celu zjedzenia śledzia, który on przygotował. Zakładając, że śledź może być słony rozrobiłem spirytus co dało koktajl o mocy jakichś 45 megaton w ilości półtora litra. Na przejeździe kolejowym zamknęli mi szlaban. Poezja jest wszędzie więc nasłuchiwałem. Zdecydowanie bardziej do mnie od swojego adwersarza przemówił „żółtek" jadący z Kluczborka. On czy też podkłady tak napierdalały, że perkusista Behemota by się nie powstydził i jakie to we mnie emocje wywołało. Potem dotknięty batem Weny szedłem i myślałem, że gdybym w imię pewnego Boga wymyślonego na przełomie szóstego i siódmego wieku tak na przykład rozerwał się w Liwerpoolskim chyba przedszkolu Strawberry Fields, krzycząc Boże Agbar, to istnieje teoria, że dostałbym po tak chwalebnym rozerwaniu siebie i angielskich latorośli 72 hurysy, może córy elizejskich pól, albo czirlederki, w dodatku wszystkie ponoć dziewice. Ja myślę, że pomysł z taką nagrodą jest fatalny. Wygląda mi to na zbiorowy gwałt.

Śledzie i spirytus okazały się bardzo dobre i twórcze. Z nadzieją wkroczyłem w post! Wracając pomyślałem, że warto by było uskutecznić kiedyś Poetyckie Ostatki w ostatnią sobotę karnawału. Pewny jestem, że Wenianie stworzyliby na te okazje nowe dzieła. Zaprzyjaźnieni mistrzowie kulinarni uwarzyli by cóś na zumb i poszło by w świat nowe dziecię. Fanów i zwolenników by przybyło wielu. Tak więc proza życia jest czasami wesoła, trzeba umieć dojrzeć we wszystkim jasność i Bożą Iskrę!

M.K.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


Licznik odwiedzin:  52 308  

O moim bloogu

Opinie, polemiki, felietony, zapiski podróżne.

O mnie

Praca: do niedawna prowadził prywatną działalność gospodarczą, był współwłaścicielem Gazety Ziemi Namysłowskiej, przez pewien czas pełnił obowiązki red. naczelnego w namysłowskim „Magazynie Powiatowym”, był redaktorem w „Panoramie Opolskiej”, redaktorem technicznym w „Gazecie z Głogówka:” reporterem Radia SUD, jest mlodszym instruktorem w Namysłowskim Ośrodku Kultury, opiekunem KMT „Wena”.
Wyróżnienia: Dyplom honorowy wojewody opolskiego za aktywną działalność na rzecz rozwoju ruchu artystycznego i społeczno-kulturalnego, 25 dyplomów i listów gratulacyjnych za prace w upowszechnianiu kultury w lokalnym środowisku, 16 nagród i wyróżnień literackich, 3 wyróżnienia w ogólnopolskich konkursach recytatorskich (w tym srebrna i brązowa odznaka recytatora), dyplom uznania jednostki wojskowej (!), list pochwalny za pracę zaopatrzeniowca i magazyniera w ZRB MZEAS... i Medal XXXX lecia PRL (sic!)... Tego typu wyróżnień jest dużo więcej, ale kto by to liczył.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 52308