Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 277 249 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


NOTKI W BLOKU NA BOKU – DUŻA PORCJA!

niedziela, 24 lutego 2013 15:16

 

Dzisiaj w telewizji śniadaniowej oglądałem reportaż o bandyckich rodzicach. Ona matka - głupia cipa, on ojciec - głupi fiut. (Tu mała dygresja: Proszę fiuta nie rozumieć w randze chuja, jaki w sztuce swej Chujowi nadaje Mirek Kurowski). Ci porypani pokoślawieńcy żądają od swoich 3-4 letnich dzieci, by one startowały w konkursach piękności, faktycznie znęcając się nad nimi psychicznie i doprowadzając je do rozpaczy czyli „czarnej dupy”! Wiem kur...! Znajdą się tacy, którzy powiedzą: niech się dzieciaki uczą od najwcześniejszych chwil tracić złudzenia i niech uczestniczą w wyścigu szczurów. Tak, to dobre, bo szybko pomnożą PKB, i dzięki nim będą mieli pracę psychologowie dziecięcy, psychiatrzy, sprzedawcy dopalaczy, a w konsekwencji Ośrodki Wychowawcze, Poprawczaki i Monary. Dlatego (już wy wiecie co!) tym rodzicielom rypanym!

 

Wokoło siebie obserwuję pewien typ kobiet, które określiłbym mianem o mentalności robotnicy Veluksa, Diehla, czy Nestlanki (czyli taśmówki). Pasuje im praca pakowaczki do kartonu czegoś tam przez osiem godzin. Nie widzą się nawet w roli intendentki w przedszkolu, gdzie już naprawdę myśleć trzeba i brać odpowiedzialność, oraz mieć przysłowiowe oczy dookoła głowy. Zastanawiam się jakie są w łóżku? Bo tu kurna bez kreatywności nijak nie ujedziesz. Dziwić sie po tym, że związki się rozpadają i że ich faceci wiążą się z teoretycznie przeciętnej urody sprzątaczką, czy idą do burdelu. Zresztą wszystkie profesje niech się nad tym zastanowią, co tu napisał Fyrfl!

 

No i sprzedał Pan te dwie tony makulatury czy nie? – nawiązuję do felietonu w Pana książce. Bo jak ma pan trochę Trybuny Ludu czy Dziennika Ludowego to biorę w ciemno! Właściciel tego piśmidła gdyby żył, to kur.. miałby zajada z moimi tekstami, bo ja jawnie opowiadam się za kurewstwem i do godności narodowego stylu życia podnoszę bimbrownictwo. Zaprawdę powiadam: hipokryzja i kołtuństwo!

 

Znałem kiedyś dwie raszple głupie, w żaden sposób nie bzykane, bo nie, bo za gwałt by to uznały! Te hetery swoim mężom zabraniały jeździć do sanatoriów, które im przysługiwały chyba raz na dwa lata, bo pracowali w warunkach szkodliwych! A czemu? A temu, że „do sanatoriów jeżdżą tylko puszczalskie i kurwiarze! Wszyscy to wiedzą i to święte słowa, i basta, i nie ma gadki”. Te zdewociałe bździągwy,  po bożemu nawet nie wybzykane, dobrze swego czasu dupsko obrabiały mojej kobicie, że jak może mnie puścić do szpitala rehabilitacyjnego. Toż to Sodoma i zdrada moralności! A obraziły się totalnie (i na szczęście na zawsze) kiedy dowiedziały się, że ze szwagierką pojechałem na koncert Starego Dobrego Małżeństwa. Taż to, kurwa, było dla nich życiem w jawnym Trójkącie. A fe!

 

W sejmie dalej roją projekt zapisania tak zwanej „klauzuli sumienia” dla farmaceutów. Aptekarz mógłby odmówić sprzedaży antykoncepcji! To co, jak prostytutka jest katoliczką to mamy jej płacić, ale jej nie chędożyć? Rzekomo projekt jest potrzebny, by nie łamać sumień farmaceutów wierzących w Boga, tego który podczas stosunku np. z Herą nigdy by nie założył lateksu… Proponuję w tym kierunku odpowiedni projekt ponadpartyjnego porozumienia i stosowne ustawy!

 

Wuj Stach chcąc urozmaicić sobie i tak barwną emeryturę poszedł do firmy kogucik na 
ulicy Armii Czerwonej, i dla jaj poprosił dwie służebnice szatana finansowego o zrobienie mu
symulacji kosztów (jak ładnie to ujął) jeśli pożyczy od nich 1000 złotych.
Strzyga zaczęła fanzolić.To o ryzyku i braku zabezpieczeń. Pierdyliła tak i pierdyliła.
A że wujo wiedział gdzie wstąpił i że dla jaj, i by je podkurwic, to powiedział wprost:
- Droga geszeften und hell frau ja tiebia panimaju, ale skończ fanzolić i powiedz mi ile
i w jakim czasie muszę oddać do kasy, hy?
Wtedy do gry wkroczyła wtaraja wiedźma
i powiedziała, że symulacje zrobią dopiero jak przyniesie numer konta i dowód osobisty.
Na to wuj Stan rzekł: Drogie kurki pana kogucika, no to ja już dziękuję, bawiłem się świetnie
- i wyszedł. A ja myślę, że wszyscy pozostali nim zdecydują się przekroczyć próg firmy kogucik
muszą wiedzieć, że przekraczają próg prawdziwego piekła na ziemi, a stamtąd nie ma powrotu.
Ludzie, którzy mają myśli by tam wejść powinni dostać opiekę psychiatry lub specjalisty
od opętań. Co to znaczy współcześnie w Polsce być apostołem chrystusowym, jego uczniem?
To oznacza ucałować bliźniego w policzek judaszowym pocałunkiem, skazując go na wielość
różnorakich Golgot, a potem czekamy na przelew srebrników i w końcu lecimy gdzieś
do Polinezji Francuskiej, wcale nie żeby założyć sobie stryczek na szyję.
My będziemy żyć życiem dziecięcia swego wieku i aktualnych trendów pojmowania
Nowego Testamentu.

 

Wenceremos, wenceremos! Ober Schlesien wenceremos! Sursum corda Ślązacy! Panie Kaźmierzu, ja myślę, że to będzie piękny tekst dla teściów Pana Staszka Młynarskiego i dla Pana znajomych z „Beczki” oraz tych 300 tysięcy, którzy mają odwagę głosić i wałczyć o swoje ja. Napisałem go po wczorajszym wywiadzie z Kazimierzem Kutzem. To wielki Ślązak, a zarazem wybitny obywatel Polski i jestem przekonany, że nie fanzolę.

 

W Polo Markecie dzisiaj proletariuszka powiedziała do mnie: Dzień dobry. Trzynaście 
dziewięćdziesiąt dziewięć proszę i polecam batonika Knoppers za zloty czterdzieści dziewięć
.
Odpowiedziałem z uśmiechem: Niestety, dbam o linię. Na co ona uśmiechnęła sie szeroko
i powiedziała: O ja też dbam o linie. Kontynuowałem: Nadto to chyba produkt pochodzenia
niemieckiego i myślę, że żaden polski ksiądz nie dał by mi rozgrzeszenia. Z uśmiechem
podziękowaliśmy sobie i powiedzieliśmy do widzenia, życząc jeszcze miłego dnia. Wcześniej
widziałem jeszcze promocje herbatki owocowej z żurawiną. Oj kłamczuszki. Powinni przecież
na opakowaniu napisać: Produkt chemiczny o smaku żurawiny.

 

Mój, że się wyrażę z amerykańska, psychoanalityk zapolecił mi  książkę niejakiego Krzysztofa Króla, o nowomodnie brzmiącym tytule: Księga związków, podrywu i seksu.

No cóż? Prezentowane jest w niej tradycyjne podejście - facet to macho, a kobieta jest głupia i trzeba ją tylko odpowiednio podejść, i o tym jedzie przez trzysta (ponad) stron! Żenada jak dla mnie i przy tym strasznie obraził robotników! Jako komunista i robotnik nie wybaczam mu! Polecam tę książkę komuś kto ma mentalność cwaniaka-warszawiaka. Ponadto jako komunista i głosiciel conajmniej socjalizmu, doszedłem do słusznego wniosku, że nikt z siebie samego na ten coraz bardziej poryćkany świat się nie będzie pchał, toteż ubezpieczenie zdrowotne każdemu jednemu się od tworu zwanego państwem należy jak każdej zdrowej nastolatce....! Nie powinno to się uzależniać od tego, czy ktoś pracuje czy nie, bo państwo winno tę pracę każdemu osiemnastolatkowi zagwarantować a do osiemnastu lat płacić rentę socjalną w wysokości połowy średnich zarobków w ministerstwie pracy! Kolorowych snów i zdrówka ponownie!


Jest takie stowarzyszenie jebniętych ludzi
„Normalne Państwo". Te ultrapojebusy
twierdzą, że podarowanie nauczycielowi, czy lekarzowi, w podziękowaniu butelki koniaku,
drogiej bomboniery, czy drogiego albumu to korupcja. Nie zgadzam się z tym. To moja sprawa
i tylko moja w jaki sposób doceniam czyjeś zaangażowanie, które czyni moje życie lepszym.
Jednego razu podarowałem pewnej osobie drogą, kilkutomową książkę, bo chciałem,
bo byłem pewny, że ten podarunek wzbogaci jej warsztat pracy i uczyni ją jeszcze
szlachetniejszą. Tak więc tradycyjne: „Ch” wam w ramkę, chorzy nawiedzeni umoralniacze!
 

Pokazywali w telewizjach wszelkich człowieka, któremu bandzior obciął dłoń, a zaraz potem innego bandytę, który w Łodzi na Piotrkowskiej „sprzedał siedem kos” dobremu samarytaninowi i odesłał go do krainy wiecznego Hi Lo. Jak z tym sobie radzić? Jako człowiek, który poświęcił 20 lat życia na walkę z ulicznym bandytyzmem uważam, że trzeba wrócić do sprawdzonych metod z czasów króla Ludwika XVI, a które z powodzeniem wdrażali tacy przywódcy PRL jak Gomółka, Gierek, Jaruzelski. Polegały one za tamtego króla na tym, że patrol policji stał na każdym rogu każdej ulicy - przynajmniej w centrum Paryża i innych miast. Wielcy przywódcy Polski Ludowej przyjęli podobną metodę, która jeszcze obowiązywała w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Kto wytęży trochę pamięć, to przypomni sobie, że patrole piesze maszerowały sobie wtedy w Rynku namysłowskim, po ulicy Reymonta, po starym mieście i na ul. Łączańskiej i tak było na każdej zmianie, a zmian było trzy po osiem godzin na dobę. Roboty było, bo demokracja jebała zwłaszcza lumpom, pijakom, bandziorom we łbach, ale dawało się rady. Wspierani oni byli kilkoma radiowozami krążącymi wokoło nich z drogówki, prewencji i policji kryminalnej, z policjantami w środku gotowymi ruszyć z pomocą tym z chodnika. Zawsze była jakaś kumoterska szuja, ale generalnie grało to na pięć z plusem, po dzisiejszemu. Teraz na bezpieczeństwie obywatela się oszczędza, a wystarczyłoby nie zwiększać etatów, ale zlikwidować bąbel ko(mendy) głównej (3000 tysiące niepotrzebnych etatów) i ko(mend) wojewódzkich (etatów w c.uj).Gdyby panom Sokołowskim i Petrykowskim oraz całej masie innych służbowych, pięknych zarękawków (jak śpiewał Grzegorz Markowski), a zatrudnić młodych, chętnych, wytrenowanych policjantów i niech spacerują po ulicach Piotrkowskich, we wszystkich polskich miastach, to bandzioreska by się bała zwyczajnie. Za Buzka pani poseł Lewicka miała rację, że widząc jak pracują jej znajomi w komendzie głównej postanowiła wydłużyć emerytalny wiek policjantów do dożywocia. Zrealizował to Tusk, ale „jebło” to w tych naprawdę pracujących, bo wytrzymać na ulicy do 55 lat się nie da, bo to są znieważenia notoryczne, wyzwiska najgorsze i codzienna przemoc, krew i patologia wszelka. Normalny policjant dziś, który dba o siebie, idzie do psychiatry po trzech do pięciu latach służby. Oglądaliśmy ostatnio też spektakl z udziałem policjantów i świnki. Świnka za to będzie żyła do śmierci, a z policjantów leje cały świat. Jest taki paragraf w ustawie o Policji i uważam, że oni winni być zwolnieni dla dobra służby, ale nie będą - jaki kraj taki urzędnik, bo ich trudno nazwać policjantami. Szkolenie w Policji zawsze szwankowało, a teraz go nie ma. Po szkole policjantka przychodzi ze znajomością władania tonfą, czyli policyjną tak zwaną pałką wielofunkcyjną, ale po dwóch miechach zapomina jak ją się używa, bo nie ćwiczy.

Ja uważam, że raz w tygodniu muszą policjanci prewencji być oderwani od spraw chodnika i gremialnie iść na salę gimnastyczną na 8 godzin i tam ćwiczyć pod okiem profesjonalistów tonfę, chwyty obezwładniające, techniki interwencji, negocjacji i ogólnorozwojówkę, a na ulicach mają być inni policjanci, ale to wymaga po prostu zatrudnienia nowych ludzi, ale jak, skoro się oszczędza by w dupsko leźć Samowi i lżyć naród  afgański.

Rozpętała się burza po filmie Drogówka Wojciecha Smarzowskiego. Grzmią eksperci, politycy i oficerzy policyjni, że to nieprawda, że jest etos, o czym rzęzi jeden z nich w Polityce. Etosu nie ma, a Smarzowski pokazał prawdę. Czemu nie pytają, ale bez kamer i mikrofonów zwykłych szeregowych policjantów, o prawdziwy „etos" codzienności policyjnej, o nacisk na wyniki, o totalny mobbing, o permanentny brak wsparcia ze strony przełożonych (prawnego i merytorycznego), o nepotyzm, o bezmoralność, o bylejakość, o lizusostwo, powszechną totalną wredotę. Pojedyncze jednostki się bronią przed tym systemem, ale płacą nerwicami, psychozami, rozpadem związków, samobójstwami itd.

Starczy na dzisiaj. Do tego tematu będę wracał, bo razem z wujem Stachem i ciocią Zosią przerobiliśmy go do najwyższego bólu i z Policji nigdy się nie wychodzi, chociaż tak bardzo by się, kurwa, chciało - to zawsze tkwi jak chrystusowy cierń w potylicy i ciągle drażni i wsysa, i to jest ten prawdziwy etos, bo pomimo, że nie bandyci, a przełożeni zjebali nam żywot i my też, to jednak wiele dobrego zrobiliśmy dla zwykłych Polaków, za co byliśmy pozbawiani nagród, niszczono nam życie, bo niebyliśmy z nimi, wredni, dwulicowi, chamscy, pozbawieni skrupułów, łasi na stanowiska i pieniądze  - tak zwane psie srebrniki. Teraz mamy satysfakcje i czy się siedzi czy się leży 2 tysiące się należy i umiemy czytać wiersze i pisać fyrfle. I nie nastawiamy policzka wreszcie, mówiąc zasłużone: c…. wam w d…!

 
A propos korupcji. Nie mogę sobie tego odmówić, bo ciągnie mnie by to opowiedzieć. 
Pewien znany przykruchciany działacz społeczny wymyślił żeby policjanci patrolowali działki,
była pierwsza polowa lat dziewięćdziesiątych. Padło na mnie i E. Patrolowali my ile wlezie,
ale staremu postkomuchowi łazić się nie chciało. - No to chodźcie do mojej altany.
Poczęstował tym i owym. A następnego dnia moplikiem pod prąd zapierdalal i o tyci fallusek 
go bus nie rozplackowal. Trafiło na mnie, a ja mu maksimum z bloczka mandatowego. On mi,
że przecież się znamy i razem dla dobra ludzkości, a wkurwiony kierowca busa słucha i syczy
na mnie, żem skorumpowan. No to ja działaczowi: Płacisz albo kolegium, a busman za świadka.
Nadjechał mój szef i mówi, że on przejmuje sprawę. Zabrał kruchcianego do suki i odjechał.
Potem mnie wezwali na Piłsudskiego i zjebali jak beznapletnego fallusa, że nie szanuję
zasłużonych społeczników. Społecznik, dziś dyrygent, w pięknym mundurku i rogatywce unika
mnie jak dziewica eunucha - i tak już 20 lat. Chrystus przebacza, katolik chwyta za kamień.
Potem sie nie skurwiłem jeszcze parę razy. W czerwcu 1994 objąłem więc karną placówkę
w Brzegu.

 

 

Usiadłem w kątku sali

I poprosiłem Wielki Wybuch

Miłosnym słowem spłyń

Modliłem się też w Boga

Wdzwoń we mnie perwersję

Zagadnąłem kilka duchów

Niech ich oświecą też

No i spłynęło

I we mnie działo się tak

Miłość od razu wyjaśniła mi

Że lubi ciemność

I kocha gdy biją grzmoty

Miłość niewiadoma jest

Nim trafi w meandry

Jedwabnej pościeli i porwie ją

hiszpańskiej muchy

Szalony jak flamenco bzyk

ach w takt tego tańca

W cielesność pójść całym sobą

W całość jej najlepiej jej

Nawet z udźcami żony

Na ramionach można stopić śniegi

Kilimandżaro i jak się okazało Czomolungmy

Tak tak małżonko droga

Twoje góry i doliny fiordami

Że każdy Bóg by zmartwychwstał

Giacomo Puccini się na Twą

Dzikość kociczą zaślinił

W serenad czar

By tylko Tobie mruczały

Hanną Sosnowską i Marcinem Kowalskim

Bożenka zwiewna też kochała

Bardzo to recytując

Tak samo jak Ty

Nim przyjechało i zstąpiło w nas

Pąkami śnieżnych róż

Ale czy jest ono niewinnym

Zamiast słów miłość

Trzeba jednak opowiadać

Ciał rozruchami w sobie i na

I w takie pędy drżeć

By prawa pierś wyprzedziła

O długość sutka lewą

Żuraw i czapla poszliby w tango

Ale przecież to związek partnerski

Jakby jeszcze Żyd z Arabką

Spolszczyć go to znaczy zgrodczyć

I leźć w biedronki

Laura i Filon próbowali flamenco

Ciał w malinowym chruśniaku

Ale wyszła radziecka miłość

Ekranowa

Były achy i echy

Nie skonkretyzowane

Chociażby w Działdowie

W ananga ranga ciał skowyt

a swoją drogą działdowską sosenkę

Złamać by w erosa łuk

I spełnić duszy cug

Potem zapalić mentolowego

w spełnieniu po jakichś piętnastu minutach

A ona czekała wciąż

By ją chłeptał

Z jej wonności czerpał

Wspólną wolność ich

Jak taczanki bieg

W zaroślach Pustyni Błędowskiej

Warszawa zatracała się w zapomnieniu ud

By świtem spojrzeć ze szczytu Czomolungmy

W koszmar żółtego człowieka

A jednak namysłowski Poeta

Dał temu odpór

Namaszczająć ją krainą czarów

Tamta tysiąc lat czekała

A motyl tuż tuż i nie obrzezany

I kochał i umiał

Jeszcze normalnie zyć

tańczył tańczył Walenty

I tchnął w nas

 Niech kurna nie wymyślamy

Bo miłość jest prosta

Fyrfl Gulgewanc szedł chłodem zimy do domu

I dumał lekko i pewnie dysząc

Luk Erosa to wtedy ma sens

Gdy strzałą jego Falllusss

Celem i tarczą tradycyjną

Nie ogolona z malinowym języczkiem uwagi

 

Com słyszał i com czuł wczoraj wieczorkiem, tom napisał podczas tego wieczorku Miastu i Światu... i Kosmosu.

Piękny film wczoraj widziałem. U Grażyny Torbickiej. W jej paśmie Kocham Kino na Dwójce. Tytuł: Była sobie dziewczyna. Kino o tym, że pierwsze doświadczenia miłości zwodzą nas i prowadzą do strasznych błędów. Że nie możemy oceniać innych za ich wybory życiowe. Że nikomu nie można narzucać naszego stylu życia, naszych prawd. Mądre i piękne kino. Polecam by sobie ten film ściągnąć z sieci obejrzeć. Warto

 

Popieram Rosję w jej sporze z członkami pokolenia JP 2 przed trybunałem w Strasburgu. Wszystko jest jasne, a skarżącym radzę miłosierdzie i odpuszczenie win, a nie sięganie po srebrniki. Pan Putin płacąc wam musiałby zapłacić np. 20 milionom Ukraińców… znaczy ich rodzinom, których w latach trzydziestych ubiegłego stulecia zagłodził na śmierć. Żyjmy po prostu dalej - jak najdalej od Katynia i Smoleńska.

 

Nie schodzi się z krzyża. Ten co na niego wszedł pierwszy miał tylko do tego prawo i wszedł po to by inni nie wchodzili nań więcej. Dlatego odrzucam Dziwisza na rzecz 76 letniego Berlusconiego który żyje, czerpie z życia i namawia do tego innych. Ot, zrozumiał Chrystusa.

 

Autentyczne reakcje środowisk ultrakatolickich na możliwość wyboru ciemnoskórego papy:

- O kurwa! Ja pierdolę.! By to chuj wystrzelił w kosmos.

- Patrz. Rasowy Murzyn. Toż to kurwa prawdziwy koniec świata, a meteoryt na Uralu już jebnął!

 

 

W takim nadmiarze okazji traumatycznych można zapomnieć napić się za zdrowie wszelkich Grand lub za ich spokojny spoczynek w krainie wiecznej perwersyjnej ekstazy, którego Daj im Panie!

Dobrej nocy życzę i zdrowia!

A, jeszcze jedno! No i na c.uj „Antki” wycofywali z produkcji. Telepało i głośno było jak na koncercie Metaliki, ale one dolatywały wszędzie, a w razie awarii nawigator wyszedł na skrzydło i śmigło czy tam co przykręcił. Wszystko było do zrobienia kluczami 17 i 22! Tak jak w maluchu, albo Wartburgu! No i ten Batory się kłania. Wiem, powie Pan że dzisiejsi polscy kapitanowie statków nawet na Bałtyku trafią w górę lodową. To jednak prawda, dlatego ostatecznie trzeba nazad plany „Antków” z Korei sprowadzić lub polecałbym pogrzebać w muzeum Thora Heyerdahla, tego od Kon Tiki, jak pamiętam jego łódka z papirusu dałaby radę do Chicago!

 

mk

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

MIESZKAŁEM W MAŁEJ, LEŚNEJ OSADZIE

niedziela, 24 lutego 2013 11:29

 

 

Cztery domy, cztery rodziny, ośmioro rodziców i ze dwadzieścioro bachorów. Dookoła las i las. Pewnego dnia, przed 22 lipca Tata przywiózł z komitetu biało-czerwoną flagę już z drzewcem. Partyjni się uparli, że w te święto każda rodzina ma wywiesić flagę – u nas w lesie też, mimo, że do nas nawet inspektorzy z akcji posesja nie docierali, czy choćby ksiądz po kolędzie.

        Miałem z 10 lat. Tata kazał mi „gdzieś tą flagę przytroczyć”. No to długo nie myśląc wsadziłem ją w ciasną dziurę w dachu wychodka, który stał przy gnojowniku. Biało-czerwona powiewała tak ponad pół dnia, a gdy Tata powrócił zrobiło się gorąco, bo Tata był socjalistycznym patriotą.

        Ale dziać to się dopiero zaczęło nazajutrz, podczas obchodów święta w tak zwanym małpim gaju, bo ktoś doniósł, gdzie ja nieświadomie mam ojczyznę i za co ją uważam, ale laury zebrał Tata od komitetu, bo ja byłem gòwniarz, a kobieta w tamtych czasach była trochę więcej niż kura podwórkowa, więc Mamie też się upiekło.

        Po latach myślę, że byłem prorokiem: gnój, hajzel, dużo gòwna, panoszące się robactwo uwielbiające pławić się w gòwnie… ojczyzna-Polska!

 

A czego najbardziej bała się nasza leśna gromadka małych, rozwrzeszczanych, ale wesołych dzieciaków? Czarnej wołgi! Kiedy matki, albo starsze kumate rodzeństwo chciało nas na przykład ściągnąć na obiad, a my za bardzo nie chcieliśmy oderwać się od zabawy w dom, to krzyczeli: - Mirek, Michał szybko do domu! Czarna wołga zaraz tu będzie, jest już za lasem.

       Działało! Oj, jak działało! Na nasze pytania, co to jest czarna wołga, powtarzano nam, że to jest samochód, czarny, a w nim panowie w czarnych płaszczach, którzy porywają dzieci i im - cytuję dosłownie - nogi z dupy wyrywają! Były też wersje o wycinaniu narządów i wysysaniu krwi na mace. Kiedyś siostra mi taki samochód pokazała na drodze powiatowej i przezornie wycofała się ze mną do lasu. Ziarno, które gdzieś tam kiełkowało, zapuściło korzenie i wyrósł z tego niezły potworek lęku. Szczególnie dotkliwy on był i dokuczliwy, gdy spóźniliśmy się na autobus i sami na piechotę, czyli z trampka, musieliśmy iść drogą pośród lasów z jednej strony, a pól z drugiej, do szkoły czy też przedszkola. Albo odwrotnie - bywało też tak, że autobusy PKS celowo się nie zatrzymywały, bo kierowcy z Ostrowa Wielkopolskiego nie uznawali naszej osady i nas, i tym samym dla nich tam nie było przystanku - namysłowscy podobnie, a sycowskim nie chciało sie zwalniać i hamować, bo tam droga  była z górki i na luzie dojeżdżali do Dziadowej Kłody.

        Kto jechał ze Sycowa ten wie o „Ślizowskiej Górce". Faktycznie jak se człowiek rozbuja mobila, to jedzie i jedzie. Tak więc przeszkadzaliśmy kierowcom PKS w oszczędnościach paliwa, które potem się spuszczało na bazie, do spółki z kierownikiem. Raz po takim niezatrzymaniu się kierowcy szedłem, pełen lęku do szkoły, byłem pierwszoklasistą. W pewnym momencie zza zakrętu wyjechał owa czarna wołga - czajka ze srebrnym zderzakiem i grillem. Znieruchomiałem i prawie zapłakałem. Samochód zwolnił, zamigał kierunkowskazem i w końcu stanął. Decyzja był jedna jedyna. Rzuciłem tekturowy, brązowy tornister i chodu przez krzaki tarniny, dalej przez rów i przez ogromne łany owsa. Biegłem nie oglądając się około kilometra, aż zatrzymałem się na nielegalnym wysypisku śmieci pomiędzy nami a gminnym siołem! Tam zorientowałem się, że za mną nie biegną. Powoli z płaczem poszedłem do domu. Rozpacz sięgnęła dna, gdy zobaczyłem, że czarny samochód stoi pośrodku naszej osady. Opłotkami zaszedłem do domu. Przez okno zobaczyłem, że mężczyźni w czarnych garniturach z czerwonymi kratami rozmawiają z matką, śmiejąc się i popijając herbatę. Był to powiatowy szef PZPR i gminny szef PZPR z kierowcą, a matka tłumaczyła im fenomen czarnej wołgi.

 

mk


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

BYŁY TAKIE SOSNY,

niedziela, 24 lutego 2013 10:15

 

tu w namysłowskim lesie, rozciągającym się wzdłuż ulicy Marii Curie-Skłodowskiej, aż po cmentarz komunalny przy ul. Oławskiej. Nie wiadomo, co spowodowało, że od korzenia wyrosły nie jedną, a dwoma do pięciu łodyg. Potem przez kolejne lata rosły jeszcze bardziej ciekawie i zastanawiająco. W jakiś cudowny sposób te młode sosenki splatały się ze sobą, tworząc niesamowicie pokręcone i dziwne twory, boskie konstelacje. Ich wewnętrzna siła, bogowie lasu i matka natura sprawiali, że dostawały skrzydeł - po kilku lub kilkunastu latach, te młode piękne drzewa dzieliły się i na wysokości kilku metrów, łodygi rozszczepiały się na kolejne dwie lub trzy, by potem gdzieś niespodziewanie skręcić lub zrosnąć się z gałęzią sąsiedniego drzewa. W efekcie, przez kilkadziesiąt lat żywota tych sosen powstały rozety budzące zachwyt i oddziałujące na wyobraźnię.

          Las ten stał się moim ulubionym miejsce do szybkiego regenerowania się po codzienności. Kiedy mogłem szedłem tam, by nimi się nacieszyć, by chłonąć w siebie ten cud i dar natury. Jeśli gdzieś był Bóg, to właśnie w nich i tej atmosferze. Miały ożywczy, żywiczny zapach, wypełniający każdy pęcherzyk płucny, aż do krwi. Cieszyły wzrok, aż do łez wzruszenia ich pokręcone, wydawałoby się pokoślawione kształty, ale jakiejś pewności nadawała im ciemna zieleń igliwia, mocno osadzona na brązowych konarach. Podziw budziły dramatyczne rany na korze w wyniku szalejących wichur, zabliźniające się w narośla, z których serc wylewała się żywica przyciągająca i ludzi i owady. Te ostatnie przy odrobinie pozytywnego splotu dziejów, być może z żywicą za kilka milionów lat stworzą genialnie piękne bursztyny. Były one w swym powykręcaniu, wyginaniu i zrostach jednym wielkim efektem wizualnym, dającym duszy człowieka wrażliwego coś, co można by nazwać napojem bogów - ambrozją! Inaczej się ten napój smakowało patrząc od wschodu, a jeszcze bardziej uczuciowe były to chwile gdy patrzyło się na nie z północy, zachodu czy południa.

          Przeżycia nabierały rozmachu i smaku w zależności, czy był to wschód słońca, jego zenit, czy też zachód. Jakież się wtedy tęcze tworzyły, kiedy promienie słoneczne próbując przebić się przez zieleń igieł tworzyły barwne widowiska.

          Dodam, że w zależności od pory roku można było sie spodziewać również nowych „smaków" w tym wiecznym widowisku. No i istotną rolę odgrywały w tym cudzie zjawiska atmosferyczne, takie jak deszcz, wiatr, stopień zachmurzenia. Naprawdę jakość tego cudu była za każdym razem inna, za każdym razem wywoływał on inne wzruszenia i doznania. Wiatr wprawiał te bajkowe rozety w ruch, a wraz z ich ruchem pojawiał się szum, który sprawiał, że czułem się zanurzony w jakimś tajemnym oceanie. Po takim wietrze napływały chmury, a z nich płynął deszcz.

          Jeśli ktoś nie był w sosnowym lesie po deszczu, to niech żałuje, bo wtedy po prostu całym sobą czuje się jak ożywcze jest dla człowieka móc chłonąć tę świeżość, dającą pewność siebie i energię. Lubiłem podejść pod te sosny i popatrzeć od ich spodu w niebo, poprzez ich poskręcane i jednocześnie rozstrzelone łodygi. Ileż moim oczom i mojej duszy, tam w górze zjawisk i rzeczy się ukazywało. Piękne, genialne i niepokorne były te sosny!

          Dla mnie były one w swym boskim rozczochraniu kwintesencją poezji i takimi chcę widzieć córki i synów Weny. Nie wiadomo skąd przychodzą, nie wiadomo w która stronę wystrzelą i nigdy nie będą ostatecznie do zdefiniowania. Gdy jedna gałąź Weny uschnie, trzy następne wyrosną obok, z jeszcze większą siłą rażąc odbiorcę. O tak! One muszą razić na wszelkie sposoby! Widzi się i czuje, że w ich nadnaturalnych kształtach wiele bóstw mieszka i z niejednego pnia wyrosły, a korzeni mają wiele. To tak jak Mozart, czy dzisiejszy Sting! Potrafili i potrafią oni czerpać z wielości nigdy się nie powtarzając.

          Takich ich widzę, rosnących w siłę z każdym wersem, zwrotką, wierszem, poematem. Będą ciągle inni, zaskakujący wciąż siebie i druzgocący dotychczasowe piedestały i tym samym wczorajszych siebie. Muszą przerażać również i budzić lęk i łączyć to z pięknem i mądrością. I tak codziennie, i co noc. Bolesne to, ale to właśnie jest siła poezji. Ciągła refleksja i wieczny niepokój. Ostatecznie ich wers wbije się w niego - autora, a tym bardziej w odbiorcę niczym drzazga i ropieniem myśli wykwitnie i zastanowienia, a daj Bóg - buntu!

          Euforia albo ból! Stany pośrednie są tu po prostu średnie.

          W tym roku bezmyślny, zapewne technokratyczny leśniczy, kazał częściowo wyciąć te sosny, równie bezmyślnym i bezuczuciowym drwalom. Sosny były poskręcane więc pewnie jako opał płoną tej zimy w piecach gdzieś w przysiółkach. Hasło „Chrońmy lasy!” nabiera więc głębszego znaczenia. Trzeba chronić jak menzurki z krwią papieża w Siemysłowie Kulturę i wrażliwość ludzką. Mógł to uczynić ten leśniczy organizując wśród tych sosen zielone szkoły dla wszelkich tutejszych i nie tylko szkół. Niestety wygrały srebrniki. Ludzie wrażliwi to potęga, która władzy się nie opłaca, bo oni się zawsze upomną o ten las, przypominając, że on tam rósł a teraz szlaja się na klatce schodowej jako reklamówka hipermarketu. Tak to jest wielka klęska ludzkości, taka krótkowzroczność. Zarażony wrażliwością człowiek nie pobiegnie w niedzielę do galerii (k..wa, jakiej galerii!?) by truć się jakimś Mc burgerem i filmem typu Spiderman.

 

          Pewna namysłowska poetka mówi i ciągle podkreśla, że jej życie obecnie jest teraz mało poetyckie. Jej los przypomina mi trochę los tych sosen, którym rok po roku odcina sie jedną odnogę i powstaje kikut. Kontrowersyjne będzie zapewne to, co napiszę, ale tak jest z poetą - studia, praca, religia, rodzina, wartości… TAKIE, PRAWDY CZY SIAKIE, TO KOLEJNE RAMIONA TYCH SOSEN, KTÓRE SĄ OBCINANE I ZABIJANA JEST W POECIE POEZJA. Dlatego tak jej współczuje i jednocześnie doceniam jak próbuje ten kaganiec zrzucić by pokąsać! Bo wyziera z jej poezji wołanie, by dostrzec w niej to co jest jej istotą! Mam nadzieje, że nie przerazi ją samą, że ktoś te niuanse dostrzega i rozumie ją! Jej i wszystkim piszącym życzę by nie szli na kompromisy z życiem. Niech ich życie ustępuje przed potęgą ich weny i poezji. Niby, że w pewnym momencie stajemy się opoką dla kogoś, ale opoka to kamień, który jest większością, a większość zawsze jest milczeniem.

 

mk


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

IMPREZA WALENTYNKOWA WENY W NAMYSŁOWSKIM OŚRODKU KULTURY

sobota, 16 lutego 2013 14:17

 

 

Poetyckie Walentynki są celebrowane w Namysłowskim Ośrodku Kultury przez Klub Młodych Twórców „Wena” od wielu lat. W tym roku (a mamy 2013) impreza odbyła się dokładnie w dniu Świętego Walentego (14 lutego), ale w nieco zmienionej formie. Nie było walentynkowych wróżb i nie było lawiny ze wszech stron wygłaszanych wierszy. Tym razem dominowały utwory muzyczno-wokalne wykonywane przez młodych artystów z Wrocławia, Hannę Sosnowską (wokal) i Marcina Kowalskiego (gitara) – oboje dysponują świetnymi możliwościami wykonawczymi, znakomitym obyciem ze sceną i repertuarem zawierającym kameralne utwory traktujące o miłości, jak na walentynki przystało.

 

 

 

Swoje wiersze recytowali: poetka-wenianka Bożena Ciupa-Krewska i poeta przybyły z Warszawy – Robert Baranowski. Oboje posiadają duże umiejętności recytatorskie a i wiersze były znakomite. Jednoosobową grupę wsparcia stanowił piszący te słowa opiekun Weny.

Dość szczelnie wypełniona sala przyjęła prezentowane utwory z dużą sympatią obdarzając wykonawców częstymi brawami. 

- Gratulacje! Koncert i recytacje moim zdaniem były piękne i profesjonalne (…) – stwierdził obecny na widowni Mirosław Kurowski. -  Wypocząłem bardzo i „powciągałem”, zwłaszcza ten świetny wokal pani Sosnowskiej. Jak widać z handlowego święta można zrobić święto wzruszeń i prawdziwego ciepła ludzi dla ludzi.

 

 

 

Podobnego zdania są członkowie Weny, o czym przeczytać możemy między innymi na stronach blogu Agnieszki Biegańskiej (http://mojeinspiracj.blogspot.com/)

 

Wyrazem dużej sympatii jest fakt, że wielu uczestników imprezy prosiło o częstsze takie imprezy, z tymi samymi wykonawcami.

 

 

 

Kazimierz Jakubowski


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

KARUD „WENIE” NA WALENTYNKI

sobota, 16 lutego 2013 14:09

 

Między Rychtalem a Starym Sączem

nie znajdziesz drugiej takiej kuźnicy,

w której poezja płoży się pnączem

bujnym, jak wino w rajskiej winnicy.

 

Od Bierutowa po Ruś Czerwoną

nie jesteś w stanie - bo pewnie nie ma -

trafić na takich poetów grono,

jak dumna „Wena” – pisz pan: Bohema.

 

Wisława, Kazik, lira Erato

a nade wszystko duch Karoliny,

odpowiedzialni są mile za to,

co z poetyckiej lepią tu gliny …

 

 

              

 

Wilhelm Karud, Walentynki 2013, Stary Sącz

 

…i jeszcze klasyczny moskalik autopromocyjny:

 

Jeśli warknie ktoś, że Karud

kiepskie pisze Wam wierszyki,

temu ovo (łac.) zmiażdży naród

w drzwiach licheńskiej bazyliki.

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


Licznik odwiedzin:  52 344  

O moim bloogu

Opinie, polemiki, felietony, zapiski podróżne.

O mnie

Praca: do niedawna prowadził prywatną działalność gospodarczą, był współwłaścicielem Gazety Ziemi Namysłowskiej, przez pewien czas pełnił obowiązki red. naczelnego w namysłowskim „Magazynie Powiatowym”, był redaktorem w „Panoramie Opolskiej”, redaktorem technicznym w „Gazecie z Głogówka:” reporterem Radia SUD, jest mlodszym instruktorem w Namysłowskim Ośrodku Kultury, opiekunem KMT „Wena”.
Wyróżnienia: Dyplom honorowy wojewody opolskiego za aktywną działalność na rzecz rozwoju ruchu artystycznego i społeczno-kulturalnego, 25 dyplomów i listów gratulacyjnych za prace w upowszechnianiu kultury w lokalnym środowisku, 16 nagród i wyróżnień literackich, 3 wyróżnienia w ogólnopolskich konkursach recytatorskich (w tym srebrna i brązowa odznaka recytatora), dyplom uznania jednostki wojskowej (!), list pochwalny za pracę zaopatrzeniowca i magazyniera w ZRB MZEAS... i Medal XXXX lecia PRL (sic!)... Tego typu wyróżnień jest dużo więcej, ale kto by to liczył.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 52344