Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 277 249 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


WOLNA LIMERYKANKA PO NAMYSŁOWSKU

poniedziałek, 23 kwietnia 2012 19:25

 

Namysłowski Ośrodek Kultury serdecznie zaprasza wszystkich miłośników krótkich form poetyckich na spotkanie pod znamiennym tytułem: My limerick is my castle!

Spotkanie promujące zbiorek limeryków pt.: „Wolna limerykanka po namysłowsku” autorstwa Kazimierza Jakubowskiego, Wilhelma Karuda i Grzegorza Kalinowskiego, odbędzie się 4 maja o godzinie 16.00 w NOK.

 

  

 

Czynny udział w uroczystości zapowiedzieli między innymi: Małgorzata Pasznicka z Wołczyna, Marcin Kowalski z Wrocławia, młodzi muzycy z namysłowskiej Szkoły Muzycznej oraz członkowie KMT Wena.

Wstęp wolny. Gości zachęcamy do przynoszenia własnych limeryków.

 

Kazimierz Jakubowski


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

WEEKEND TEATRALNY Z GRUPĄ „BEZ ATU"

niedziela, 22 kwietnia 2012 10:01

 

Zespół Teatralny „Bez atu” oraz Namysłowski Ośrodek Kultury zapraszają 27 - 28 kwietnia 2012 roku o godz. 18.00 na „Weekend Teatralny  z Teatralną Grupą  „Bez Atu".

 

27 kwietnia, piątek, godz. 18.00:

„ŁUŻYCKI KRÓL” - współczesna komedia utopijna Jurija Kocha. Grają: Aleksander Szachnowski, Żaneta Szachnowska, Sylwester Zabielny, Sandra Pankiewicz, Łukasz Ocharski, Błażej Sobaszek, Michał Didek. Reżyseria: Aleksandra Patelska. Montaż dźwięku i muzyki, światło, obsługa techniczna: Mateusz Kania.

 

http://www.nok-namyslow.pl/index_pliki/weekend_teatralny/index.html

 

 

 28 kwietnia, sobota, godz. 18.00:

„PIERWIASTEK Z MINUS JEDEN ALBO NAJPIĘKNIEJSZY DZIEŃ W ŻYCIU” – komedia w III aktach Mariana Hemara. Grają: Sylwester Zabielny, Aleksandra Dubińska, Aleksander Szachnowski, Żaneta Szachnowska, Łukasz Ocharski. Reżyseria: Aleksandra Patelska. Montaż dźwięku i muzyki, światło, obsługa techniczna: Mateusz Kania. Scena Namysłowskiego Ośrodka Kultury. Na oba spektakle wstęp wolny.

 

 

 

BEZ ATU – amatorska grupa teatralna działająca od października 1999 roku przy Namysłowskim Ośrodku Kultury, pod kierunkiem Aleksandry Patelskiej - emerytowanej nauczycielki języka polskiego. Do kwietnia 2012 roku zespół wystawił kilkanaście sztuk teatralnych zarówno autorów polskich, jak też zagranicznych, m.in.: „Kwintet” Andrzeja Stasiuka, „Zabij mnie” i „Koronację” Marka Modzelewskiego, „Trzy zbiry” Daria Fo, „Łysą śpiewaczkę” Eugène’a Ionesco oraz „Łużyckiego króla” Jurija Kocha. Ponadto zespół był współorganizatorem wieczorów literackich poświęconych lokalnym twórcom poezji. Grupa występowała z powodzeniem na wielu przeglądach teatralnych w kraju i za granicą. Po nawiązaniu w 2004 roku współpracy z Katedrą Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego cztery różne spektakle w wykonaniu „Bez Atu” zostały zarejestrowane zawodowym sprzętem telewizyjnym i ukazały się na płytach DVD.

 

ŁUŻYCKI KRÓL - tekst współczesnej komedii utopijnej Jurija Kocha „Łużycki król” trafił do Namysłowa w sierpniu 2009 roku, a  do prac nad przygotowaniem polskiej premiery tej sztuki przystąpiono na początku 2010 roku. Inauguracyjny pokaz odbył się w ramach XII Dni Łużyckich w Namysłowskim Ośrodku Kultury 6 listopada 2010 roku w obecności Jurija Kocha, reprezentantów dolnołużyckiej miejscowości Hochozy, gdzie toczy się akcja sztuki, a także Związku Serbów Łużyckich „Domowina” oraz przedstawicieli Stowarzyszenia Polsko - Serbołużyckiego „Pro Lusatia”.  Warto przy tej okazji zauważyć, że przekłady łużyckich utworów dramatycznych na język polski należą do rzadkości. Polską premierę „Łużyckiego króla” w Namysłowie zawdzięczamy niezwykłemu zaangażowaniu Piotra Pałysa, prezesa „Pro Lusatii”, oraz Michała Machury, który specjalnie na Dni Łużyckie dokonał przekładu tekstu z języka dolnołużyckiego. Kilkusetosobowa publiczność, zgromadzona na premierze, owacyjnie przyjęła „współczesną komedię utopijną” najwybitniejszego serbołużyckiego dramaturga. Mimo specyficznego tła historycznego, społecznego i kulturowego sztuka okazała się w swej sile wyrazu niezwykle uniwersalna. Najistotniejsze i najbardziej pojemne zagadnienie w „Łużyckim królu” dotyczy bowiem roli przypadku w życiu człowieka. Dramat jest próbą odpowiedzi na szereg pytań: jak splot zaskakujących wydarzeń zmienia ludzi? jak nagły sukces zwykłego człowieka oddziałuje na otoczenie? w jaki sposób sąsiedzi, znajomi zachowują się, gdy ktoś z ich okolicy wygrywa, gdy zmienia się jego status społeczny? jaką, wreszcie, postawę wobec otoczenia przyjmują ci, do których uśmiechnęła się fortuna? Zogniskowanie przez reżyserkę przedstawienia, Aleksandrę Patelską, wymowy sztuki na tej problematyce było punktem wyjścia do budowy sytuacji scenicznych, a przede wszystkim zrozumienia motywacji głównych postaci i nakreślenia ich wyrazistych charakterów. Sztuka nadal cieszy się dużym powodzeniem. Namysłowscy artyści grali ją już gościnnie w Wołczynie, w Opolu, we Lwowie na Ukrainie w ramach II Międzynarodowego Festiwalu Amatorskich Zespołów Teatralnych „Uśmiech Talii” w 2011 r., a także w Budziszynie na Łużycach w marcu 2012 r. w ramach obchodów jubileuszowych 100-lecia powstania Związku Serbów Łużyckich „Domowina”.

 

PIERWIASTEK Z MINUS JEDEN ALBO NAJPIĘKNIEJSZY DZIEŃ W ŻYCIU - premierowy pokaz „Pierwiastka z minus jeden...” widzowie obejrzeli na deskach Namysłowskiego Ośrodka Kultury w październiku 2009 r.  z okazji jubileuszu 10-lecia istnienia miejscowej grupy teatralnej „Bez Atu”.      W pierwszej realizacji sztuki Mariana Hemara (1901-1972) udział wzięli: Sebastian Janisz, Karolina Nasiadek, Aleksander Szachnowski, Żaneta Szachnowska i Łukasz Ocharski. Obecnie, w częściowo zmienionej obsadzie, role małżonków - Jerzego i Krystyny - zagrają Sylwester Zabielny i Aleksandra Dubińska. „Pierwiastek z minus jeden..." – napisany w 1966 r. na emigracji w Londynie przez wybitnego polskiego poetę, kompozytora i dramaturga – jest komediowym wariantem motywu faustowskiego. Rzecz dzieje się w ciągu paru godzin, jednego popołudnia, w mieszkaniu Jerzego i Krystyny, które stanie się areną przebiegłej walki dobra ze złem, próbą przechytrzenia losu i tajemniczego Obcego.

 

Wg inf,wł.-kj


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

KRÓTKA ROZPRAWA O NIEDOSZŁEJ EGZEKUCJI

środa, 18 kwietnia 2012 6:18

 

Dawno, dawno temu, ale nie tak dawno! Kiedy? - niewiadomo dokładnie, spory trwają do dziś, czy było to jeszcze drugie milenium, czy zaczęło się już trzecie?... Za kilkoma rzekami, ale na pewno przed najstarszymi górami w Europie, w krainie słusznie zwanej Przedmurzem, w jej południowo-zachodniej części, czyli przepięknym Dolnym Śląsku. Na jego wschodniej granicy, była sobie parafia małomiasteczkowa. Nie omieszkam dodać, że w owym czasie Mistrz Jan ułożył z dachówek na dachu kościoła parafialnego w Wilkowie ów słynny napis 2000 lat chrześcijaństwa. Mieszkańcy parafii są z napisu i Mistrza Jana  dumni! 

 

Rebe Zonenfeld od piętnastu lat był właścicielem najstarszej apteki w mieście. Przejął ją po swoim ojcu, który przybył do miasteczka ze stolicy w 1945 roku. Zamieszkał nad apteką w niczym nie naruszonym mieszkaniu poniemieckim. Aptekę też Niemcy zostawili nienaruszoną i czystą. W recepturze były gotowe proszki, których niemiecki aptekarz już nie zdążył wydać. Esesmani kazali mu się szybko zbierać wraz z rodziną i zabrać najpotrzebniejsze rzeczy. Wywieziono ich w głąb Rzeszy z zapewnieniem, iż za 7 - 8 dni powrócą do domostw. Nie powrócili.

Aptekarstwo to nie była jedyna pasja Rebe Zonenfelda. Pół roku wcześniej udał się do kancelarii parafialnej, zamówić mszę w rocznicę śmierci ojca. Drzwi kancelarii uchylił mu proboszcz, ksiądz Georgios Papandreu. Był on synem emigrantów greckich przyjętych przez władze PRL, kiedy komuniści byli prześladowani w rodzinnej Helladzie. Papandreu był świetnym organizatorem i dlatego kardynał Balbinowicz powierzył mu organizowanie nowo powstałej parafii. Poradził sobie szybko ze swoim zadaniem i wrósł w miejscowe społeczeństwo, jak i stał się ulubieńcem tutejszych elit. Po kilku latach pełnił już ważne społeczne funkcje oraz stał na czele Koła Uśmiercaczy Zwierzyny Dzikiej potocznie zwanego kołem łowieckim. Koło zmieniło nawet nazwę na Franciszkanós ze względu, że ulubionym świętym wielebnego był św. Franciszek. W kościele jedną z kaplic poświęcił ksiądz owej postaci i swej pasji zabijania zwierząt. Przyozdabiał ją trofeami łowieckimi wciąż zdobywanymi. Później poroża w tej kaplicy nabrały szczególnego znaczenia w obliczu pewnej innej pasji, której z lubością oddawał się przywódca owczarni.

Na zebraniach koła Radia Maryja, w przerwach pomiędzy wykładami Uniwersytetu Trzeciego Wieku kumy szeptały, że wielebny lubi zaglądać do alkowy pewnej wdowy. Potem była druga i trzecia, a w końcu gruchnęło, że i do tej czy tamtej mężatki zagląda, której mąż hydraulikiem będąc, podbija akurat tę czy inną Zieloną Wyspę. Naród Boga jednakowoż nie był zbyt purytański. Panowało więc status quo pomiędzy boskim, a cesarskim. Sacrum nie mówiło głośno o profanum i na abarot.

Tak więc nasz poczciwy Zonenfeld znalazł się w kancelarii parafialnej i od słowa do słowa panowie przypadli sobie do gustu. Oczarowany księdzem farmaceuta zaprosił go na najbliższy niedzielny obiad. Jego małżonka Deborach kontenta była, że dom ich nawiedzi tak świetna Osoba. Obiad upłynął w przemiłej atmosferze. Potem farmacetostwo rewizytowało proboszcza i byli podejmowali pieczystym z dziczyzny jak i nalewkami oraz bimbrem z najlepszych miejscowych pędzarni. Z biegiem dni i zażyłości kanonik zaproponował farmaceucie wstąpienie do koła strzelaczy kuropatwianych. Farmacista Peritus ociągał się. Że to zbyt oddany swojej profesji, że małżonka piękna i zwiewna, że rodzina. Projekt ów przedstawił pod rozwagę żonie. Ta chętnie zgodziła się twierdząc, że dobrze mu zrobi obcowanie z przyrodą i najznamienitszymi osobami miasteczka. Do Franciszkanósa należeli bowiem notable, policjanci, lekarze, strażacy, wojskowi.

Połknął bakcyla. Polubił chodzić ze strzelbą po polach, lasach i ostępach dzikich. Raczej nie krzywdził zwierząt, bo o wiele bardziej wolał do nich strzelać z flesza swojego aparatu fotograficznego. Lubił też coraz bardziej ojca Georgiosa, z którym wędrowali, dyskutując o starożytnej Grecji.

Czas mijał i farmaceuta coraz częściej wychodził na łono natury. Pewnego dnia na zapleczu swojej apteki zmówił się jednak ze swoim kolegą po fachu. Ten najdelikatniej jak umiał poruszył temat, którym żyła ostatnio tzw. opinia publiczna. Powiedział więc, że kiedy Zonenfeld przemierza bezkresy pól, lasów i ruczajów pełnych motyli, to wielebny Papandreu gości w jego domu. Aptekarz gwałtownie zaprotestował i wyraził wręcz oburzenie słowami i insynuacjami kolegi. Małżonki był pewien, pewien był przyjaźni wielebnego proboszcza. Naturalnym było dla niego, że tak wyśmienita Osoba konwersuje z jego wykształconą i egzaltowaną małżonką. Sam przecież, kiedy małżonka była w pracy, przyjmował dostojnego gościa. Rzecz więc całą uznał za trywialnie niedorzeczną i przeszedł nad nią z podniesioną głową. Dalej uczestniczył w polowaniach. Dalej konwersował ze swoim przyjacielem o Sokratesie. W swym pojmowaniu świata, nie zwróciło jego uwagi, że kilkakrotnie jego przyjaciel odbierał ważne telefony z kurii i wymykał się z polowania.

W pewien letni poranek towarzysze, jak zwykle udali się ze strzelbami i aparatem w pola i ruczaje. Dyskutowało im się przepięknie, a orzechówka dodawała weny i elokwencji. Aż tu telefon komórkowy kanonika zgruchotał sielankę. Kuria była nieubłagana i wielebny apiat’ opuścił swego towarzysza.

 

Czasami impuls powoduje, że przestajemy racjonalnie myśleć. Pod jego wpływem wirujemy w namiętnym tańcu porno z teściową, jak i rzucamy blondynkę w gruz rozjechanego ciężarówką chodnika, skacząc w ogień, w którym gore zakonnica, nie dając jej zostać męczennicą pańską. Ten ci impuls spowodował, że nasz aptekarz zakrzyknął, a właściwie zawył! Ruszył szybkim krokiem, a potem biegiem do swojego pickupa. Nagle przeszyły go myśli (oczywiste oczywistości, jak ta) - Czemu wielebny zawsze przyjeżdżał swoim samochodem i odmawiał podróżowania z nim. Kiedy umawiali się pod którąś z ambon, czemu coś lub ktoś powodował, że ojczulek się nie stawiał na rendez vous?

Pośród takiej burzy myśli farmaceuta gnał do swego domu przy ulicy Chędążniczej 4. Zabulgotało w nim gdy dojechał na miejsce i przy swojej posesji zobaczył zaparkowanego sportowego Mercedesa ojca. Powoli i ostrożnie wszedł do swojego domu, który był otwarty. Skierował się prosto do sypialni, która też okazała się być otwarta. Cały jego szlak, który przebył w swym domu oznaczony był damską i męską garderobą. Latarnią mu były jęki rozkoszy wydobywające się z jego małżeńskiego łoża. Wzburzony, ale jednak powoli wszedł do sypialni. Jego małżonka klęczała na kolanach i dłońmi podpierała ciało o oparcie łoża. Jej piersi rytmicznie falowały niczym wahadło zegara. I zdały się mówić: tył - przód, tył - przód, tik- tak! Kolana jej wciśnięte w pościel ułożone były w odwróconą literę V. Za jej pośladkami klęczał wielebny i trzymając lewą dłonią włosy farmaceutki, mocno szarpał jej głowę do tyłu, jednocześnie atakował z furią penisem jej srom krzycząc: - Wio, wio, hejjjjaaaa!

Prawa ręka jego wędrowała w górę zamaszyście wykonując ruchy woźnicy uderzającego batem galopujący zaprzęg!

Aptekarz uwiecznił tę scenę aparatem, czego pędzący w ekstazę zaprzęg nie zauważył. Potem zdjął z obojczyka sztucer i lufę włożył w tyłek wielebnego mówiąc:

- Koniec przejażdżki. - Następnie ryknął słowami, których nigdy wcześniej nie używał, ale jednak były w nim, zapewne wyssane z mlekiem matki.

- Klęcz ch..u i się nie ruszaj, ty p..do również! Ruszycie się, a zaj..ię oboje!

Wielebny pomimo całej grozy kończył orgazm i strasznie się trząsł, a najbardziej telepały się pośladki, że aptekarz uważać musiał, by sztucer nie wypalił.

Wziął w końcu komórkę i wykręcił numer 997. W słuchawce odezwał się głos:

- Komenda policji, aspirant Pat Mat Kluski.

- Dzień dobry panie aspirancie.

- Dzień dobry - odparł dyżurny.

- Rebe Zonenfeld. Proszę przysłać patrol do mojego domu, to chłopcy zobaczą egzekucję qurwiarza księdza i qurwy farmaceutki!

Pat Mat Kluski domyślił się o co chodzi w jednej chwili, bo wiedział co ludzie mówili.

- Proszę niech pan spróbuje zachować spokój, a ja tam wysyłam natychmiast patrol.

- 401-52 dla 500 odbiór….

- Odbiór 52 dla 500

- 52 pilnie udaj się na Hędążniczą 4, stało się to o czym rano dyskutowaliśmy. Zachowaj spokój i nie dopuść do masakry.

Ów tragikomiczny trójkąt z doskonałą rolą sztucera 4 minuty czekał na patrol. W tym czasie Mat Kluski jak umiał tak uspokajał aptekarza. Ten zaś kręcił lufą w zadzie aptekarza, krzycząc „I jak ci jest wielebny - ile razy już doszedłeś?” Wielebny i niewierna  trzęśli się okrutnie, ale nawet nie pisnęli !

Patrol w składzie Knudsen i Mikkelsen ostrożnie naprowadzani przez dyżurnego weszli do alkowy Zonenfeldów. Widząc ich, zdradzany małżonek wyszarpał lufę z odbytu Papandreu i spokojnie rzekł do policjantów:

- Panowie, którą qurwę mam zaj..ać pierwszą?

Mikkelsen, doświadczony sierżant rzekł do Zonenfelda:

- Wie pan, panie magistrze, oni nie są warci późniejszych pana kłopotów, pan odpuści.

- Oddam panu sztucer, ale pierwej pan uwiecznij, jak zwalczam grzech cudzołóstwa! - i ponownie wcisnął lufę sztucera w wielebny zad, który wydał pierd i krzyk. Knudsen zrobił zdjęcie zaprzęgu, po czym wyszarpany z ponownym wydzieleniem się siarkowodoru sztucer wylądował w dłoniach Mikkelsena.

 

12 LAT PÓŹNIEJ

 

Małżeństwo Zonenfeldów nie rozpadło się. Widzę ich często spacerujących i trzymających się za ręce w miejscowych parkach. Co Cię nie zabije... etc.

Wielebny Papandreu nadal jest proboszczem małomiasteczkowej parafii. Miał zostać biskupem pomocniczym, ale Balbinowicz odszedł na emeryturę, a biskup Gęsiewski  ma inne asy w talii.

Pat Mat Kluski i Mikkelsen cieszą się zasłużoną emeryturą. Cała czwórka wymieniona należy nadal do Franciszkanósa.

Knudsen jest naczelnikiem wydziału prewencji w małomiasteczkowej komendzie. Zgadnijcie jakie ma hobby?

Sztucer do dziś czuje ów swąd siarkowodoru i potu z międzypośladzia wielebnego księdza kanonika proboszcza.

 

Kończę życząc Panu zdrowia i mam nadzieję, że lektura ucieszyła Pana, jak i wierząc iż w przyszłości to będzie jedna z pierwszych „Czytanka dla 6-cio letniego Janka”, a gdy już tak będzie, to ten kraj będzie moim krajem.

MK


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

OKAZJA MIJA KOŁO NOSA

środa, 18 kwietnia 2012 6:09

 

W ubiegłym tygodniu obserwowałem kapitalne i zachwycające mnie Dzieło Boże! Od razu dodam, aby nie odstraszyć, że nie będzie to tekst o Opus Dei. Bóg, czy (jak wolą mówić profesorowie Dawkins i Hawking) Wielki Wybuch, uraczył mnie widowiskiem zwanym natura, przyrodą, fauną i florą. Najsamprzód mój przewodnik mój przewodnik pokazał mi dziki odcinek Widawy, z krystalicznie czystą wodą, a w niej najprawdziwsze pstrągi potokowe pływały! Rozmawialiśmy ciepło o pozytywnej przemianie rzeki, gdy naszym oczom dał się obejrzeć najprawdziwszy i sporego rozmiaru sum! Przewodnik prosił mnie, bym nie ujawniał, gdzie biegnie niniejszy odcinek rzeki - i wolę jego spełniam.

Potem zabrał mnie w inne miejsce, gdyż chciał mi pokazać zaprzyjaźnionego zająca, który sobie kicał spokojnie i zdawał się być przyzwyczajonym do pracujących tam ludzi. Jakie było nasze zaskoczenie, wręcz zdumienie, gdy na miejscu zastaliśmy krwawe resztki szaraka. Kilka metrów dalej siedział duży orzeł bielik. Spoglądał na nas zaciekawiony. Był cały umorusany we krwi, a więc zrozumieliśmy, iż zając był jego posiłkiem. Zaniepokoiło nas, że nie odlatywał. Podeszliśmy kilka kroków w jego stronę, a on pobiegł kilka kroków od nas, rozpościerając skrzydła, ale nie poderwał się do lotu. Znowu usiadł! Olśniło nas. Posiłek był tak obfity, że biedak nie mógł wznieść w powietrze ciężaru swojego i zjedzonego zająca! Przewodnik skontaktował się telefonem komórkowym, ze swoim szefem. Ten nakazał mu pilnować bielika, by ten nie stał się z kolei kolejnym oczkiem w łańcuchu pokarmowym. Firma cateringowa (z Opola!) dowiozła nam zapasy jadła i wszelkiego picia. Godło narodowe pofrunęło do swojego gniazda po osiemnastu godzinach!

Przewodnik prosił, bym nie robił zdjęć i tę prośbę uszanowałem.

Te dziwy i cuda tutaj w powiecie namysłowskim miały i mają miejsce, a sam powiat? Od roku 1312 to było samodzielne księstwo! Tylko gdzie jest książę pan, który tak świetną rocznicę przekułby w marketingowy i reklamowy sukces, niczym Księstwo Łeby, czy rumcajsowski Jiczyn! Marząc o uczynieniu z Pokoju uzdrowiska i kurortu trzeba zacząć od czegoś. Świetna okazja mija koło nosa, panowie władza, niestety tylko dla władzy!

 

M.K


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

ŚPIEWY NA POKŁADZIE I W KUBRYKU

niedziela, 08 kwietnia 2012 16:28

Felieton gęsto szantami podszyty

 

Zupełnie niedawno napisałem w jednym ze swoich felietonów, że Tadeusz Nowak, podobnie jak ja i wielu innych mieszkańców Namysłowa, darzy Irlandczyków ogromną sympatią. Zainteresowanym najciekawszymi polskimi tekstami piosenek o Irlandii poleciłem Internetową stronę Tadeusza – bo naprawdę warto posłuchać.

Szczególnie uwielbiam szanty – sam napisałem ich nieco, ale dziesiątki zasłyszanych śpiewałem z przyjaciółmi i synami. Oczywiście, śpiewaliśmy polskie wersje, ale te polskie szanty słyszałem już wcześniej, jako irlandzkie pieśni ludowe. Tak czy owak, już od dziesięcioleci możemy mówić o polsko-irlandzkim śpiewaniu.

Zatrzymajmy się chwilę dłużej przy tym „Tańcowaniu”, bo godne jest czegoś więcej, niż tylko fragmentu. Oto „The Dubliners” podczas koncertu w szczelnie wypełnionej sali. Niezupełnie już młodzi ludzie, a grają tak, że nogi trudno w miejscu utrzymać.

Skoro o nogach mowa - oto końcowy fragment widowiska pod tytułem Lord of the dance, wytańczony przez zespół Michaela Flatley’a. Aż szkoda, że się już tak tańczyć nie nauczę. Mogę sobie co najwyżej szanty posłuchać po polsku. Trudno – chętnie za to „luknę” raz jeszcze na mistrza w tej dziedzinie.

Jak znam życie, to mniej więcej teraz powinna się rozpocząć awantura, albo nawet najzwyklejsza bijatyka – poparta argumentowaniem, że większość tego, co my nazywamy szantami, to są pieśni kubryku, śpiewane przy popijawach w chwilach wolnych od pracy, natomiast prawdziwe szanty śpiewa się przy pracy, na pokładzie – jest to zaśpiew szantymena, nadającego rytm pracy i chóralna odpowiedź pracujących. I tu pewnie się pojawi argument koronny, że Polacy to w ogóle nie mają żeglarskich tradycji, więc skąd te polskie szanty?

Oj tam, oj tam! A cóż to za argumentacja? Cały świat słucha żeglarskiej muzyki, która ma irlandzkie korzenie. I jeżeli nawet powstaje jakaś zupełnie nowa szanta, to bez wątpienia jest w niej też irlandzka nuta. Dla mnie polskie szanty i irlandzki folk to muzyka najlepsza - bo ją lubię i już!

Z twierdzeniem, że Polska nie ma tradycji żeglarskich też za bardzo bym się nie wyrywał, bo to i owo by się znalazło. Ot choćby bitwa oliwska i Arend Dijckman,  holenderski admirał polskiej floty wojennej. Zanim jednak przejdziemy do jednej z najpiękniejszych szant polskich, warto poznać historię, wiedzieć co nieco o walce na dawnych okrętach, posłuchać wezwania „Bij Szwedzina!”… Dopiero teraz pora na oliwską szantę!

  

 

  

Na zakończenie zaśpiewajmy wspólnie „Pijanego żeglarza” – melodię znamy chyba wszyscy, a tekst się znajdzie bez wątpienia.

 

Kazimierz Jakubowski


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


Licznik odwiedzin:  52 355  

O moim bloogu

Opinie, polemiki, felietony, zapiski podróżne.

O mnie

Praca: do niedawna prowadził prywatną działalność gospodarczą, był współwłaścicielem Gazety Ziemi Namysłowskiej, przez pewien czas pełnił obowiązki red. naczelnego w namysłowskim „Magazynie Powiatowym”, był redaktorem w „Panoramie Opolskiej”, redaktorem technicznym w „Gazecie z Głogówka:” reporterem Radia SUD, jest mlodszym instruktorem w Namysłowskim Ośrodku Kultury, opiekunem KMT „Wena”.
Wyróżnienia: Dyplom honorowy wojewody opolskiego za aktywną działalność na rzecz rozwoju ruchu artystycznego i społeczno-kulturalnego, 25 dyplomów i listów gratulacyjnych za prace w upowszechnianiu kultury w lokalnym środowisku, 16 nagród i wyróżnień literackich, 3 wyróżnienia w ogólnopolskich konkursach recytatorskich (w tym srebrna i brązowa odznaka recytatora), dyplom uznania jednostki wojskowej (!), list pochwalny za pracę zaopatrzeniowca i magazyniera w ZRB MZEAS... i Medal XXXX lecia PRL (sic!)... Tego typu wyróżnień jest dużo więcej, ale kto by to liczył.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 52355