Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 277 249 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


REGULAMIN V EDYCJI KONKURSU O RÓŻĘ KAROLINY

wtorek, 23 lipca 2013 9:30

 

O różę - znaczek full.jpg

Organizator konkursu: Namysłowski Ośrodek Kultury, 46-100 Namysłów, Pl. Powstańców ŚL2

 

Cel  konkursu: Upamiętnienie  twórczości   opolskiej   poetki   Karoliny  Turkiewicz-Suchanowskiej

 

Zasady konkursu: Nadsyłać należy niepublikowane utwory: trzy wiersze bądź jedno opowiadanie - autorzy są zobowiązani do przesłania tylko jednego zestawu wierszy albo jednego opowiadania nieprzekraczającego 5 stron znormalizowanych (9000 znaków ze spacjami). Teksty, w czterech egzemplarzach (rękopisy nie będą brane pod uwagę) mają być oznaczone tylko godłem autora, a w dołączonej kopercie - oznaczonej tym samym godłem - powinny znajdować się dane dotyczące autora (imię, nazwisko, adres, telefon, email) oraz podpisana zgoda na przetwarzanie danych osobowych, w zapisie: „Wraz z nadesłanymi tekstami przesyłam również zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych dla potrzeb organizacyjnych konkursu, ewentualnych działań reklamowych i marketingowych z nim związanych oraz dla potrzeb publikacji prasowych, w formach zwartych oraz elektronicznych będących jego następstwem. Przez godło rozumie się słowo lub numeryczny zapis maskujący właściwą tożsamość autora.

 

Termin nadsyłania prac: do 13 września 2013 r. (decyduje data stempla pocztowego), na adres: Biblioteka Publiczna; Ul. Bohaterów Warszawy 5; 46-100 Namysłów - z dopiskiem na kopercie: „Konkurs Poetycki" - tu podać należy także grupę wiekową.

 

Nagrody:Autorzy najlepszych tekstów z grupy „dorośli* uhonorowani zostaną nagrodami za l, II i III miejsce. Dla dzieci i młodzieży przewidziano interesujące nagrody książkowe.

 

Ogłoszenie wyników i uroczyste rozdanie nagród odbędzie się 25 października w Bibliotece Publicznej w Namysłowie. O wynikach konkursu organizator powiadomi tylko laureatów. Wszyscy laureaci zobowiązani są do osobistego odbioru nagrody - w innym przypadku przechodzi ona do następnej edycji konkursu. Organizatorzy nie zwracają kosztów podróży. Wybrane teksty nagrodzonych i wyróżnionych autorów zostaną opublikowane w pokonkursowym tomiku. Nadesłane prace nie będą zwracane. Organizatorzy zastrzegają sobie prawo do publikacji konkursowych tekstów oraz do cytowania ich w mediach bez gratyfikacji pieniężnych dla ich autorów. Nadesłanie prac jest jednocześnie zgodą autora na nieodpłatne wykorzystanie ich w formie publikacji pokonkursowych (w przypadku nagrodzenia bądź wyróżnienia przez jury).


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

POETYCKIE EDYCJE KMT WENA

poniedziałek, 22 lipca 2013 17:43

I ty możesz być Mecenasem Kultury!

 

wstęp-do mat-weny.jpg

Najnowszym tomikiem wydanym pod egidą namysłowskiego Klubu Młodych Twórców jest poetycki zbiór Ewy Kacy – „A resztę pomińmy milczeniem”. Do druku przygotowywany jest almanach Weny „Ciągle szukam pióra Mickiewicza” i jeśli uda się zgromadzić odpowiednią ilość środków finansowych zostanie on wydrukowany jeszcze w roku 2013. Lista wydanych pod egidą „Weny” tomików przedstawia się następująco:            

  1. Zeszyt poetycki (Ewa Kaca, 1996)
  2. Zeszyt poetycki (Daria Stopa, 1996)
  3. Maski i twarze (almanach1996)
  4. Gdzie jesteś przyjacielu (Mirek Jakubowski 1996)
  5. Z ziarnkiem soli (almanach 1998
  6. Bez skargi i pieśni (Ewa Kaca, 1999)
  7. Wyjście awaryjne (Magda Kownacka, 2002)
  8. Po-kuszenie (Krzysztof Ogonowski, 2003)
  9. Zapatrzona w różę (Małgorzata Dobrowolska 2003)
  10. Skrawek przestrzeni (almanach, 2003)
  11. Poetyckie zjawisko (almanach,2005)
  12. Świat pomyślany przez chwilę (Agnieszka Biegańska, 2006)
  13. Dopowiadam ustom głód (Ewa Kaca, 2006)
  14. Szeherezada jednej nocy (almanach, 2007)
  15. Strofy tęczowych cieni (Gabriela Byrka, 2006)
  16. Szukam linków do twojej duszy (Adam Boczarski & Marcin Pasiecznik, 2008)
  17. Między Sodomą a Itaką (Tomasz Piasecki, 2009)
  18. O różę Karoliny 2008-09 (almanach, 2009)
  19. Tylko bajki (Łukasz Kaszyński, 2010)
  20. Spoza faktury wiersza” (Ewa Kaca, 2011)
  21. Niezupełnie erotyk (almanach, 2011)
  22. Córka niepokornego czasu (Małgorzata Gaś, 2012)
  23. Namaluj naszą miłość (Agnieszka Biegańska & Andrzelika Jazłowiecka, 2012)
  24. Ile w mym świecie prawdy (Kazimierz Jakubowski, 2012)
  25. W poszukiwaniu (Janusz Woźniacki, 2013)
  26. A resztę pomińmy milczeniem (Ewa Kaca, 2013)
  27. Ciągle szukam pióra Mickiewicza (Wena, ?)

Niezależnie od książkowych publikacji wiersze Wenian zamieszczane są w klubowym nieregularniku „Grawers” oraz na internetowych stronach KMT. O różnych wydaniach pokonkursowych almanachów, w których są utwory młodych twórców z Namysłowa jedynie wspomnę, bo na terenie kraju takich publikacji jest dużo. Jest się zatem czym pochwalić! – a powodów do radości i chwalenia się byłoby znacznie więcej, gdyby nie bardzo skromne środki finansowe. Ale przecież każdy może zostać Mecenasem Kultury, wpłacając dowolną kwotę na konto Namysłowskiego Ośrodka Kultury: 52889000010000113720000002 zaznaczając: „Dla KMT Wena”.

 

Opiekun KMT Wena

Kazimierz Jakubowski

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

CHOLERA WIE, CO TAM TERAZ JEST?!

poniedziałek, 22 lipca 2013 13:04

 

mk-polemiki.jpg 

Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska" w Sycowie miała swoją perłę w koronie. Tak jak Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii miało swoje Indie, tak ta spółdzielnia miała Zakład Przetwórstwa Owocowo-Warzywnego w Dziadowej Kłodzie! Przetwory z tej jak dzisiaj byśmy nazwali firmy, eksportowane były do krajów na wszystkich kontynentach świata i to nie tylko do demoludów. Wyroby te były produkowane w oparciu o tradycyjne metody i przepisy zbierane od lokalnych kół gospodyń wiejskich. Przebojem na przykład były ogórki kiszone w specjalnych beczkach, ze specjalnego drewna, które kisiły się zanurzone w wodzie w specjalnie wybudowanym dla nich stawie. Ten zakład będę wspominał z nabożnością większą niż pamięć o polskim papieżu czy prymasie tysiąclecia oraz estymą ponad dokonania Lecha Elektryka Wałęsy. Dawał on zatrudnienie wielu ludziom z okolicznych gmin i zbyt dla wielu rolników i chłoporobotników, którzy sprzedawali tam swoje płody. Skupowano tam ponadto owoce sezonowe takie jak jagody, poziomki, jeżyny, grzyby, czego zdecydowanie nie można powiedzieć o namysłowskim Schölerze, a obecnie Nestle! Okoliczni rolnicy mają z obecności tej firmy w namysłowskim powiecie tak zwany psi dzyndzel!

Było jak napisałem. Latem zbieraliśmy do woli jagód i jeżyn, i oddawaliśmy je do skupu przy Przetwórni, co zasilało skromny chłoporobotniczy budżet. W wakacje byliśmy już od podstawówki zatrudniani przez przetwórnie do szypułkowania truskawek. Dawało to nam kieszonkowe i od najmłodszych lat uczyło szacunku do pracy i do ukochanej socjalistycznej ojczyzny. Dzisiaj na spacerze z Cziłała Wielkim opowiadałem o tym jednej z licealistek, ale była moją opowieścią bardzo oburzona, bo według niej to zabijało dzieciństwo. Nie pomógł argument, że takie same doświadczenia miała Hilary Clinton, która jako trzynastolatka patroszyła Łososie na Alasce, bo jej szkoła też chciała swoich uczniów nauczyć szacunku do wszystkich zawodów i do wszystkich pracujących ludzi. Tak pisała w swojej biografii i dlatego w USA pucybut czy salowa, to nie jest powód do wstydu czy do wyśmiewania kogoś, a budzi po prostu szacunek. Nie jest to niższa kasta i prawnie stoi na równi z prezydentem. Licealna cielęcina nie rozumiała, kiedy mówiłem jej ile frajdy, radości i śmiechu oraz dziecięcego rejwachu było podczas tej wspólnej pracy i jak bardzo to nas integrowało. Do dziś tego nie może pojąć i nie pojmie, bo jej życie jest inne - totalnie inne. Pamiętam te przepełnione autobusy PKS, które woziły kobiety i mężczyzn socjalistycznych gmin do przetwórni. Z powodu tego przepełnienia nie raz na naszym leśnym przystanku nie zatrzymywały się, a nasza gromadka musiała dwa kilometry pieszo iść do szkoły. Moja rodzina była typowo chłoporobotnicza. Mama była gospodynią domową, wychowującą siedmioro dzieci, a ojciec był rencistą z powodu pracy w kopalni uranu. Dorabiał do renty pracując w lasach państwowych jako drwal i dzierżawiąc od lasów jakieś trzy hektary łąk i pola uprawnego. No to mieliśmy też gospodarstwo typu „Polskie ZOO". A w nim dwie krowy - Mećkę i Beksę, kilka owiec i baranów, gęsi, kaczki, kury, indyki, króliki i perliczki. Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych dwudziestego wieku, tato postanowił, namówiony przez kierownika przetwórni, zakontraktować 20 arów ogórków i 10 arów buraczków czerwonych. Wtedy opłaciło się wszystko - jak dzisiaj na Białorusi, i oferty składano nawet takim prostym hreczkosiejom jak my. W ten sposób do naszego lasu zawitali krasnoarmiejcy!  Ale do tego wiekopomnego wydarzenia powoli dojdę! Nie mieliśmy konia i do wożenia ogórków w pewnym warsztacie pospawano nam wózek na kołach od motoru. Zaprzęg stanowiliśmy my i zaczęło się. Przy ogórkach i buraczkach było dużo pracy wszelkiej. Pielenie, nawożenie, zbieranie, co dwa trzy dni, w zależności czy na korniszony, konserwowe czy na sałaciaki. Najcenniejsze i najbardziej opłacalne były korniszony - wiadomo, pod symbol polskości, czyli wódeczkę! Na ten wózek kładliśmy po 6-8 skrzynek i ciągnęliśmy je i pchali do przetwórni leśnym duktem, a potem asfaltem do przetwórni.

Komuna była rajem dla klasy robotniczej i dla pracujących ogólnie. Gdy tylko wyjechaliśmy z leśnej drogi na szosę, to od razu zatrzymywali sie przy nas badylarze z wszystkich okolicznych województw i prosili nas byśmy sprzedali im ogórki „na pniu" za o wiele wyższą cenę niż cena kontraktacyjna. Z bólem w większości przypadków musieliśmy odmawiać, bo z umowy kontraktacyjnej trzeba było się wywiązać, a należeliśmy do ludzi uczciwych, czyli naiwnych, ale nasze zasady były święte i nienaruszalne. Ojciec był nieugięty i tego nas - dzieci uczył, że umowy należy zawsze dotrzymywać. Tego nauczyła go Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, jego rodzice i kościół katolicki oraz umiejętne obserwowanie zasad życia i wyciąganie z nich tego co naprawdę jest istotnym i wartym zastosowania w codziennych relacjach międzyludzkich. Niektórzy pewnie się zbulwersują, ale komunizm i jego zasady były proste i uczciwe. Następnego roku powiększyliśmy więc areał zasiewów z myślą o inicjatywie prywatnej. Spodziewaliśmy się wzmożonej aktywności badylarzy i tak się też stało. Schodziło wszystko! Już wtedy wpadali nam na pole i wycinali makówki z odpowiednia długością łodygi pewni koneserzy, pewnego rodzaju kompotu! Dosialiśmy fasoli w ziemniakach, kapusty, słoneczniku i etc. Kiedy stałem na przystanku PKS w Dziadowej Kłodzie, a ten znajdował się na przeciwko legendarnej przetwórni, to widziałem kolejki tirów ustawiające się do bramy wjazdowej. Były to samochody z całej europy. Część produktów z przetwórni jechało na rampę na pobliskiej stacji PKP, skąd rozpoczynały podróż do gospodarstw i podniebień ludzkich na całym świecie. Do bramy przetwórni zajeżdżały ciężarówki armii polskiej jak i bratniej armii czerwonej, która stacjonowała na polskich ziemiach i dawała ludowi pracującemu polskich miast i wsi bezpieczeństwo i opiekę przed zagrożeniem imperializmu amerykańskiego czy rewizjonizmu niemieckiego.

Nigdy nie czułem się już potem tak bezpiecznie. Bracia Rosjanie byli bardzo weseli. Czekając na wjazd grali na harmoszkach czy harmonijkach ustnych, tańczyli swoje kazaczoki i śpiewali. Lubili dzieci, rozdając nam cukierki i oznaki wojskowe oraz dystynkcje. Odrywali nawet guziki od mundurów z drogą tak obydwu narodom gwiazdą komunizmu! I sierpem, co zbierał plony by wyżywić narody RWPG! Zdobycie tegoż guzika było skarbem i powodem do wielkiej dumy, a jak ktoś dostał gwiazdkę z czapki to był bohaterem dziecięcej gawiedzi na wiele wiele tygodni. Największą zdobyczą mogłem poszczycić się ja. Pewnego razu tak się do nich „przypiąłem", że zaśpiewałem im „Witaj Zosieńko" i „Katiuszę” tak, że byli zachwyceni, a młody kapitan był tak wzruszony, że odpiął z marynarki odznakę z Leninem i napisem Wsiegda gatow i dał mi tę odznakę! Tak i mój ojciec moim śpiewem stał się ich gierojem i chętnie z nim rozmawiali i pili potem samogonkę. Od tego czasu byłem legendą w mej podstawówce i na podwórkach, a tato zabezpieczył odznakę w szafce ze swoimi dokumentami. To były lata siedemdziesiąte, wiem, że jeszcze w latach dziewięćdziesiątych tam była. Jej dalszych losów nie znam, bo sam potem służyłem dzielnie PRL-owi i Trzeciej Rzeczypospolitej i nie miałem czasu dla Lenina. Jakoś się stało, że tato dogadał się z Rosjanami i pewnego słonecznego i socjalistycznego letniego lipca i oni zawitali do naszej letniej osady! Przyjechali po ogórki i słonecznik. Była to olbrzymia sensacja i chwile niezapomniane dla leśnej społeczności, pozostające w kronikach lasu, powtarzanych przez kolejne pokolenia Puchaczy! Oczywiście z chwila nastania wolności bez przydomku ludowa i przetwórnia zaczęła podupadać. Na początku wieku agonalnie w swym oddziale w Sycowie przy składnicy maszyn rolniczych produkowała jeszcze genialną naturalną i bez konserwantów i dodatków smakowych musztardę! To zdechło i cholera wie co teraz jest w halach po Przetwórni Owocowo-Warzywnej. Na koniec przyszła mi taka myśl, że swoje nadwyżki sprzedawaliśmy Armii Czerwonej i Small Biznesowi, a teraz w Uni Europejskiej obowiązują kwoty mleczne czy limity połowu dorsza, miliony ton żywności utylizuje się by utrzymać olbrzymie i chciwe zyski rolników unijnych. Tymczasem tylko w Polsce 80 tys. dzieci głoduje, a w bratniej Rosji tłamszonej tyranią kagiebowskiego duetu Putin i Niedwiediew to są setki tysięcy, a może miliony. System w którym miliardy euro idzie na podtrzymywanie banków i ich chciwego systemu oraz na dopłaty dla coraz bardziej nienasyconych rolników i innych ludzi przesyconej Uni Europejskiej, a nie na budowanie mieszkań komunalnych czy darmowych szkół i przedszkoli z darmową opieką medyczną i podręcznikami oraz wyżywieniem jest dla mnie do zaakceptowania!

 

P.S. Wczoraj robiłem porządki w swoich szufladach i pośród wielu zapomnianych już rzeczy znalazłem moherowy beret z Jasnej Góry, który dała mi autentyczna torunianka i ową odznakę Włodzimierza Ilicza Lenina - człowieka, który dał mi i moim rodzicom wiarę i nadzieję! To piękny tekst na 22 lipca - Święto Odrodzenia Polski!

 

mk


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

PIERWSZY KATOLICKI SZABAS,

poniedziałek, 22 lipca 2013 13:02

mk-polemiki.jpg

czyli niedziela pierwsza miesiąca lipca był raczej od dawna zaplanowany. Mieliśmy pojechać zobaczyć tak zwane „Lato kwiatów" w Otmuchowie. Interesowała nas ta impreza ze względu na kwiaty, których jesteśmy miłośnikami. Skoro nazwa ma w sobie te piękne rośliny, to spodziewaliśmy sie ich tam zobaczyć aż nadmiar. Wstaliśmy rano, ja wyszedłem z Mikim Chihuahua Wielkim na spacer, a wuj Stach i ciocia Zosia zajęli się przygotowaniem śniadania, co nie było wielką filozofią bo polegało ono na ogórkach małosolnych, maśle, ciemnym chlebie i kawie. Po tegoż spożyciu sprawdziliśmy, czy mamy wszelkie dokumenty, karty płatnicze i pieniądze oraz wodę i miskę dla psa. Wsiedliśmy do Cytryny i ruszyliśmy trzydziestką dziewiątką w kierunku Brzegu. Do Brzegu dojechaliśmy szybko nowo wyremontowana drogą. Brzeg kojarzy sie zawsze z czternastowiecznym podobnym do wawelskiego zamkiem, parkami pełnymi zieleni, które znajdują się zarówno w centrum miasta, jak i na jego peryferiach. Trzeba mieć jednak w nich się na baczności ze względu na kieszonkowców i młodzieńców wyrywających kobietom torebki. Po Brzegu minęliśmy Grodków, który kojarzy nam się zawsze z ogromnym jarmarkiem, który odbywa się tu w każdy czwartek. Nie byliśmy tam, ale wszyscy dookoła nam go zachwalają, że można tam kupić dużo dobrej odzieży i ponoć tanio. Po Grodkowie jest oczywiście Nysa. Miasto nazywane polskim Rzymem, a to ze względu na liczbę kościołów i klasztorów. Byliśmy - faktycznie mnogo tego dobra, ale architektura sakralna na dłuższą metę męczy, ale jak się ma dobrego przewodnika, to opowie na pewno kilka ciekawych historii o ludziach związanych z tymi kościołami i miastem Nysa. Ponadto ostatnio wybudowano tam wieżę widokową, z której można oglądać panoramę miasta i okolic, wraz z jeziorem wybudowanym wyżej niż miasto, co robi apokaliptyczne wrażenie. No i po Nysie zaraz jest Otmuchów. Mieliśmy zamiar pooglądać wystawy kwiatowe i dalej może udać się nad któreś z okolicznych jezior, by odpocząć nad wodą. Musieliśmy rozpocząć od szukania miejsca, by zaparkować samochód. Było widać służby ochrony, ale nikt nie umiał powiedzieć gdzie są przygotowane parkingi, wobec czego stanęliśmy na jednym z miejsc opatrzonych znakiem zakaz zatrzymywania, licząc się z mandatem. Wysiedliśmy z auta, wzięliśmy Mikiego na ręce oraz miskę i wodę - też dla niego i ruszyliśmy w kierunku, w którym szło mrowie ludzi. Centrum Otmuchowa było tuz tuż, bo to miasto typu Pasikurowice, z ogromnym kościołem, zamkiem i rynkiem. Wokoło rynku i zamku były poustawiane stragany z wszelką gastronomią i cepelią z całej na pewno południowej Polski, ale bardziej podobało mi sie w Łosiowie, bo tam jednak było więcej miejsca i ścisk był mniejszy. Dopiero wyżej pod zamkiem napotkaliśmy interesujące nas kwiaty. Jakiś Czech zapraszał intensywnie by wejść na zamek i oglądać wystawy, to i poszliśmy. Były to prace studentów z ASP Kraków i różne inne rękodzieło oraz kompozycje bonsai i kwiatowe. Potem zeszliśmy i wśród niesamowitego ścisku i żaru z niebios kupiliśmy na stoiskach parę kwiatów na działkę. Po czym ciocia Zosia się zbiesiła i stwierdziła, że ma dosyć tego ścisku, smrodu niedezodorowanych ciał oraz ludowej muzyki głośnej na całą okolicę z ogromnej sceny ustawionej w Rynku. Żreć też tu nie będzie, bo wszystko tu fast food i cholera wie ile odgrzewane! - To cóż robić ciociu - spytałem?

- Ja bym zjadła porządny obiad, ale w jednym z kurortów Kotliny Kłodzkiej, ot na przykład w Polanicy!

- Chcesz i masz, ale tutaj nad jeziorami też są fajne smażalnie ryb i co innego też zjesz.

- Nie , po tym hałasie i zgiełku zażyłabym kurortu!

- No dobrze, ze mną jak z dzieckiem.

- Ze mną też - dopowiedział wuj Stach.

Wróciliśmy na uliczkę, w której zostawiliśmy samochód. Akurat patrol ruchu drogowego zaczął rozliczać tam parkujących. Policjanci zajęci byli rozmową z jakimś nieszczęśnikiem więc ciupasem wsiedliśmy do Cytryny i na wstecznym biegu umknęliśmy wymiarowi sprawiedliwości. Ruszyliśmy w kierunku Kłodzka, ale po drodze zjechaliśmy na jeden z parkingów przy Jeziorze Otmuchowskim i jakiś czas napawaliśmy się wodą, falami, łódkami i w sumie spokojem jaki daje pobyt nad wodą, a że akurat nikt nie skuterzył czy wyścigał, a i rozkrzyczanej dzieciarni tez nie było, to naprawdę było miło. Potem jechaliśmy dalej. Z lewej strony mieliśmy już krajobraz podgórski z łąkami i lekkimi wzgórzami. Ciocia Zosia i Wuj Stach byli z tego bardzo zadowoleni, a i Miki przypatrywał sie temu, co za szybą samochodu z zaciekawieniem. Jest coś uspokajającego również w takim górskim krajobrazie, co cieszy oko i wnętrze człowieka czyli chyba duszę - jakby spojrzeć od strony religijnej i ezoterycznej. Jechało się więc przyjemnie i reszta kierowców i motocyklistów też chyba podziwiała, bo nikt nie szarżował i nie wyprzedzał niepotrzebnie.

- Cholera, czyżby nie było ani jednego wrocławiaka czy warszawiaka - sarknęła ciocia Zosia!

W tym błogostanie minęliśmy kopalnie złota w Złotym Stoku. Wuj Stach powiedział, że był tu i ze specjalnie nie ma tam nic do obejrzenia, ale za to jest drogo – słono, rzekł by nawet! Krajobraz był coraz bardziej pofalowany i widoki coraz bardziej emocjonujące, aż wreszcie kiedy Cytryna wspięła się na bardzo wysoki podjazd, zobaczyliśmy arcypiękną panoramę Kłodzka. Naprawdę widok wart powtórzenia. Przedarliśmy się przez leniwe Kłodzko i trasą krajową numer 8 pojechaliśmy w kierunku sławnych trzech kurortów: Polanicy, Dusznik i Kudowy.

- Drogi Fyrflu Fyrfliczu decyduj,  do którego z kurortów zajedziemy!

- Jedziemy do Kudowy - powiedziałem.

- Czemu do Kudowy? - spytał wuj Stach.

- Bo tam jest smażalnia ryb, co do której mam pełne zaufanie i robią tam genialnego pstrąga na maśle!

- Słusznie, słusznie - zgodzili się i ciocia Zosia, i wuj Stach.

Pagórkowatą i krętą ósemką jechaliśmy spokojnie i raczej powoli. Pogoda była dość męcząca i nawet motocykliści nie próbowali przekraczać podwójnej ciągłej. Było to dla nas wielkie zaskoczenie, niezwykła kultura jazdy wszystkich kierowców i motocyklistów! Kiedy dojeżdżaliśmy do Szczytnej zobaczyliśmy w przydrożnym rowie ciągnące się kwitnące, duże kępy lawendy, aż wreszcie przeszły one w sporą łąkę przed samą Szczytną. Zaproponowałem moim towarzyszom wejście na pobliskie zamczysko Szczytnik, ale ciocia Zosia wzburzona rzekła, że chce do Kudowy i ani kroku w bok! Dojechałem do Kudowy i zaparkowałem auto na parkingu zaraz po skręcie do centrum i parku zdrojowego. Wywołało to oburzenie cioci Zosi, która stwierdziła, że przecież mogę dojechać do samej smażalni.

- Nie! Parkuje tutaj, bo Miki sobie pobiega, a i my sobie odtąd przez kilka godzin będziemy chodzić piechotką!

- Ale..

- Nie ma żadnego "ale"!

- Słusznie Fyrflu - poparł mnie wuj Stach!

- Zostałaś przegłosowana!

Za to cieszył sie bardzo Miki, który nie mógł nosa oderwać od zapachów zupełnie innych niż te namysłowskie. Zaczęło się zaraz to, co prześladuje nas zawsze kiedy jedziemy gdzieś z pieskiem. Każde dziecko wyraża swój nad nim zachwyt i każde chce go pogłaskać, co bardzo opóźnia każdy marsz. Doszliśmy bodaj że do Wilii Wenus i tu ciocia Zosia zbiesiła się ponownie, bo stwierdziła, że nie będzie jeść ryby, ale chce zjeść zwykłego kurczaka. No i zmuszone byliśmy znaleźć sobie miejsce pośród parasoli. Wziąłem Mikiego na kolana, a ciocia Zosia zamówiła sobie ser smażony, co spowodowało kompletne osłupienie moje i wuja Stacha! Niedaleko była restauracja czeska, więc mogła tam, to danie zamówić, ale ona się uparła tu. Na pocieszenie zamówiła nam po Warce! Na danie czekaliśmy spokojnie pół godziny i w tym czasie ja napoiłem Mikiego, a reszta naszej kompani przyglądała się gościom kurortu. Rzadko kto z nich był "dzianym". Każdy liczył się z groszem, a rozmowy toczyły sie wokół problemów z pracą, ze zdrowiem, czy z pracodawcą. Ser kosztował 23 zeta, ale ponoć był smaczny. Potem powoli ruszyliśmy w górę kurortu, aż na sam jego koniec, gdzie znajduje się smażalnia „U Andrzeja" i zamówiliśmy dwie porcje pstrąga z frytkami i surówką. Ja sobie wziąłem 650 mililitrowego żywca, a ciocia i wuj po koli z ich imionami na nalepkach! Razem zapłaciłem 74 zety. Smażalnia położona jest w malowniczym zagłębieniu terenu i nad potokiem. Można sobie tam samemu połowić pstrąga. Miejsce jest urocze i dlatego chciałem tam jechać i posiedzieć jakiś czas. Zgadzają się ze mną liczni goście z Czech i Niemiec, którzy tam się żywią! Słońce nieco mniej juz grzało, że czekaliśmy na zmówione ryby z przyjemnością delektując się obecnością zadowolonych ludzi i uśmiechniętych, naprawdę uśmiechniętych. Cieszyliśmy się słońcem, wodą i zielenią wokół. Przed nami było wzgórze z masztem radiowym, górujące nad Kudową, pełne najrozmaitszych odcieni zieleni. Pstrąg był naprawdę arcysmaczny i polecam tę smażalnię całym sobą! Potem jeszcze trochę posiedzieliśmy delektując się naszymi napojami, aczkolwiek, co do wartości coli mam wątpliwości. Aż poszliśmy wzdłuż potoku w kierunku parku zdrojowego, bo Ciocia Zosia nie wyobrażała sobie, że można być w Kudowie i nie napić się wody w pijalni wód! Ja tam zawsze uważałem, że skoro są takie zdroje jak Warka czy Lech, to nie ma co leźć i przepłacać w pijalni za wodę. Ale ciocia Zosia chciała sobie pogadać też z babcią, która tam kasuje za wstęp i znają sie już od siedmiu lat. Kiedy ciocia poszła na łono wód ja i wujo Stach przysłuchiwaliśmy się jak na skrzypcach wygrywała melodie przeróżne młoda i ładna kobieta. Grała przepięknie wiec jej futerał zapełniał się drobnymi. Kiedy wreszcie ciocia Zosia wyszła z pijalni poszliśmy na deptak parku zdrojowego, gdzie znowu trudno nam się szło ze względu na hołdy składane Mikiemu. Doszliśmy wolno do zdrojowego stawu gdzie promienie słońca w połączeniu z kroplami wody fontanny tworzyły autentyczną tęczę - naprawdę piękne zjawisko. Obeszliśmy staw dookoła i weszliśmy na wzgórze z nadajnikiem radiowym, by potem zejść do parku zdrojowego. Ciocia Zosia znowu zapragnęła wód ze zdroju i poszła do pijalni, a my z wujem Stachem poszliśmy do gofiarni, w której ku memu wielkiemu uradowaniu mieli też zwykłą parzoną kawę! Wuj zamówił sobie gofra, a ja kawę, bo przed drogą powrotna była wskazana. Siedząc przysłuchiwaliśmy się ludziom-kuracjuszom, często bardzo spracowanym i schorowanym ludziom o niesłodkim życiu. Ale na horyzoncie ukazała się rasowa gwiazda turnusów. Ubrana w przepiękną koronkowa zieloną sukienkę i kapelusz też zielony z ogromnym rondem jak i kozaczkami pod kolor i parasolem, miała co najmniej osiem krzyżyków! To był diament naszej wycieczki! Tego szuka się w kurortach! Potem przyszła ciocia Zosia i również zamówiła gofra i podziwiała naszą gwiazdę. O osiemnastej trzydzieści odpaliłem cytrynę i odjechałem w kierunku Wrocławia. Próbowałem zatankować na Shellu w Kudowie, ale za cholerę nie było oznakowania gdzie jest gaz, a i cena 2,80 wydała mi się odjechana. Znalazłem po drodze stację benzynową z cena gazu 2,29 i tam zatankowałem, a były jeszcze za 2,09! O 21 byliśmy pod naszym blokiem i poszliśmy jeszcze na działkę.

 

mk

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

SEDNO ABSOLUTU

poniedziałek, 22 lipca 2013 12:59

mk-polemiki.jpg

Kolega już w środę zaprosił Wuja Stacha z okazji Kupały i Dnia Bezdzietnego Ojca na degustację czegoś, co nazywa „Sednem Absolutu". Wraz z owym Sednem Absolutu spożywali korniszony, czyli coś czego u kolegi Wuja Stanika nie mogło zabraknąć. Już po kilku „natchnieniach" zatracili się w sobie, porzucili ciała i świadomość istnienia otoczenia, by oczywiście zaraz nawiązać kontakt z „Absolutem". Powrócili do siebie i swoich ciał w piątek wieczorem. Jak donosi Wuj Stach teraz usiłują powrócić do łask swoich kobiet i ich matek. W pracy wypisali im urlop.

Teraz na prośbę Cioci Zosi będę pisał jak rasowy patriota, więc jak ktoś nie lubi stosunków państwo-kościół, to niech lepiej od razu przełączy na Red Tube i odda się Heard Tantrze, na przykład. Z okazji kolejnej rocznicy tragicznej Ciocia poleciła mi przypomnieć list biskupów polskich do biskupów niemieckich: „Przebaczamy - Przebaczta i nam". Ciocia twierdzi, że list ten był prawdziwym strzałem w potylicę ówczesnego polskiego rządu. Było to w on czas kiej grenze na Odrze i Nysie nie była uznawana przez Niemiaszków. Rządowi niemieckiemu i hulającym wtedy jak szarańcza wszelkim ziomkostwom wypędzonych spod tak zwanych znaków Czajów i Hubków dał ten list podstawy do ostrej walki z rządem w Warszawie i do żądań odszkodowań i rewizji granic! No, skoro taka siła społeczna jak kościół kaja się w imieniu narodu i prosi o przebaczenie za rzekome krzywdy i wypędzenia, to znaczy, że można ostro zacząć kota odwracać ogonem i nie pamiętać , że to hitlerowcy (gitliermańce) czyli Niemcy, kurwa, Niemcy wypędzili Czechów z Sudetów, że ich atak na Polskę spowodował mega bestialski nacjonalizm ukraińskiego OUN i cerkwi grecko-katolickiej oraz UPA i wymordowanie około 200 tysięcy Polaków i Ukraińców i to mega okrutne wymordowanie! To działania Niemców-hitlerowców, a zachwyceni Hitlerem byli wszyscy Niemcy, spowodowały przesiedlenia Polaków przez nich i potem Rosjan po całej Europie. Konsekwencją tych działań była „Akcja Wisła" i wypierdolenie Niemców z terenu Mazur Kaszub i Śląska. Przykładów negatywnych i bestialskich skutków niemieckiego hitleryzmu, dodajmy wszechniemieckiego są dziesiątki, nawet setki i nikt tego nie zapomni, a nawet przebaczyć trudno. Dlatego po co biskupi naskrobali ten list? Kto im kurna dał prawo? Jaki kurna naród? Bo na pewno nie Polacy i nie w tamtym czasie! Od spraw zagranicznych jest rząd, a w polityce nie ma wybaczam! Są słowa i pojęcia jak: kontrybucje, reparacje, współpraca handlowa, zwrot zagrabionych dóbr przemysłu i kultury, odszkodowania cywilne za straty moralne i faktyczne – kurna -  na zdrowiu, negocjacje ekspertów i td. Kurna (zamieniając na „w” pewną literę)!

Biskupi jeśli mają prawdziwą wiarę, niech wzorem lamów i innych natchnionych poszukujących absolutu i nirwany kontemplują i dochodzą do świętości w którą tak wierzą w rozlicznych jaskiniach, grotach pieczarach w górach i lasach, których ci u nas w Polsce bez liku i starczy ich dla duchownych niemieckich, rosyjskich, a teraz i ukraińskich. Ba rzekłbym, że starczy jeszcze dla całej zgrai radiowo-telewizyjnych kaznodziejów amerykańskich.

Po takim tekście wielu z was musi iść odpocząć w zaciszu ubikacji, ale i tam według wierzeń żydowskich jest skondensowane niebezpieczeństwo, ponieważ kto tylko przebywa w pobliżu kibli narażony jest na opętanie przez demona. Stąd mam obowiązek przestrzec wszystkich tych, którzy wzorem cysorzy idą do świątyni dumania z gazetą codzienną, tygodnikiem, książką czy brewiarzem. Z drugiej strony demony to muszą być jakieś masochistyczne istoty, bo taplają sie w g... i jak kumam opanowują nas przez kiszkie stolcowe! Aby takiego demona przegonić z kibla należy ze sobą zabrać głowę osła, co nie jest trudne zważywszy, że tytułujemy się w naszych związkach częściutko per ośle i oślico! No to zdjęcie tak zwanych naszych bliskich wystarczy! A, sorry!... To ma być szczęka osła!

Od siebie chciałbym Wam ukochani napisać o magii liczb. Najczęściej mówi się o takich liczbach jak:7,13,44 i 69. Dla mienia siedem nic nie znaczy, bo to tylko szabas, ale lubię ten dzień z Wami najmilsi być i duchowo łączyć się w słowie mym perwersyjnym. 13. dla mnie to kobieta szczupła, ale nie zanorektyczniała, o bujnych, jedrnych i soczystych piersiach, budzących natychmiastowy wzwód weny świątobliwej czci dla dzieła Pana Boga! 44 jest przereklamowane w tym kraju, ale to numer też butów, które zakłada na swoje nogi Fyrfl Gulgewanc i jak widzicie są to buty magiczne. 4 i 4 jakoś tak mi się jeszcze kojarzy ze zwyczajnym kopulejro. 69 to liczba doskonała, oznaczająca pełne zjednoczenie pierwiastka męskiego z żeńskim w doskonałego Boga! Oznacza kompletne zassanie się w sobie i czerpanie z siebie, wzajemną inspirację i dozgonną współpracę. To rozkwit energii w związku w nieskończone siły witalne!

Na pewno po takiej dawce skrajnych uczuć, emocji i wibracji wszelkich potrzebujecie najmilsi i umiłowani w Fyrflu wytchnienia. No to też daję je Wam w postaci starego tekstu napisanego dla Przyjaciół ku tak zwanemu pokrzepieniu sec pewnego listopada-mrocznego i dżdżystego listpada o brązowych już liściach.

Te jesienne deszcze są też ożywcze

A i zmywają z nas to co szare

Poświatę wewnętrznego ognia uwidaczniając

Przeminą przecie a wtedy na balkon wyjdź

I w niebo milionem gwiazd zapisane spójrz

I czytaj je roniąc łez kilkanaście

I nie wstydź się ich

One gwiazdami rozświetlone

Najczystszy blask twej duszy rzucą

Ostatnim liściom lipy

Pod twym balkonem

Które porzuciły szelest

Oddając cześć twemu

Dziewiczemu zachwytowi

Twej wierze i ufności

W łaskę Najwyższego

W moją wiarę

We wszechświata dobroć i porządek przyrody

Zmruż oczy

Tam po powiekami

Jarzy się świt miłości

Zrozumienia i przebaczenia

Powróć potem w otulinę domu

I daj mu swoje wzruszenie

Ciepło i dobro

Pokój Tobie

Szalom Alejhem

Salem Aleikum

 

Taaaaak się pisało! To chyba wtedy kiedy absolutu w domu było absolutnie na fulll i we mnie tym samym! Ja i miłość! No no no no no! No, ale wszyscy jesteśmy dziećmi bożemi, and God is Love! Nieprawdaż? Kończąc życzę zdrowia, sensownych kazań tam gdzie jak Was znam pójdziecie dzisiaj i natchnienia do przebaczenia, służenia innym ludziom - bezinteresownego służenia!

 

mk

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


Licznik odwiedzin:  52 329  

O moim bloogu

Opinie, polemiki, felietony, zapiski podróżne.

O mnie

Praca: do niedawna prowadził prywatną działalność gospodarczą, był współwłaścicielem Gazety Ziemi Namysłowskiej, przez pewien czas pełnił obowiązki red. naczelnego w namysłowskim „Magazynie Powiatowym”, był redaktorem w „Panoramie Opolskiej”, redaktorem technicznym w „Gazecie z Głogówka:” reporterem Radia SUD, jest mlodszym instruktorem w Namysłowskim Ośrodku Kultury, opiekunem KMT „Wena”.
Wyróżnienia: Dyplom honorowy wojewody opolskiego za aktywną działalność na rzecz rozwoju ruchu artystycznego i społeczno-kulturalnego, 25 dyplomów i listów gratulacyjnych za prace w upowszechnianiu kultury w lokalnym środowisku, 16 nagród i wyróżnień literackich, 3 wyróżnienia w ogólnopolskich konkursach recytatorskich (w tym srebrna i brązowa odznaka recytatora), dyplom uznania jednostki wojskowej (!), list pochwalny za pracę zaopatrzeniowca i magazyniera w ZRB MZEAS... i Medal XXXX lecia PRL (sic!)... Tego typu wyróżnień jest dużo więcej, ale kto by to liczył.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 52329