Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 277 247 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


POKOLENIE LAT 60-TYCH?

sobota, 06 września 2014 13:08

 

mk-polemiki.jpg

 

Myślę, że nie jesteśmy tylko ludźmi jeżdżącymi do lasu czy w inną „naturę” na grzybki i rybki, i umieszczających na portalach społeczno-ściowych durne fotki swoich „zdobyczy i podbojów". Uważam, że jesteśmy przede wszystkim rokiem 68, a więc buntem, przenikliwością myśli, wyrażaną ostrym sarkastycznym słowem i czynem. Potrafimy napisać mądre i nieprzebierające w słowach felietony, jak i potrafimy zapro-testować czynnie wobec tępoty, arogancji i wszelkich totumfacczyzn dzisiejszego świata. Umiemy świadomie być przekorni, odrzucić wierzenia naszych Ojców i ich głupie i straceńcze wartości. W ogóle mamy wstręt do wartości oraz autorytetów i krzyżujemy religie. Bawimy się i korzystamy z życia (aż po żonę brata swojego). Nie wyganiamy Żydów, ale mówimy „nie” ich bestialskim rytuałom religijnym, prowadzącym do bezsensownej, okrutnej śmierci zwierząt. Twardo odrzucamy 77 dziewic obłąkańczych dżihadystów - niech sami się kopulują, najlepiej odpalając sobie w dupskach semtex na finał. Patrzymy ostro sobie i wszystkim na ręce, słuchamy co kto mówi, a zwłaszcza plotących durnoty, nadużywających słów: miłość, wiara, wartości, honor, przyjaźń, nadzieja, historia, ojczyzna. Nie jesteśmy cielątkami prostymi we współżyciu i łatwymi do sterowania niczym drony. Z nami trzeba się liczyć! To w naszym imieniu wypowiadali się bardowie tej miary, co Włodzimierz Wysocki i Jacek Kaczmarski.

„Nie znoszę gdy do czegoś ktoś mnie zmusza
nie znoszę gdy na litość brać mnie chce
nie znoszę gdy z butami lezą w duszę
Tym bardziej gdy mi napluć w nią starają się”.

(Jacek Kaczmarski wg Wł. Wysockiego – Nie lubię)

 

http://www.youtube.com/watch?v=SMwaMTP8HSQ

Mirosław Kurowski


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

PRZYPADKI KURWY SPOŁECZNEJ TUTEJSZEJ

niedziela, 22 czerwca 2014 9:12

mk-polemiki.jpg

Siedzieliśmy na ławce, pod rozłożystą czereśnią, której liście były już mocno zrudziałe, pordzawione i przerzedzone. Był sierpień wieku dwudziestego pierwszego. Patrzyliśmy jakoś tępo na drwa z jabłoni śliw skrzące się w palenisku grilla. Na ruszcie powoli dochodziły ryby w aranżacji przypraw Cioci Zosi i szaszłyki warzywno-owocowe, pomysłu Wuja Stacha. Zrobiło się trochę smętnie i Ciocia Zosia wnet wyczuła to i zaproponowała!

-  Proponuję jak temat luźnej, ożywczej rozmowy kurwę społeczna tutejszą, na przykładzie waszych doświadczeń. Ty Fyrflu zaczynaj! Od razu na myśl przyszła mi pewna sytuacja, gdy remontowałem kuchnię...

-  No więc było to tak - bez wahania zacząłem. -  Mój fachman docinał sobie spokojnie kafelki i podśpiewywał. Akurat nucił „Jak" Edwarda Stachury na melodię Starego Dobrego Małżeństwa, gdy nagle do drzwi zaczął ktoś mocno walić, jak gdyby mu gorący pręt inkwizycji do dupska wpychano lub był to bohater wiersza Broniewskiego - ten z kolbą. Spokojnie otworzyłem. Był to mój sąsiad Haim Kristoffullos. Piana mu leciała z warg i strasznie zapluwając się zaczął głośno seplenić z bezzębia.

-  Panie sąsiedzie! Jak pan śmie! Przecież Ojciec Święty głosi słowo boże?! Jest pan Polakiem czy nie?! To skandal, pójdę do spółdzielni! Po czym zaczął cały drżeć i pokazywać coś dłońmi.

-  Panie Kristoffullos. Jestem Polakiem, a nawet Niemcem, jak wielebny Be-16, ale ja służę mojej ojczyźnie (byłem jeszcze policjantem), a nie Watykanowi. Nadto sam sobie czytam Biblię i ją sobie interpretuję, dlatego żegnam sąsiada.

-  Tfu! - wydał dźwięk sąsiad i biegiem, naprawdę biegiem, poleciał ku swemu M-3 i telewizorowi. Ja zaś do dziś mówię mu dzień dobry... bez odpowiedzi.

Mój majster zaproponował by przerwać pracę na czas celebry. Posłuchaliśmy z nudów Benego, ale nic sensownego chyba nie powiedział, bo nic nie zapamiętałem. Teraz ty Wuju Stanisławie. Przekazuję tobie „kurwie szydło” do snucia opowieści.

Wuj dokończył pić Harnasia i rzekł:

-  Skoro jesteśmy przy remontach, to pozostanę i ja w tym temacie. Kiej remontowałem salon i moi majstrzy zbijali krzywe, postgierkowskie tynki, to moja sąsiadka, emerytowana prostytutka, pobiegła do spółdzielni i złożyła skargę na mnie, że zakłócam jej spokój. W sekretariacie jej wytłumaczono, że pora zmienić tryb życia z nocnego na dzienny i zostawić ten przywilej sowom, złodziejom, policjantom i młodszym przedstawicielkom jej ofiarnej profesji. Nie dała za wygraną. Następnego dnia poszła i skazała, że w wyniku mojego remontu w jej mieszkaniu popękały ściany. Tu już panowie z remontowego pofatygowali się i stwierdzili, że nic takiego nie ma miejscą. Ostatecznie finalny głos zabrałem ja, mówiąc (być może przyszłej świętej i patronce grodu), że jeśli nie powściągnie za uzdę swojej wrednej jadaczki, to za każdym razem, kiedy tłucze ją jej klient lub się awanturuje, gdy ta nie wprawnie robi mu loda, będę dzwonił na Policję. Wtedy mamuśka szybko wycofała się do swego gniazdka-miejsca pracy i zatrzasnęła drzwi. To był koniec jej pretensji i teraz nawet uśmiecha się i odpowiada na dzień dobry.

Uśmiechnęliśmy się radośnie po jego opowieści.

-  Teraz moja kolej - rzekła Ciocia Zosia.-  Pozostanę w klimacie remontów. Renowacji poddałam jeden ze swoich pokoi i wtedy nastąpił przedziwny incydent, o którym opowiedziała mi sąsiadka mieszkająca nade mną. Przewijała swojego synka, gdy do jej mieszkania, bez pukania, wpadła inna sąsiadka, mieszkająca pode mną i zaczęła wrzeszczeć:

-  Co pani sobie wyobraża! Proszę remonty ze mną uzgadniać, to wyjadę na urlop!

Dziecko zaczęło płakać, więc sąsiadka wypchnęła z mieszkania degeneratkę słuchową, mówiąc jej: - Wypieprzaj, zasuszona kurwo! A remont jest nie u mnie tylko piętro niżej! Zaznaczam, że termin "zasuszona kurwa" jest prawdziwy, bo łechtaczka sąsiadki była odskocznią dla wielu tutejszych, tak zwanych zacnych mężów i ojców rodzin.

Naszemu krotochwilnemu rozhoworowi przysłuchiwała się uczestniczka pielgrzymki do Częstochowy, która jak jeszcze kilkoro pielgrzymów rozbiła swój namiot na naszej gościnnej działce.

 

-  Czy mogła bym opowiedzieć swoją historię? - zapytała.

-  Ależ oczywiście! - rzekła Ciocia Zosia - będzie nam miło.

Kiedy tutaj mieszkałam, remontowałam łazienkę. Moi majstrowie dzięki rurom słyszeli, od sąsiada mieszkającego pode mną, że jestem kurwą, szmatą, dziwką, suką, a oni są chujami, no i, że Bóg powinien zesłać na mnie tyfus, syfilis, a najlepiej by te plagi połączył ze sobą. W końcu mój majster nie wytrzymał i krzyknął do dwunożnego: - Jak się mendo społeczna nie uspokoisz, to celowo się przewiercę do ciebie i naszczę ci na ten wredny, parchaty i niewyparzony ryj! Wiecie siostry i bracia, ze podziałało! -  powiedziała pielgrzymkowym zwyczajem katoliczka o bujnym czarnobylskim biuście, którą mogliśmy gościć i podziwiać atrybuty jej kobiecości. Zauważyłem, że nawet ślimaki starały się wejść na gałęzie drzewa pod, którym rozbiła namiot, aby jej się przyglądać.

-  Pozwolicie towarzysze, że głos jeszcze ja zabiorę - powiedział leciwy już mężczyzna z cygarem „El Commandante" w ustach.

-  Kilka lat temu, mieszkałem jeszcze tutaj i nawet na tym osiedlu. Bardzo lubiłem ukwiecać balkon, a zwłaszcza w pelargonie kaskadowe. Cieszył mnie ich widok i przebywanie wśród nich jak wspólnota jaką tworzyliśmy w ramach ZSMP! Płatki, czerwone płatki, jak robotnicza krew przelana przez wieki, przeszkadzały tak samo, kurewsko wrednej sąsiadce, na której balkon niestety spadały. Próbowałem z nią negocjować, zapraszać na kawę, ale ona twierdziła, że z powodu moich pelargonii, nie będzie kupowała odkurzacza. Pewnego ranka, kiedy Bóg i socjalizm, całkowicie ją opuściły, wpadła bez pukania do mojego mieszkania, czerwona jak surdut biskupa i krzyczała: - chodź, kurwa, chodź! Ci kurwa pokażę! Jej lumpen-robotniczo-pijacki ryj fioletowiał z nienawiści. Puściła mnie dopiero przed swoim balkonem krzycząc: - zobacz, kurwa, zobacz! Na jej balkonie leżało pięć, dosłownie pięć czerwonych płatków pelargonii. Wtedy nie wytrzymałem ja. Wpadłem w totalny szał. Krzyczałem na nią: - Ty kurwo antyspołeczna, ty suko, ty jędzo, ty brudasko (faktycznie w domu miała totalny syf i brud), ty raszplo, nawet w d… nie rypana, żeby cię 1000 byków waliło przez cały rok!

I z tym repertuarem wycofałem się do domu kipiąc. Wyrzuciłem z wściekłości swojej skrzynki i doniczki z pelargoniami przez balkon, na trawnik. Po tym zdarzeniu ciężko mi było dojść do siebie. Za kilka miesięcy sprzedałem mieszkanie w tym kołchozie i kupiłem stary poniemiecki domek, na zapadłej wsi dolnośląskiej i tam w spokoju oddaje się pasji hodowania kwiatów, a nawet mam warzywnik i sad.

Wszyscy obecni na działce zaczęli mu bić brawo. Następnie Ciocia Zosia zaintonowała Boże coś Polskę. Potem popłynęły następne bogoojczyźniane pieśni. Było tak podniośle i familijnie, i budująco zaczęło się dziać w naszych sercach, że nie zauważyliśmy jak do repertuaru wkradły się międzynarodówka, warszawianka a nawet Wenceremos!

Pod wieczór pielgrzymi udali się na opuszczone działki na mszę. Nasza Trójca oddała się tymczasem medytacji socjalistycznej i staraliśmy się dostąpić nirwany absolutnego komunizmu. Pielgrzymi powrócili i poszli spać do swych namiotów, ale kilkoro z nich obserwowało wraz z nami piękny, pastelowy zachód słońca, podkreślony przez lecący samolot jasnym szlaczkiem dymu. Pewne młode małżeństwo neurochirurgów pielgrzymowało w intencji bezinvitrowego poczęcia potomstwa, a najlepiej bliźniaczej ciąży. Z ich namiotu dochodziły więc odgłosy wniebowziętozawziętego zbliżenia, które zakończyło się szczytowaniem w okrzyku: Maryjoooooo, doooopooooomóóóóżżżżżż! Zaraz potem wyszli przed namiot i nadzy pląsali w tańcu, śpiewając mantrę: za nowe le haim, za nowe le..., by następnie odmówić jedną z tajemnic różańcowych, aż w końcu ponownie rozpoczęli grę miłosną. Nie zrobiło się ciemno, bo niebo było gwiaździste. Przypatrywaliśmy się mu i było nam dobrze, spokojnie, kolorowo.

 mk

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

PRZYJDZIE BABOK I CIĘ W DUPĘ UGRYZIE!

niedziela, 02 marca 2014 23:23

Ten artykuł już publikowałem na Facebooku. Kończy go taki oto akapit:

„Oddajmy na maku­laturę wszelkie krakania i nie powielajmy zła. Wszelkie prze­powiednie są przecież autorstwa ludzi, a my nie jesteśmy nieomylni. Spróbujmy zbawić ten Świat – a przynajmniej nie prowadźmy go ku zagładzie.”

Przypominam ową publikację ze sporą satysfakcją, dopisując we wstępie kilka istotnych zdań: Zbawianie zacznijmy od uważnego obejrzenia bardzo interesujących filmów, w których najznakomitsi uczeni (między innymi Rupert Sheldrake– brytyjski biolog, pisarz i twórca hipotez pola morfogenetycznego i rezonansu morficznego) opowiadają o potędze naszych umysłów i o aksjomatach wstrzymujących pozytywne umysłów działanie. Zacząć możemy od dwóch filmów (w takiej właśnie kolejności) – i nie dajcie się zwieść skromnymi tytułami, bowiem obszar prezentowanych spraw jest ogromny:

1. Nauka uzdrawiania -

    http://www.youtube.com/watch?v=ZIGBuvQn-sk

2. Zwycięstwo ducha nad ciałem -

    http://www.youtube.com/watch?v=xGnDh9Nx4aE

 

 

przyjdzie babok i cie w dupe ugryzie.JPG

 

Straszymy się w piśmidełkach, poważnych periodykach a nawet w publicystycznych programach telewizyjnych. Straszymy się zewsząd, nieustannie i namiętnie. Już od dziecka wysłuchujemy zgrozę budzących wieści albo o „czarnej Wołdze”, albo o bliżej nieokreślonym (przez co jeszcze straszniejszym) „baboku”, który przyjdzie i poodgryza nam wszystko wystające – od rąk i nóg poczynając.  

Później straszących przybywa, robi się od nich tak gęsto, że aż w oczach ciemnieje. Jedni straszą przy pomocy kalendarza Majów, inni skutkami efektów cieplarnianych, że to pozostaną nam jeno piaski pustyń i bezwodzia. Ostatnio zaczęły się nasilać straszenia powrotem epoki lodowcowej, czarnymi dziurami i innymi paskudztwami czającymi się w głębi kosmosu.

Ani cienia optymizmu. Pozbawiamy się radości dogłębnie i ostatecznie. Czytamy o wojnach, głodach, morderstwach, gwałtach, przeróżnych zagrożeniach ekologicznych i szczytach ludzkiej głupoty. Możemy sobie poczytać ponure prognozy róż­nych wieszczów, jasnowidzów i wizjonerów. Tych jasnowidzów namnożyło się co niemiara i czarno widzą z każdego nieomal czasopisma. Czasami trafiają się wizje wieszcza niby „sprawdzone­go”, ale wtedy na duszy robi się jeszcze czarniej.

Pewien Krzysztof Jackowski zrezygnował już wprawdzie z wieszczenia wojen i wybuchów jądrowych, ale zaczął straszyć wizjami potwornych anomalii pogodowych. On i jemu podobni „dali by sobie wreszcie siana”, bo dotychczasowe przewidywania świata kilkanaście, czy kilkadziesiąt lat do przodu okazały się gów… (sorry!) ekskrementów warte - i to wszystkie, bez jednego wyjątku. Jedyne co się sprawdziło, to głupota.

Możecie się na mnie obrazić, ale słowa nie cofnę - głupota jest głupotą. Przecież wszyscy znamy stare przysłowie: „Nieszczęścia chodzą parami.” Żeby to parami, ale częściej całymi tabunami. Pierw­sze nieszczęście trafia nam się zupełnie przypadkowo, przez nie­uwagę naszą lub otoczenia, ale już następne sami sobie wykre­ujemy czarnowidztwem, brakiem wiary w siebie, lamentem i użalaniem się nieustannym. Taka jest właśnie prawidłowość. Najwyższy stworzył nas ponoć słowem, na wzór i podobieństwo swoje, więc pewnie i my słowem stwarzamy dalszą część swojego losu.

Wróćmy do czasopism i czarnowidczych prognoz. Jeżeli będziemy je nieustannie czytać i bezwarunkowo wierzyć w to, co wyczytamy, to jest prawie pewne, że sobie taką przyszłość zgotujemy. A ja wie­rzę w dobroć ludzi - wierzę mimo wszystko. Dlatego posta­nowiłem zachwiać chociaż trochę wiarą w owe przepowiednie - jeżeli to nasz umysł tworzy naszą rzeczywistość, to zmieńmy wreszcie te koślawe i wiodące do nikąd tory!

Ja pamiętam, że już kiedyś o tym pisałem – ale bo to zmieniło się co?... Raczej nie, a jeżeli już, to na gorsze. Dlatego piszę o czarnowidzach jeszcze raz, nieco inaczej.

Zwróćmy najpierw uwagęna umowność wszelkich dat. Rok 2000 jest u muzułmanów rokiem 1420, jeszcze inny rok mają szyici, Żydzi żyją około roku 6.000... No i jak tu sprecyzować ostateczną datę kataklizmu? Końca najlepszego ze światów oczekiwano już wielokrotnie:

- 999,1000 i 1001 – oczekiwali globalnej tragedii nasi przodkowie,

- 1400 - Wiklif, tłumacz biblii i reformator protestancki,

- 1412 – św. Wincenty Ferreriusz,

- 1584 - Leovitius, teolog średniowieczny,

- 1711 – Branbon – „Prorok Końca Świata",

- 1714 - Winston, myśliciel, badacz biblii,

- 1700 - 1754 - Mikołaj z Kuzy, najświatlejszy umysł nowożytnej myśli europejskiej,

- 1855 - Irving Edward, teolog i myśliciel anglikański,

- 1844 - Wiliam Miller oraz milleryści (poprzednicy adwentystów),

- 1914 – „Początek końca" głosił Charles Taze Russel i Stowarzyszenie Badaczy Pisma Świętego,

- 1975 – „Przesilenie" wg Świadków Jehowy,

- 1994 - Pico Della Mirandola,

- 7777 - Bengel,

- przed 2000 - Fatima  (z 1917 roku),

- gdy papieżem będzie Piotr Rzymianin II - św. Malachiasz z XI w.,

- 17 września 2001 r - badacze piramid (ale też: VII/85, VIII/86, XII/88),

- 10817 – „Centurie" Nostradamusa.

To są tylko niektóre daty o których ja wiem. Przypuszczam, że jest ich znacznie więcej – i nie szkodzi, że wiele dat jest jeszcze przed nami. Bardzo wiele czarnych oczekiwań nie spełniło się i to jest właśnie optymistyczne. Przestańmy zatem wierzyć w tertulianowskie „credo quia absurdum” - wierzę, gdyż jest to niedorzeczne. Przestańmy pogardzać Ziemią, ludźmi, życiem, miłością i sobą, bo jak czło­wiek złorzeczący wszystkiemu może mieć dobre i szczęśliwe życie? To myśli i słowa określają jakość naszego świata, za nimi idą fakty, czyny.

Oddajmy na maku­laturę wszelkie krakania i nie powielajmy zła. Wszelkie prze­powiednie są przecież autorstwa ludzi, a my nie jesteśmy nieomylni. Spróbujmy zbawić ten Świat – a przynajmniej nie prowadźmy go ku zagładzie.

 

KaJ


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

WYMIATANIE SPOD DYWANÓW

niedziela, 02 marca 2014 9:25

 

1. NOWE STARE WYSYPISKO

(Artykuł wciąż mało śmieszny i wciąż aktualny)

 

Na wysypisko śmieci przy ulicy Oławskiej oficjalnie przestano wywozić nieczystości ze dwadzieścia parę lat temu. Odjechały walce, ciągniki i inne ustrojstwa pracujące tam do tej pory, odeszli ludzie – przedtem przysypano grubą warstwą ziemi to, cośmy „naprodukowali” i niech się Matka Natura sama z tym boryka, nikt jej nie będzie przeszkadzał. Mamuśka zabrała się do pracy, litościwie okrywając wszelkie nasze paskudztwa zielenią, żeby było ciut ładniej (uwaga: zdjęcia szare wykonano przed kilku laty, a barwne dzisiaj).

Niestety, pomimo tablicy informującej, że jest to teren prywatny i grząskiego dojazdu wciąż są tam wywożone śmieci. A to jakieś fragmenty mebli i różnorakich urządzeń domowych, a to zwały szkła. Tego szkła jest chyba najwięcej, wyziera zewsząd, bo to i zza budynku dawnego biura, i spomiędzy krzaków. Jego ilość wskazuje na to, że swoje śmieci „zamiata tu pod dywan” jakaś firma dla której surowcem do produkcji jest właśnie szkło. A i ta grząskość oraz fetor bijący pod niebiosa pozwala podejrzewać, że ktoś tu sukcesywnie wylewa nieczystości płynne, zamiast je wywozić na oczyszczalnię ścieków.

Co z tego wszystkiego wynika? Ano, chyba nic, bo proceder trwa od dłuższego już czasu. Czy jest to zgodne z prawem? A jeśli jest to bezprawie, to gdzież są nasze służby czuwające nad porządkiem i przestrzeganiem prawa? Czy w ogóle sprawdzają, co się tutaj dzieje? Czy ścigają „twórców” dzikich wysypisk? Oj, chyba nie! Bo i po co, skoro Jakubowski jest pod ręką – gdybym nie pisał o tym co wredne, paskudne i idiotyczne, to połowa mieszkańców (a może więcej) trwałaby w nieprzemijającym zachwycie nad urokami miasta.

Owszem, po pierwszym moim artykule przyjechały jakieś „kolumbryny” i wykonały od strony jezdni poważne transzeje – i enough!

Psińco tam enough! – kukułki śmieciarki dostają się na zakazany teren z flanki i dalej zamiatają pod nieswój dywan. Przyjrzyjcie się uważnie moim zdjęciom, bo tylko takie zasługują na szczególną uwagę – piękne miejsca już piękne są, a te z moich fotek piękne być mogą, bo powinny!

 

 

Nowe stare wysypsko.jpg

 

2. ZAMIATANIE POD DYWAN

(Artykuł wciąż mało śmieszny i wciąż aktualny)

 

Tuż za Namysłowem i tuż przed Ligotką, niedaleko od szosy znajduje się wysypisko śmieci – oczywiście jest to „dzikie wysypisko” – kolejne. Pamiętam, że przed wieloma laty w niewielkim znajdującym się tam stawku można było łowić ryby. Później zaczęto przywozić tutaj śmieci. Różne. Wywożono nawet ażurowe resztki mikrogumy spod wykrojników Fabryki Obuwia.

Kilka lat temu próbowano zapobiec teren uporządkować i gromadzono tam gałęzie i liście przeznaczone na kompost. Ale porządkowe plany zawiodły, bo prawdopodobnie pod osłoną nocy śmieci nadal były tutaj przywożone. I chociaż rzecz działa się tuż pod miastem, problemowi nie zaradzono. Być może zabrało właściwego nadzoru służb porządkowych, odpowiadających za taki stan rzeczy.

Próby „porządkowania” zapewne są podejmowane nadal – wskazują na to ślady topienia w stawku różnych paskudztw i dymy unoszące się nad zwałem gałęzi. Moim zdaniem są to próby mało radykalne i dlatego mało skuteczne. Przypominają zamiatanie śmieci pod dywan. I mało eleganckie to jest – i niebezpieczne. A mogłoby być pięknie.

Tam również byłem dzisiaj. Nie wiem w jakim stanie jest niewielki staw, bo doń nie dotarłem. Dostępu broniły jakieś zielska, czy wyschnięte acz ostre trzciny, będące tutaj czymś w rodzaju kurtyny. Nie musiałem się jednak przebijać przez gąszcz, aby stwierdzić czy ktoś i tutaj nie zamiata pod dywan, bo oto już na samym skraju trzcinowego zarostu znalazłem kilka dowodów na to, że paskudny proceder trwa nadal, choć być może w wersji bardzo spowolnionej.

 

STOSOWNY DO TREŚCI ALBUM ZE ZDJĘCIAMI

 

PRZECZYTAJCIE MÓJ ARTYKUŁ I PRZYJRZYJCIE SIĘ UWAŻNIE ZDJĘCIOM W ALBUMIE, BO TYLKO ONE ZASŁUGUJĄ NA SZCZEGÓLNĄ UWAGĘ – PIĘKNE MIEJSCA JUŻ PIĘKNE SĄ, A TE Z MOICH FOTEK PIĘKNE BYĆ MOGĄ, BO POWINNY!... A MOŻE TO WY ZAMIATACIE POD DYWANY? (BEZ OBRAZY, ALE PRZECIEŻ KTOŚ TO ROBI!)

 

I CO DALEJ, MOI KOCHANI ANTAGONIŚCI – ZAMYKAMY OCZY I NADAL UDAJEMY, ŻE WSZYSTKO JEST OK.?

 KaJ


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

CZY JESTEŚ HEJTEREM?

poniedziałek, 16 września 2013 18:51

 

Hejter, to taki anonimowy lamus, który ukrywa się pod nickiem, dogryzając wszystkim, najczęściej ludziom popularnym – krótko: hejterzy są to śmieci w sieci!

Jestem zdegustowany, żeby nie powiedzieć wkurwiony, poziomem dyskusji toczonych na internetowych stronach! Jest tam coraz więcej błota i gnoju, przy braku konkretnych, rzeczowych argumentów. Te idiotyczne inwektywy, pomówienia, kłamstwa i wylewająca się zza słów zazdrość – taka zupełnie bezinteresowna… - Bo mamy wolność słowa! – zarozumiale pierdylą ci, którzy w słowach raczej nie przebierają, łamiąc w ten sposób prawo „anonimowo”. Ciekawe, czy wpisali swoje prawdziwe dane osobowe w arkusz obowiązujący do założenia konta na takim, czy siakim portalu? Jeżeli tak, to IP ich zdradza, zatem jeżeli ktoś się uprze, to doprowadzi do pokazowego procesu sądowego (nawet jeśli miałby on trwać kilka lat). Warto więc wbić sobie w czerep: „Pisz, co uważasz, ale uważaj, co piszesz, bo każda wolność zobowiązuje do odpowiedzialności".

Pozdrawiam tych, którym „wysiadły hamulce" i tłuką w klawiaturę na oślep w myśl zasady: byle jak, byle dużo, byle tylko pokazać, że istnieją. Kolesie, jeżeli mi obrabiacie zadek, to nie zapomnijcie mnie w niego z uczuciem cmoknąć.

 

Już kiedyś pisałem (zresztą, nie tylko ja!), że wulgaryzmy nie są wynalazkiem naszych czasów, wszak była wcześniej „Kropka nad ypsylonem" Edwarda Stachury. A i przed Stachurą było wielu – na przykład Kochanowski, Tuwim, Wojaczek, Grochowiak, Świetlicki i fenomenalny Fredro, który wspaniale potrafił ująć chamstwo, delikatność, brzydotę, piękno, wulgarność i miłość w jednym dziele.

Niektórzy uparcie twierdzą, że i w wierszach mogą być wulgaryzmy. Oczywiście, mogą, ale nie chodzi o wulgarną poezję, tylko o wulgaryzmy w poezji, dodające pikanterii, podkreślające emocjonalność wypowiedzi, czy pomagające w stylizacji tekstu. U jednego ta sama prawda jest opisywana za pomocą łaciny ulicznej, u drugiego za pomocą wzniosłych epitetów i metafor. Po prostu trzeba umieć wprowadzać przekleństwa do tekstów - żeby nam nie wyszły wynurzenia idioty, bo połączenie ograniczonych horyzontów intelektualnych z tzw. „mięsem” jest koszmarne.

Wulgaryzmy spowszedniały, szczerzą się do nas zewsząd – taka jest nasza codzienność. Wielu quasitwórcom wydaje się, że będą szalenie trendy i wykażą się nie byle jakim talentem, tudzież podobną odwagą, jeśli nawtykają w tekst wulgarnych słów, jak grzybów w staropolski bigos. Dzisiaj ani nie jest do tego potrzebna odwaga, ani nie jest to miernikiem talentu.

Należy pamiętać i o tym, do kogo nasz utwór adresujemy (bo przecież do kogoś go chyba adresujemy), komu go recytujemy, czytamy. Wa­runek sine qua non: treść utworów musi obchodzić ludzi i nie może ich obrażać w żadnej mierze. A tak! – bo jeśli o tym zapomnimy, to rychło może się okazać, że jesteśmy zarozumiałymi, aroganckimi i na dodatek tchórzliwymi gnojkami (obojętne jakiej płci). Stanie taki za internetowym węgłem, wdzieje na siebie wydumany login (dajmy na to Miszka Kwakin)… i dalej obrzucać, „chujami”, „cipami”, „kurwami” i innym cuchnącym błockiem, każdego kogo popadnie – najchętniej osoby ważne dla kultury, nauki, sztuki, medycyny… w ogóle dla narodu, czy grup społecznych. Dlaczego?... A cholera wie – może się intelektualny zbuk chce „dowartościować”, może ma naturę muchy plujki, albo pospolitego „szopa sracza”? Czy na tym polega szlachetność, rycerskość, pobożność i prawość Polaka?... A fuj! 

Zresztą mniejsza o to, ważne, że wkurwia niebotycznie, bo on wie kogo opluwa jadem, ale ty nie zawsze wiesz komu w mordę dać.

Od bzdetnych narzekań też mdło się robi, rzygać się chce i na dodatek zęby bolą. Wyczytałem niedawno w Internecie taką rewelacyjkę: „Czy ktoś wie, kto będzie na Dniach Namysłowa, czy w ogóle się odbędą. Niedługo się zbliżają a tu ani słowa o tym!”… A na stronach Ośrodka Kultury, Biblioteki, magistratu, starostwa, FaceBooku i NaszejKlasie było ogłoszeń tyle, że bałem się lodówkę otworzyć, aby i z niej jakiś plakat o dniach Namysłowa nagle się nie wynurzył.

Nieco dalej, choć na tej samej stronie, jakieś dziewczę (prawdopodobnie!) ogarnięte intelektualną anoreksją podniosło lament: „Od lat to samo /nawet godziny/! Ponadto Shedows to nie to jak grali muzycy w zespole /śp Tadek / i inni to była muzyka a teraz pożal się Boże ... na browarkach grali muzykę ale nie klimaty te co powinni /szukaj mnie itp to nie to nauczyć się grać i śpiewać jakieś małolaty/; TO NIE JEST TO!”… Napisane to jest z błędami i raczej nie po polsku, a „po polskiemu”, ale chwilowo dam temu spokój. Bardziej wkurwia mnie (pardone!) preferowana zasada: „Graj wszystko jedno co, byle marsyliankę! - dobre jest tylko to, co ja uznam za dobre, a inni won z mojego Namysłowa?... O co chodzi z tymi godzinami i dlaczego to jest złe, tego nie napisano.

Poza tym proponuję poznanie więcej terminów (oprócz niezbyt szczęśliwie użytych „klimatów”) i zaprzestania terroru i psychicznego mobbingu, bo i tak będę słuchał tego co lubię, w godzinach jakich zechcę! Owszem, masz prawo – Szeherezado z Połowy Nocy – wyrażać swoją opinię, ale w sposób nieobelżywy i nikogo nie wkurwiający. Uważam, że Dni Namysłowa wypadły wspaniale! Po raz któryś okazało się, że jeszcze są ludzie, którzy wspaniale prowadzą zespoły, że zespoły istnieją, grają, śpiewają, tańczą i zdobywają wiele znaczących nagród na krajowych konkursach i przeglądach. Jeśli o tym nie wiesz – to czemu bredzisz, a jeśli wiesz, to tym bardziej bredzić przestań. Kieruję to do wszystkich czatujących za wirtualnymi węgłami „obesrołków i obszczymurków”. Wciśnijcie w serca słowa Natalii Niemen: Rozsznurujcie więzienia kompleksów i niedowartościowań! Weźcie głęboki wdech i napawajcie się wolnością!... Nie bądźcie hejterami i  przestańcie mnie wkurwiać! … Amen!

KaJ


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


Licznik odwiedzin:  52 299  

O moim bloogu

Opinie, polemiki, felietony, zapiski podróżne.

O mnie

Praca: do niedawna prowadził prywatną działalność gospodarczą, był współwłaścicielem Gazety Ziemi Namysłowskiej, przez pewien czas pełnił obowiązki red. naczelnego w namysłowskim „Magazynie Powiatowym”, był redaktorem w „Panoramie Opolskiej”, redaktorem technicznym w „Gazecie z Głogówka:” reporterem Radia SUD, jest mlodszym instruktorem w Namysłowskim Ośrodku Kultury, opiekunem KMT „Wena”.
Wyróżnienia: Dyplom honorowy wojewody opolskiego za aktywną działalność na rzecz rozwoju ruchu artystycznego i społeczno-kulturalnego, 25 dyplomów i listów gratulacyjnych za prace w upowszechnianiu kultury w lokalnym środowisku, 16 nagród i wyróżnień literackich, 3 wyróżnienia w ogólnopolskich konkursach recytatorskich (w tym srebrna i brązowa odznaka recytatora), dyplom uznania jednostki wojskowej (!), list pochwalny za pracę zaopatrzeniowca i magazyniera w ZRB MZEAS... i Medal XXXX lecia PRL (sic!)... Tego typu wyróżnień jest dużo więcej, ale kto by to liczył.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 52299