Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 277 249 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


TAK, TO JEST UCZTA!

niedziela, 21 grudnia 2014 15:28

mk-polemiki.jpg

Nie wiem czy znajdę właściwe słowa, by opisać to co mnie spotkało, bo wielkość tego co doznałem może być ponad mój zasób słownictwa.

W bibliotece publicznej na półce z napisem „Dzieje Regionów" leżała sobie książka pani Czesławy Kosturek pt. „Poniemiecka kamienica”. Wypożyczyłem ją i zacząłem czytać - i rzeczywiście w tym miejscu trudno znaleźć odpowiednie słowa, by opisać to,  co przeżyłem i nadal przeżywam. Z wieloma treściami się nie zgadzam, na pewno inaczej odbieram i przeżywam, ale na szeroki przestwór wpłynąłem i oceany się we mnie rozlały ogromne, pełne wielu, wielu meandrów i doświadczeń. Dla kogoś takiego jak ja, to był gugl i turgor przechodzący w celebrację, podróż, odkrywanie i delektowanie się.

Książka tak mnie rwała wewnętrznie i targała myślami, że ło jo joj! Się człowiek gotuje! Wielka rzecz! Najpierw odkrywam wraz z panią Czesławą znaczenie rodziny i nie zgadzam się, bo z rodziną według mnie... A potem wychodzi na moje, bo jednak daje jej rodzina ciężkiego prztyczka - a z drugiej strony trzon rodziny jest jedną wielką miłością! Płynąć w to i konfrontować z ze swymi doświadczeniami i poglądami.... Boh Ty mój, Boh!

Pisząc, że siostry całość jej opowieści mogą widzieć inaczej, daje do zrozumienia, że dzieje i historię przeżywamy różnie i mamy prawo do różnej jej interpretacji. Jakież to ważne dzisiaj. Jak było sobie przekurwiście miło wyobrazić miny tych w N., którzy mają w rodzinie biskupów, kiedy Pani Kosturek napisała, a oni czytali o antyprawie i antysprawiedliwości za czasów kato-prawicowej PiS i że gnębili oni prawicowców, normalnie bezcenne doznanie. I ci dobrzy Niemcy, dobrzy ubecy, źli Polacy. Kłaniam się pani Czesławie w pas!

No i zastanawiam się, co teraz czuje pani Czesława - bo chyba zbyt pochopnie określiła się po stronie PO, kiedy okradli miliony polaków z drugiego filaru, kiedy nie pozwalają dożyć do emerytury - flirt z polityką zawsze niesie za sobą smród! Moja podróż rajska w poniemiecką kamienicę trwa. Napiszę jeszcze nauczycielom namysłowskim, że „jeśli jeszcze tej książki nie przedstawiliście wychowankom na lekcjach polskiego, historii, wychowania obywatelskiego, religii, to chujowi z was nauczyciele i tak naprawdę pizdy jesteście! Tych książek o Namysłowie i namysłowianach jest sporo i warto, warto je przeczytać i propagować - kto jeśli nie Wy, nie ja? - dlatego marsz do biblioteki i do wydawnictwa Namislavia w „domu partii” lub zamawiać mailem namislavia@poczta.onet.pl (www.namislawia.republika.pl). Tel. 603853353. Takie książki pisze się o Nysie, Borkowicach, Brzegu, Bytomiu, Lesznie, Sulęcinie, Olsztynie, Warszawie, Tomaszowie Lubelskim, Opolu itd. Dlatego kupujcie je i wynajdujcie - warto mimo, że jak to książki w Polsce są przekurewsko drogie, ale z drugiej stronie nie spalmy 3-4 paczek fajek, odmówmy sobie wątpliwych ciuchów czy wieczoru w „Tabu” z alkoholem, czy innych marnych uzależnień. Warto poznać skąd się jest, czym się jest, aby na przykład wytyczać nowe szlaki burząc stare chore przyzwyczajenia, które na kartach takich dzieł też znajdziemy.”

Jam dziecię PRL dlatego nie wyrażę swej wdzięczności inaczej jak górnicy wedle Barburki: - Towarzyszka Czesława Kosturek Niech Żyje! - a Wy za mną wykrzyknijcie jak ów cudowny chór górników...      

Z Wolnością więc i zdrówka życzę!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

BALLADY NIE TYLKO DLA POTĘGOWEJ CZĘŚĆ II

poniedziałek, 15 września 2014 23:03

BALLADY NIE TYLKO DLA POTĘGOWEJ CZĘŚĆ II

Czyli o pikutach, gwarze, zaklinaniu gwizdka z wikliny,

drzystce, źgocu i o smakowitych prażokach

 

Ze wspomnieniami jest jak kołem wodnym starego młyna – stosunkowo łatwo je uruchomić, gorzej z zatrzymaniem.

   

02.jpg

 

W części I „Ballady nie tylko dla Potęgowej” napisałem, że bardzo wiele zawdzięczam dzisiejszym czasom, nauce, postępowi - ale i wiele utraciłem. Utraciłem nie tylko ja, co mnie wcale nie cieszy! Komputery, tablety, konsole, iPody i inne tego typu ustrojstwa opanowały nasz świat, siedzą przy nich dorośli i dzieci, mężczyźni i kobiety. Ogarnęła nas szalona zamieć mnogich wirtualnych światów! Zatem w co się bawiły nasze dzieci, kiedy jeszcze tych gier nie było? Pytanie odnoszę zwłaszcza do środowisk wiejskich, bo w miastach bywały różne kluby, łatwiejsze dojścia do książek czy choćby do kina.

W co się – na przykład - bawiły dzieci w Kaźmirowie przed kilkudziesięciu laty? Przypuszczam, że bawiły się prawie tak samo, jak ich rówieśnicy gdzie indziej. Wprawdzie nie było tu klubów i kin, ale gry „w klasy”, „państwa i miasta” czy „w wojnę” były takie same. Nawet kilkaset lat przed naszą erą wymyślona przez Chińczyków „latająca Zośka” w ogólnych założeniach była taka sama i opierała się na niesamowitej zręczności (mówię o nożnym podrzucaniu szmacianą, bardzo sflaczałą piłeczką „z piórami w zadku”). Dużym powodzeniem cieszyło się odbijanie na różne sposoby gumowej piłki od ściany, przeskakiwanie przez rozciągnięte sznurki (lub gumki) i sprawdzona w swojej przydatności skakanka. Albo takie pikuty!... Czy w ogóle pamiętacie jeszcze co to są pikuty?

 

Pikuty, to jest gra dla wszystkich i może w nią grać kilka osób, ale moim zdaniem nie powinno ich być więcej niż sześć, bo inaczej gra staje się potwornie nudna. Żeby grać w pikuty wystarczy mieć nóż do rzucania i kawałek ziemi. Zadaniem każdego gracza jest rzucić nożem tak, aby się w ziemię wbił – oczywiście nożem nie rzucamy sobie byle jak, ale przyciskamy go ostrzem do skóry i wtedy nim ciskamy.  W rzucaniu jest 13 poziomów:

  1. MATKA - rzut ze środka wewnętrznej strony ręki;

  2. OJCIEC – to samo, ale ze środka strony zewnętrznej;

  3. MAŁY PALEC – rzuca się wtedy z małego palca;

  4. PALEC SERDECZNY – jak wyżej, ale z palca serdecznego;

  5. ŚRODKOWY PALEC – jak wyżej, ale z palca środkowego;

  6. PALEC WSKAZUJĄCY – jak wyżej, ale z palca wskazującego;

  7. KCIUK – nożem rzuca się wtedy z kciuka;

  8. ŁOKIEĆ - rzut z łokcia;

  9. RAMIĘ - rzut z ramienia;

  10. BRODA - przykłada się kciuk do podbródka i wtedy rzuca się z kciuka;

  11. NOS – rzut z nosa (tak samo jak z brody);

  12. CZOŁO – rzuca się z czoła (tak samo jak z nosa i brody);

  13. CZACHA - wtedy rzuca się z czubka głowy.

    Wygrywa gracz, który przejdzie wszystkie poziomy – ale jeśli któryś rzut nie wyjdzie bo nóż się nie wbije, trzeba poczekać na swoją kolejkę i zacząć wszystko od początku. Aha, były tam jeszcze jakieś „pstryczki” podczas których nóż „miał obowiązek”  wykonać pełny obrót i wbić się w ziemię, ale nie pamiętam, czy tym się kończyło rzuty, czy zaczynało. Mniejsza o to, bo nie we wszystkich środowiskach pikuciarzy pstryczki stosowano.

    Chłopcy uważają pikuty za grę bardzo męską – wszak nóż to bagnet (lub prawie bagnet), a oni „ach, cóż to za wojacy!”. Zaprosili kiedyś do gry ciocię Zosię z Namysłowa (czyli moją żonę), a ta ich bezlitośnie ograła, bo jak się okazało przez wiele lat zdobywała doświadczenie w pikutowych bojach ze swoim bardzo licznym rodzeństwem. Ale skąd chłopaki z Kaźmirowa mieli o tym wiedzieć? Bardzo przeżywali swoją „porażkę”, bo wiejskie dzieci są bardzo ambitne, pracowite, zaradne – i często mają wiedzę wprost bezcenną w środowisku miejskim.

    Nieco takiej wiedzy zawdzięczam swojemu ojcu, pochodzącemu z Kaźmirowa. Na przykład potrafił upiec ziemniaki w ognisku na polu tak, że ani „ździebko” nie były przypalone, miały chrupiącą brązową skórkę i wspaniały zapach. Próbowałem przedtem (teraz wiem jak!) sporządzić podobne na grillu, ale podobieństwo było niewielkie, a i to tylko w wyglądzie – czyli używając terminologii ojca: Daleka dupa oka!

     

    No proszę, w jaki wdzięczny sposób przeszedłem do kaźmirowskiej gwary! Ale przedtem wniosę trzy istotne uwagi:

  1. Tylko bardzo dojrzali mieszkańcy wioski posługują się gwarą „na okrągło” – ciut młodsi mówią polskim językiem literackim, gwarę chowają w sobie do rozmów „między swymi”, a o innych językach już nawet nie wspomnę, bo to dzisiaj norma znać ich kilka;

  2. Mój ojciec nie zawsze (choć często) używał gwarowych zwrotów, co mnie wprawiało w zachwyt, bo niektóre słowa brzmiały zabawnie, a wiele z nich  odbieram bardziej jako staropolskie niż gwarowe;

  3. Piszę tu o kaźmirowskiej gwarze, bo znam ją z Kaźmirowa, jednak oficjalnie może to być gwara wieluńska.

    Oto ulubione słówka i określenia mojego ojca, żywcem wzięte z „kaźmirowskiego narzecza”:

    - niekuniecnie - nieszczególnie (nie bardzo),

    - nicpoty - zły człowiek (pewnie źródłem jest zwrot „nic po tem”, „nic po tym”),

    - łoździw – głupek (z łozdziawioną… czyli z rozdziawioną gębą),

    - katong – czyli karton,

    - obuj się - załóż buty,

    - rozzuj się - zdejmij buty,

    - ciekać - szwędać się,

    - sewlyc (seblyc) - rozebrać się,

    - oblyc – oblec, ubrać, 

    - kiej – kiedy,

    - kole – obok,

    - zróbma tak - zróbmy tak,

    - pomińma to - zmieńmy temat,

    - pomknij się - odsuń się,

    - źgoc - tłuczek do ziemniaków,

    - daligo - rusz się,

    Podczas jednego z wypadów do lasu postanowiłem zrobić swoim dzieciom gwizdek z wiklinowej gałązki. Postanowić było łatwo, ale cholerne łyko za nic nie dawało się ściągnąć.

    - Bo ty to źle robisz, zapomniałeś o zaklinaniu – stwierdził ojciec i dodał - Wybierasz odpowiedni patyk, przycinasz na nim tak jak należy korę, a potem trzonkiem kozika opukujesz ją mówiąc przy tym takie zaklęcie:

    Uliń mi sie piscołecko
    Bo cie ciepne pod płot

    Podzióbie cie corno kura
    Jarzymbiaty kokot

    Wytrzeszczyłem oczy ze zdumienia, ale dwa gwizdki wyszły tacie doskonale, znaczy: coś jest na rzeczy z tym zaklinaniem. Poszczególne etapy produkcji „piscołecki” znajdziecie na załączonym do moich wspomnień zdjęciu.

     

    Bardzo mnie cieszą takie leksykalne „kwiatki”. Moja babcia Józefa (mama mojego ojca) miała dwie siostry: Antoninę i Marię – nazywałem je ciociami-babciami (wszak nie były to po prostu zwykłe babcie a i po imieniu zwracać się jakoś nie uchodziło). Wspomniane Panie należały do długowiecznych, co czasami objawiało się dość zabawnie.

    - Kozok, wiela tyz mioł lot ten chłop, co mu się niedawno zmarło? – zapytała mnie kiedyś znajdująca się już w bardzo podeszłym wieku babcia.

    - No, miał już siedemdziesiąt pięć.

    - Mój Boze, taki młody cłowiek!... 

     

    Ciocię-babcię Pisulową (o której pisałem w I części „Ballady”) otaczała spora gromadka wnuków, nad którą czasami trudno było zapanować, ale sobie świetnie radziła – wypadała ze swojej chatki, chwytała za oparty o ścianę duży drewniany tłuczek do ubijania ziemniaków dla trzody i wpadała między rozrabiającą czeredę, siejąc popłoch niczym piorun w kurniku.

    Mariola, moja kuzynka, zapytała wskazując na drewniany tłuczek, czy wiem co to jest i do czego służy?

    - No pewnie! - to jest tłuczek do ziemniaków dla świń.

    - E tam, wcale nie. To jest źgoc – a źgoc to jest takie coś, do bicia Pisulowych dziecków!

    Ciocia-babcia Pisulowa bić pewnie nie biła, ale i tak zgrozę źgocem budziła sporą. Kiedyś zapytała mnie, czy chciałbym się napić świeżutkiej maślanki, bo właśnie niedawno skończyła robić masło. No pewnie, że chciałem!

    - To idź do piwnicy (nie będę się przysięgał, ale chyba powiedziała: idź do sklepu!), tam bydzie taki bioły gornysek, to se nalij do niego z kierzonki.

    Był „gornysek”, była „kierzonka” i była maślanka, pachnąca smakowicie, z pływającymi w niej grudkami masła. Nikt mnie pilnował, to wypiłem aż dwa kubki owej ambrozji.

    - Coz cie tak długo, kozok, nie było? Ni mogłeś znajść? – zapytała ciocia-babcia Antonina.

    - Znalazłem, ale to taka pychota, że wypiłem dwa kubki.

    - Wiela?... Dwa?... Ło ranyści – to teroz bydzies mioł drzystkę!

    No i wykrakała, miałem drzystkę jak cholera, ale jak widać przeżyłem - już choćby tylko po to, aby dopisać jeszcze kilka kaźmirowskich słówek:

    kokot – kogut,

    struga - mały strumyk,
    kozik - scyzoryk z jednym ostrzem,
    przycok - początek i koniec pola, takie poprzeczne „wykończenie”,

    podwyrko – podwórko,

    gornysek – garnuszek,
    kierzonka – naczynie (często z drewnianych klepek) do robienia masła,
    aby – tylko,

    galancie  - dużo,

    szkopek – wiaderko,

    kołacz (wzgl. kołoc) - duży bochen chleba,

    krasić - polać kaszę (bądź ziemniaki) tłuszczem ze skwarkami,

    niecka - podłużne naczynie do zarabiania ciasta,
    prażoki (prażuchy)  - potrawa z ugniecionych gotowanych ziemniaków.

    Podobno są takie regiony, gdzie prażoki nazywane są „dziadami”, ale jaki to miałoby związek z twórczością Mickiewicza?

     

    Czy wiecie jak smakują kraszone prażoki z kapuśniakiem, surówką z kapusty kiszonej, czy choćby gornyskiem wspaniałej, domowej maślanki? Ci co wiedzą, szczęśliwi są – pozostałym bardzo współczuję. Ale już śpieszę z łatwym do realizacji i tanim przepisem:

    Potrzebujemy mendel (a liczcie, nie ma łatwo!) średniej wielkości ziemniaków, 1 łyżkę soli, z 4 czubate łyżki mąki pszennej i stopiony smalec ze skwarkami i cebulką.

  • Ziemniaki obieramy, płuczemy i gotujemy w osolonym wrzątku około 20 minut. Na wierzch wsypujemy mąkę (staramy się równą warstwą, tak żeby nie była w jednym miejscu, a im mniej damy mąki tym prażoki będą bardziej miękkie). Pod niedomkniętą pokrywką gotujemy jeszcze z 10 minut. Odcedzamy ziemniaki, pozostawiając troszkę wody z gotowania, ale bardzo mało. Drewnianą pałką ugniatamy ziemniaki z mąką na jednolitą masę. Trzeba to robić dokładnie, aby w owej masie nie było grudek mąki. Najlepiej jeśli mamy pomocnika, który będzie trzymał garnek podczas ugniatania, aby się nie przesuwał. Jeśli masa jest ciut za sztywna, dodajemy odrobinkę wody z gotowania.

  • Natłuszczoną łyżką nabieramy masę i zrzucamy ją na talerz, formując na kształt mniejszych pierogów lub większych kopytek. Polewamy to usmażoną ze skraweczkami (spyrkami) cebulką – i podajemy! Są pyszne nie tylko świeże, ale również odsmażone. Jeśli pozostanie nam w garnku masa, trzeba ją od razu przerobić na prażoki i ułożyć na talerzu, bo jeżeli będą leżały na sobie, to się tak skleją, że będziemy mieli „coś”, mało eleganckie w wyglądzie.

    Bardzo już schorowany mój ojciec zatęsknił kiedyś za prażokami i namówił mnie na udział w produkcji ziemniaczanego smakołyku (przyznam się, że długo namawiać nie musiał). Miałem podsmażyć boczek z cebulką i kupić maślankę mrągowską, bo najsmaczniejsza. Pichceniem mieliśmy się zająć obaj. Mama wstawiła „na ogień” ziemniaki – i czekamy aż się zagotują. Czekamy i czekamy, a ziemniaki wciąż „kuloodporne”, bo były młode i skądś importowane.

    Prażoków nie było tego dnia, ale zapamiętałem na zawsze, że polskie prażoki najlepiej sporządzać z „bardziej dojrzałych” polskich ziemniaków.

     

    Bardzo opustoszał znany mi „kaźmirowski świat” – ostatni próg przekroczyła babcia Józefa, również ciocia-babcia Antonina i jej mąż Marcin Pisula (obdarzony znakomitym poczuciem humoru świetny gawędziarz), ciocia-babcia Marysia (i jej mąż), Józek Pisula (ulubiony kuzyn mojego ojca, a przy tym znany w całej, dość obfitej, rodzinie ze sporego poczucia humoru i niemalejącego „zacięcia urwisowskiego”), mój ojciec, wujek Tadek (mąż cioci Basi)… No nie! – tutaj muszę się zatrzymać z wyliczaniem i chociaż trochę powspominać.

    Kiedy zabrakło cioci-babci Pisuliny, byłem przekonany, że już nigdy nie będę jadł chlebowych smakowitości i wtedy powstałą lukę wypełniła swoim sercem ciocia Andzia – żona Józka Pisuli. To ona, zawsze na wieść, że przyjechałem do Kaźmirowa, piekła specjalnie dla mnie ogromny bochen chleba. Bywało, że tak parę razy w roku!

    Wujek Tadek to w mojej pamięci cały serial sympatycznych, często zabawnych wspomnień. Jestem ojcem chrzestnym jego najmłodszej córki, Iwony. Bywało, że czasami wypiliśmy po kielichu dobrego trunku (no dobrze!… po parę kieliszków), a jeżeli nam zabrakło, to Tadek własnoręcznie sporządzał „ajakoniak” – dobre to było, choć czasami wyglądało paskudnie, kiedy z rozpędu razem z żółtkiem do spirytusu wlatywało mu białko.

    Kiedy Iwonka wychodziła za mąż, to zaproszono i mnie na wesele. Pożyczyłem od kumpla Syrenkę i pojechałem. W Kaźmirowie pod kościołem „złapałem kichę”, o czym dowiedziałem się dopiero pod Domem Weselnym, więc tam zabrałem się za naprawę. I miałem za swoje: za jasną sasankę nie umiałem założyć opony na felgę, szarpałem się półtorej godziny, pot lał się ze mnie strumieniami, z kilku łyżek do opon zrobiły mi się korkociągi – i nic, bo to trzeba znać sposób. W drzwiach stanął wujek Tadek. Elegancko ubrany, niósł dwa dość spore kielichy wódki.

    - Kazik, ty jesteś chrzestny?

    - No ja, przecież wiesz!

    - Niby wiem, ale jak chciałem się z tobą napić za zdrowie młodej pary, to nigdzie cię nie było.

    - Bo prawie dwie godziny morduję się z oponą, ale ja swoje, a ona swoje.

    - Dwie godziny?!... No  widzisz, a gdybyś przyszedł z tym do mnie, to opona byłaby dawno tam gdzie trzeba, a my kończylibyśmy drugą butelkę…

    Podczas tej przemowy Tadek „wkopał” oponę na felgę, nie wypuszczając kielichów z rąk i nie wylewając z nich ani kropelki, czym osłabił mnie niebotycznie. Nieustannie będę pamiętał jego uśmiech i zrównoważony bez względu na okoliczności ton głosu. Serdecznym ciepłem wypełniona jest jego żona - Basia, i córki – Mariola, Dorotka i Iwona. Córki są już mężatkami i mają swoje dzieci, ale jestem przekonany, że tworzą swoje rodziny według wzorców zapamiętanych w domu.  I to jest piękne, bo w pewnym sensie ich świat stał się moim światem – przynajmniej w połowie, bowiem druga połowa związana jest kresami, z ludźmi „zza Buga”, a konkretnie z Brzeżanami,  skąd pochodziła moja matka  

    Ale to już zupełnie inna historia.

     

Do II części wspomnień dołączam swoją balladę pt. ZADUMANIE. Tłem do niej są stare zdjęcia cudem ocalałe, a zatem cenne niewątpliwie: http://youtu.be/TMLo3r3WETM

 

KaJ


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

BALLADA NIE TYLKO DLA POTĘGOWEJ

poniedziałek, 15 września 2014 22:50

 

01.jpg

 

 

Od strony podwórka chatka miała drzwi – bardzo niskie wprawdzie, ale za to z wysokimi progami. Za jednymi niewielka sień poprzedzająca wejście do izby, a za drugimi kryło się tajemnicze miejsce, często pachnące najcudowniejszym na świecie zapachem dopiero co upieczonego chleba – to tutaj  ciocia-babcia Antonina rozpalała ogień w piecu chlebowym, piekła ciasta i chleby, przesuwając je w różne miejsca zależnie od potrzeb specjalnym sprzętem na długich tykach.

Kto nigdy nie jadł takiego chleba, posmarowanego świeżym, zrobionym w domu masłem lub obłożonego boczkiem z własnej wędzarni, ten nie tęskni za takim jedzeniem, bo nie wie co stracił. Ale ja wiem – dlatego tęskno mi Panie!

Już nawet nie wspomnę o świeżej maślance, w której pływały grudki masła i o pomarszczonych wisienkach wyjętych z butli w której ciocia-babcia Antonina robiła wino, i o innych stu delicjach też nie wspomnę, aby nie rozszarpywać swojej duszy.

Niedaleko od chatki znajdowało się inne tajemnicze urządzenie – studzienny żuraw. Nie pamiętam już smaku wody, pamiętam, że zawsze była chłodna – dzisiaj pewnie nie nadawałaby się do picia, bo tak dokładnie i dogłębnie pozatruwaliśmy wszystko wokół. Wytruliśmy ryby pływające w rowach między polami (łapałem je na „oczka” z końskiego włosia), wytruliśmy całkiem spore raki w pobliskiej rzeczce, a nawet „przepędziliśmy” z pobliskich lasów ogromne borowiki i dumne kozaki – trzymały się dość długo, ale się wyniosły diabli wiedzą dokąd. Że nie poznają tego wnuki moje, dlatego smutno mi Panie!

Kiedy nad wioską srożyła się trzaskająca piorunami burza, wtedy jej mieszkańcy truchleli, a starsze kobiety zapalały gromnice i umieszczały je w oknach, wierząc w antypożarowy cud, wszak ogień wśród słomą krytych dachów roznosił się niewiarygodnie szybko. Motopompy uruchomić nie można było, bo w czasach które wspominam nie było we wsi prądu, zaś strażacy ciągali ręczną pompę konno i musiało ciut potrwać zanim dojechali. Zapalane w oknach gromnice pewnie spełniały swoje zadanie, bowiem pożary postawały nieczęsto.

Wiele zawdzięczam dzisiejszym czasom, nauce, postępowi… ale i wiele rzeczy odeszło w cień – utraty niektórych bardzo żałuję.

W świat cieni odeszła także ciocia-babcia Antonina, zawsze pełna dobrej energii i wspaniałego humoru. Jej poświęcam dobre wspomnienia i utwór Stachury „Ballada dla Potęgowej” – niech tutaj będzie to Ballada dla Potęgowej i Pisulowej. Posłuchajcie jej, a ja sobie jeszcze powspominam, bo mam co…

http://www.youtube.com/watch?v=Y0YnZTNnIqs

 

Album ze zdjęciami znajduje się tutaj:

http://www.webalbumy.nok-namyslow.pl/ballada-nie-tylko-dla-potegowej/

 

KaJ


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

O DWÓCH POLSKICH ADMIRAŁACH JEST MOJA BALLADA

poniedziałek, 11 listopada 2013 1:20

O DWÓCH POLSKI ADMIRAŁACH JEST MOJA BALLADA

W związku z Narodowym Świętem Niepodległości namnożyło się na FaceBooku sporo informacji batalistycznej zgoła natury, podnoszącej chwałę polskiego oręża. Postanowiłem i ja wrzucić dwa listki wawrzynu, dedykowane moim ulubionym postaciom. 

KRZYSZTOF ARCISZEWSKI był pierwszym, a może i jedynym polskim konkwistadorem. Ten marynarz, obieżyświat, podróżnik i zawodowy żołnierz był znakomitym specjalistą od budowy fortyfikacji. W 1629 r. zdobywał dla Francji La Rochelle i w tym samym roku popłynął w służbie holenderskiej Kompanii Zachodnioindyjskiej na podbój Brazylii, gdzie walczył z Hiszpanami i  Portugalczykami. Mianowany generałem, a następnie admirałem, wsławił się zdobyciem twierdzy Arrayal i Porto Calvo oraz oblężeniem portu Nazareth. Pisał wiersze, miał talent beletrystyczny - w Hadze znajdują się setki listów i raportów, w których barwnie opisywał życie Indian Tapuya – te opisy są dzisiaj cennym materiałem dla europejskich uczonych. Budował mosty i fortyfikacje, walczył z tatarami oraz kozakami Chmielnickiego, bronił Lwowa i fortyfikował Zbaraż... Tyle w ogromnym skrócie. Polecam lekturę książek Jerzego Bohdana Rychlińskiego („Przygody Krzysztofa Arciszewskiego”, „Słowo o admirale Arciszewskim” i „Admirał, czart i Cyganka”) oraz trylogię Michała Rusinka (Wiosna admirała, Muszkieter z Itamariki, Królestwo pychy).

 

 arciszewski1.jpg


AREND DICKMANN – zginął mniej więcej w tym samym czasie bo w 1627 roku (28 listopada) walcząc ze Szwedami pod Oliwą. Arend Dickmann urodził się w 1572 roku w Delft w zachodniej Holandii. Po 1608 roku zamieszkał w Gdańsku, gdzie był właścicielem i kapitanem statku handlowego. Był członkiem Związku Gdańskich Kapitanów Morskich. W 1627 roku przeszedł na służbę Zygmunta III. Zginął na pokładzie „Świętego Jerzego". Śpiewa się o nim całkiem porządną szantę, napisaną przez Tomasza Piórskiego, z takim oto refrenem:

Ma Anglia Nelsona i Francja Villeneuve'a,
Medina - Sidonia w Hiszpanii żył.
A kto dziś pamięta Arenda Dickmanna?
To polski admirał, co z Szwedem się bił.

Owe szanty można wysłuchać między innymi za pośrednictwem linków poniżej: http://www.youtube.com/watch?v=LMA_rYvr6sY
http://www.youtube.com/watch?v=RAxTBA-WjQM

Kaj


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

NAJWIĘKSZA MRÓWA ŚWIATA

poniedziałek, 30 września 2013 11:36

Rzecz o kumplach z mojej kompanii

 kumple z mojej kompanii.jpg

Bramy koszar przekroczyłem wiosną 1967 roku. Gdybym nie był przestraszony na wylot tym, co wtedy zobaczyłem, pewnie próbowałbym zwiać. To był totalny chaos i kosmiczne zamieszanie. Kilkadziesiąt osób czekało na wpis, lekarza, fryzjera, pobranie mundurów i obowiązkowy prysznic… Ale wreszcie  poszliśmy do swojej kompanii, gdzie natychmiast „pożyczył mnie sobie” klnący z maestrią starego marynarza sierżant Skwierz, który z lubością „shepał” mnie – wprawdzie tylko słownie, za to „na wiele dni do przodu”.

I tak się zaczęła moja wojskowa przygoda.

Przez pierwsze miesiące było upierdliwie, ale wielkich atrakcji nie było. Co dnia o 6.00 pobudka, szybkie mycie się, golenie, zaprawa poranna (kilka ćwiczeń i bieg, obojętnie w jaką stronę, byle długo), poranny apel. Potem zajęcia na poligonie bądź w świetlicy kompanii jeżeli była to teoria – słowem nuda nie do wytrzymania – aż dziw, że do tej pory sporo tej teorii pamiętam. Już lepiej było na  poligonie, mimo kopania rowów strzeleckich, czołgania się, lub wrednego biegania w masce przeciwgazowej. Wprawdzie taki rzut granatem rękę mi z barku wyrywał (bo taki jestem rzutny), ale za to znakomicie zaliczałem strzelanie. Na marginesie dodam, że wszyscy Namysłowianie byli świetni z wyszkolenia bojowego (a i tak raz nie wykonałem strzelania, za co Skwierz wytłukł mnie po łbie woreczkiem z amunicją).

I teraz mógłbym snuć wielostronicowe wspomnienia, o poligonach, o „wycieczce” do Czechosłowacji w 1968 roku, o kilkunastogodzinnych jazdach w kolumnie, o tym jak „SKOT-em” wjechałem do gospodarczego budynku, albo jak czołgiem wyjechałem z koszar „z bramą przez bramę”, bo tak mnie podszkolił kumpel-czołgista (Raducki z Domaszowic)… Ale po co? Najważniejsze i najwspanialsze jest to, że poznałem wielu fajnych kumpli, z którymi przyjaźniłem się podczas odbywania dalszej służby (już po przysiędze) – a z wieloma utrzymuję przyjacielskie kontakty do dnia dzisiejszego, chociaż od tamtych dni upłynęło bez mała pół wieku.

W Kompanii Remontu Sprzętu Uzbrojenia i Środków Łączności (to znaczy: w mojej kompanii) znajdował się spory zbiór osobliwych indywidualności, niepowtarzalnych acz sympatycznych i już tylko przez to godnych upamiętnienia. I teraz będzie o tych indywidualnościach, bo chociaż opowieść swoją dedykuję nieżyjącemu już przyjacielowi, Maćkowi Mrówce, to wypadałoby zdań kilkanaście napisać o Maćkowym otoczeniu. Oto pierwsza indywidualność:

 

TIGER. Chudy, z posępną miną, a przecież znający setki dowcipów opowiadanych gwarą śląską. Jak miał na nazwisko, tego nie pamiętam - pamiętam ksywkę, którą zdobył podczas strzelania. Nieoczekiwanie cały przydział amunicji wywalił serią Panu Bogu w okno. Kiedy Skwierz zaczął naciskać: No, żołnierzu dlaczego nie strzelasz, kurwa, co?! Tiger burknął: No ja, strzyloj jak tiger, a kaj som patrony?

 

WACEK, to kolejna indywidualność.Potężne chłopisko (chyba z Bieszczad), mówiący powoli, z namysłem, ale za to z pięknym zaśpiewem kresowym. Chciałem kiedyś wykręcić wentyl z dętki „mojego” ZIS-a, ale wysiłki nie dawały spodziewanych wyników, nawet przy pomocy potężnych kombinerek. Nadszedł Wacek i wentyl najzwyczajniej w świecie wyrwał, bo łapska miał wielkości łopat do śniegu. A kiedy po capstrzyku zgasiliśmy światła i na przemian snuliśmy swoje opowieści, przyszła pora na opowieść Wacka: - Poszedł ja raz z Marysią na łąkę, a późno było, to nie chciał się ja długo włóczyć, ale od raz się dorwać do miodu – zaczął Wacek. - Polazłem z Marysią na stojący pod lasem stóg siana i zaczynam ją rozbierać (tu była „wysmakowana”  cała lista zdejmowanej z Marysi odzieży), nagle czuję, a tu się coś rusza… Ja się patrzę – a to niedźwiedź!...

Sala zawyła z uciechy, przestraszony podoficer wpadł z korytarza z ogłupiałą miną, a żołnierze z łóżek spadali… Skąd on wytrzasnął tego niedźwiedzia?

 

Było więcej takich „wynalazków”, ale zostańmy przy tych dwóch wspomnianych – pozostali nie byli ani lepsi, ani gorsi - po prostu też byli jedynymi w swoim rodzaju. Patrzę na stare fotografie i wyłaniające się z nich twarze. Jeśli z czymś mi się dzisiaj kojarzą, to z bohaterami „Cyrana de Bergerac” (Edmonda Rostanda):

„Wzrok orli, czapli chód, lwie kłaki,
Wąs rysi, głód wilczego kłu!
W puch walą podły gmin wszelaki
Wzrok orli, czapli chód, lwie kłaki!...
Ich kapelusze - to przetaki
Lecz za to czub - od diabłów stu!
Wzrok orli, czapli chód, lwie kłaki,
Wąs rysi, głód wilczego kłu!...”

I niech tak zostanie! – zwróćmy się zatem ku Maćkowi Mrówce.

Niech Was nie zmyli „niepozorne” nazwisko, bo to była Największa Mrówa Świata, wszak Maciek miał dwa metry wzrostu (ze sporym okładem). Był przy tym świetnym kumplem i żołnierzem obdarzonym swoistą, przywódczą charyzmą – z taką „przypadłością” trzeba się urodzić, bo w inny sposób jest ona nie do zdobycia. Spójrzcie na zachowane zdjęcia – kumple lgną do Maćka, otaczają go, a po jego minie widać, że to go cieszy (czasami nawet bawi, w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Łobuzerski błysk w oku i takiż uśmieszek czający się w kącikach ust oraz świetne poczucie humoru dopełniają całości wizerunku. Wielokrotnie byłem świadkiem, jak się z dowódcami o swoich kumpli wykłócał. A bywało, że już nie tylko o kłótnie chodziło…

 - Kazik, już z przepustki wróciłeś? Będziesz wychodził? – zapytał mnie pewnego razu.

- Nie!

- To zakładaj pas!...

- Przecież mam założony…

- Oj, nie tu!... Nie na jaja ale na rękę zakładaj i pędzimy – naszych biją!… Nikt mi nie będzie kumpli bił!

 

Zrobiono nam kiedyś apel mundurowy i jakiś major „dorypał” się do chłopaków z kompanii, że mają zdeformowane czapki, że pasy noszą na nabiałach… - Dlaczego nie bierzecie dobrego przykładu?! – zagrzmiało majorzysko i wskazało na mnie. Osłupiałem. Po apelu Maciek zazezował na mnie i zapytał: Dlaczego sobie nie wymodelujesz czapki?...

- Przecież już wymodelowałem!

- E tam – daj mi ją, to ci zrobię jak trzeba.

Oglądał tę moją „czapeczkę” dłuższy czas, po czym stwierdził:

- No, kurwa, i jest wymodelowana!... To dlaczego nam tobą w oczy świeci, zwłaszcza że pas masz też na właściwym miejscu?

- A skąd ja mam wiedzieć? – może mu się, kuźwa, podobam? Hyhyhy!...

 

W naszej rusznikarni powstawały cudeńka, zwłaszcza sztucery dla armijnych VIP-ów. Szczegółów nie pamiętam, ale to bodaj Józek Krystosek wprawiał w zachwyt wspaniale wykonaną snycerką. „Ggotowca” i mnie na dokładkę zabierał kapitan Chodurski na strzelnicę, żeby ustawić przyrządy celownicze na właściwym miejscu. Podczas jednej z takich strzelniczych eskapad kap. Chodurski nałożył odpowiednią lunetkę celowniczą i kazał mi strzelać z jej wykorzystaniem. A ja chciałem na gorąco podejrzeć proces powstawania otworów w tarczy i przylgnąłem okiem do lunetki.

Strzał… Dostałem potężnego kopa w oczodół, dookoła którego natychmiast zaczął się tworzyć obrzęki w barwach dojrzałych śliwek. Po powrocie na kompanię Maciek pierwszy zauważył moją nową „ozdobę” i natychmiast przywlókł skądś środki na okłady. Robił mi te okłady, a przy okazji pokpiwał: Przyznaj się, Kazik. Nie wykonałeś strzelania i Chodurski cię skopał… co?

Takich anegdotek mam w pamięci sporo. Ale zamknę swoje wspomnienia oczywistą refleksją: to był świetny kumpel. Szkoda, że nie zdążyłem Go odwiedzić w tym jego Zawierciu.

 

Kazimierz Jakubowski

 

 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


Licznik odwiedzin:  52 327  

O moim bloogu

Opinie, polemiki, felietony, zapiski podróżne.

O mnie

Praca: do niedawna prowadził prywatną działalność gospodarczą, był współwłaścicielem Gazety Ziemi Namysłowskiej, przez pewien czas pełnił obowiązki red. naczelnego w namysłowskim „Magazynie Powiatowym”, był redaktorem w „Panoramie Opolskiej”, redaktorem technicznym w „Gazecie z Głogówka:” reporterem Radia SUD, jest mlodszym instruktorem w Namysłowskim Ośrodku Kultury, opiekunem KMT „Wena”.
Wyróżnienia: Dyplom honorowy wojewody opolskiego za aktywną działalność na rzecz rozwoju ruchu artystycznego i społeczno-kulturalnego, 25 dyplomów i listów gratulacyjnych za prace w upowszechnianiu kultury w lokalnym środowisku, 16 nagród i wyróżnień literackich, 3 wyróżnienia w ogólnopolskich konkursach recytatorskich (w tym srebrna i brązowa odznaka recytatora), dyplom uznania jednostki wojskowej (!), list pochwalny za pracę zaopatrzeniowca i magazyniera w ZRB MZEAS... i Medal XXXX lecia PRL (sic!)... Tego typu wyróżnień jest dużo więcej, ale kto by to liczył.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 52327