Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 277 249 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


LORD OF THE DANCE NA DWIE KLAWIATURY

czwartek, 16 maja 2013 0:14

 

KLAWIATURA PIERWSZA

Kilka dni temu, w sobotę dwunastego maja A.D. 2013 roku spełniło się kolejne z moich marzeń typu: „Zobaczyć Neapol i umrzeć" (z tym, że warto teraz pamiętać o tym, iż Neapol obecnie tonie w śmieciach i straszliwie śmierdzi, a miastem włada okrutna mafia neapolitańska - camorra i rozsądny człowiek raczej omija to miasto szerokim łukiem). Po siedmiu latach fascynacji tańcem irlandzkim, czyli wielkim show „Lord of the Dance" jakie wymyślił i do którego choreografię opracował genialny Michael Flatley, pozwoliłem  poddać się wirusowi i po prostu pojechałem do Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu na oryginalne widowisko, które wreszcie znowu przywędrowało do naszej umiłowanej ojczyzny.

 

 

Muszę wspomnieć, że bakcyla fascynacji Michael’em Flatley’em wszczepił we mnie mój przyjaciel Andrzej Krok, który to widowisko pokazał mi na DVD w 2007 roku, kiedy przebywaliśmy w jednym z sanatoriów naszej umiłowanej Polski lecząc się ze służalstwa i patriotyzmu, a szukając czegoś takiego jak szczerość, uczciwość, koleżeńskość, praca dla drugiego człowieka - bezinteresowna praca.

Do Zabrza wybrałem się z genialnym namysłowskim literatem i poetą oraz bardem Panem Kazimierzem Jakubowskim. Należy dodać, że dzięki autostradzie A-4 i genialnie dokładnym wskazówkom przyjaciół z Zabrza dojazd trwał tylko dwie godziny i był bardzo prosty. Wokoło Domu Muzyki i Tańca rozstawione były służby porządkowe, które kierowały na parkingi wokół budynku  - owe służby były bardzo profesjonalne. Na miejscu można napić się wszystkiego - od kawy i wody mineralnej poczynając, a na winach i whiskey kończąc, co jest ważne w takich podróżach, tak dla pasażerów jak i kierowcy, bo wzmaga to poczucie jedności, wspólnoty i czyni ogólną wesołość!

Jeśli chce się kupować gadżety w rodzaju płyt, koszulek czy „inszych” breloków, to należy się liczyć z cenami zdecydowanie na kieszeń prawdziwych europejczyków - mam tu na myśli rodowitych przedstawicieli tak zwanej „starej Unii".

Show rozpoczęło się punktualnie o godzinie szesnastej i od razu stwierdziłem, że oglądanie widowiska na żywo jest setki razy bardziej podniecające i wciągające niż na DVD, czy choćby w kinie. Od razu czuje się tą jedność z tańczącymi i nogi pomiędzy fotelami po prostu „chodzą same”, a ręce wyrywają się bez udziału świadomości do braw, aż trzeba uważać, aby nie przeszkadzać współuczestnikom tego szaleństwa.

Nie rezygnowałem z obserwacji reakcji innych widzów i widziałem na ich twarzach jeden wielki niekłamany zachwyt. Już od początku obu nas (mnie i Pana Kazimierza) urzekła tancerka odtwarzająca w tej akurat obsadzie rolę elfa - dobrego duszka, która w stosunku do swoich poprzedniczek z innych lat była bardziej, figlarna, lekka, a jednocześnie walcząca ofiarnie o swoją wizję świata, czyli o panowanie dobra i miłości. Z drugiej strony ciekawie jest ujęty problem zła w widowisku Michaela Flatleya, bo zło wydaje się być silne, kuszące i zdecydowane. Pokazane ono jest takim jakim jest w rzeczywistym ludzkim świecie, choć widowisko ma koncepcję baśni. Do polskich odbiorców zapewnie przemówiły kostiumy w jakie byli ubrani artyści wykonujący tańce sił ciemności, przypominające milicjantów z ZOMO, albo obecnych funkcjonariuszy zabezpieczających mecze piłkarskie w tak zwanych „żółwiach” czyli prawie pancernych mundurach mających chronić ich przed kibolskimi kamieniami.

To co napisałem przypomina mi jednocześnie, że trudno dziś już zauważyć co to jest dobro a co zło i jak je rozpoznać. Widowisko jest szalonym tańcem niczym współczesne życie, ale dobro i zło jest jasno w nim określone i bawiąc się jednocześnie myślimy nad treścią i podświadomie skłaniamy się jednak ku dobru - więc tak zwany plan Boży wydaje się przemyślany i dobrze jesteśmy zaprogramowani, choć jest jednak w nas ziarnko podatności na zło. Przed oczami przez prawie dwie godziny migały nam najprzeróżniejsze układy taneczne powodujące stały wzrost adrenaliny i przyspieszony puls. Podziw we mnie narastał z każdą sekundą, bo kunszt tancerzy przerasta wszystko, co sobie można wyobrazić. Są momenty, że chciało by się wyrwać z fotela i poszaleć na scenie. Gracja i jednoczesna perfekcja ich ruchów przypomina doskonałość pracy skrzydeł kolibra czy motyla.

 

 

Mam podziw dla idealnej sprawności i perfekcji tancerek i tancerzy i genialności proporcji ich wyćwiczonych ciał. Tancerki i tancerze są szczupli, ale jędrni! W przeciwieństwie do modelek, tancerki nie są wychudłe i nie budzą we mnie obrzydzenia. One się nie głodzą, a myślę, że wręcz przeciwnie - muszą „solidnie” jeść by wytrzymywać kilkugodzinne treningi każdego dnia.

Piękne i przemyślane są kostiumy, i współgrające z nimi światła oraz sekwencje dziejące się na trzech ustawionych za tancerzami ekranach. Doskonale dobrana jest siła głośników, z których bijąca muzyka przenika widza i powoduje, że rozchodzi się ona w naszym ciele, wprawiając je w nieziemskie wibracje.

Genialne są dwie skrzypaczki uczestniczące w widowisku - jedna z nich jest Hiszpanką, a druga Irlandką. Nie dość, że grają znakomicie, to jednocześnie świetnie tańczą. No i ta pieśniarka, która niczym Adelle nie musi dbać o kondycję i ma oddech bardzo szeroki. Zwróciły też naszą uwagę elementy choreografii pokazujące, że tańce celtyckie można zatańczyć współcześnie i są one dla każdego - dla bardzo młodych ludzi, ale i bywalców klasycznych klubów tańca.

Podsumowując: uważam, że taka porcja piękna, emocji, ekspresji, cudownej muzyki należy się każdemu człowiekowi przynajmniej raz w miesiącu, a bylibyśmy mniej nerwowi, bardziej uśmiechnięci. Mielibyśmy o czym rozmawiać.

Takie wyjazdy dają też okazję do spotkania ze znajomymi i rodziną oraz przyjaciółmi, którzy mieszkają w takich miastach jak Zabrze, Poznań, czy Wrocław, do których dociera wysoka kultura bardzo często! Tego, dostępu do wszelkiej, światowej kultury im zazdroszczę. Tej różnorodności każdego dnia, w którym nie wiadomo gdzie iść!  Ktoś powie: drogo? No, bez przesady -  paczka papierosów dziennie, to razem cztery stówki, a to jest razem na cztery światowe gwiazdy wszelkiej sztuki w miesiącu!

Powrót był pełen emocji i pięknych rozmów, a ile jeszcze opowiadaliśmy w domach, a ile jeszcze się naopowiadamy rodzinie i znajomym! Namysłów to jednak głęboka prowincja! No może za wyjątkiem Karlińskiego, Kurowskiego, Jakubowskiego, Wenian... ale tu się takich rodzynków, gwiazd, artystów, geniuszy nie szanuje... i, jak powiada opiekun Weny: nawet nie wiadomo, komu za to dać po mordzie.

Mk

 

 

KLAWIATURA DRUGA

Do powyższej wypowiedzi, pełnej emocji i zauroczenia niewiele już mogę dodać – ale też i nie jest to potrzebne. Ograniczę się zatem do kilku ciekawostek…

Znawcy irlandzkiego tańca twierdzą, że już ponad 100 milionów ludzi w siedemdziesięciu krajach i na każdym kontynencie widziało Lord of the Dance - międzynarodowy fenomen tańca irlandzkiego. Ten pokaz tańca powstał w 1996 roku w Irlandii i grupa genialnych tancerzy od siedemnastu lat zapełnia sale teatralne, areny i stadiony.

Michael Flatley został wpisany do księgi rekordów Guinnessa za posiadanie „najszybszych nóg na świecie” – jego wynik to 35 uderzeń stopą na sekundę. To jest trudne do wyobrażenia. Od 1996 roku  Flatley piastuje stanowisko dyrektora artystycznego Lord Of The Dance.

Jedna z grup należących do Lord Of The Dance nieprzerwanie przez pięć lat występowała w Las Vegas, gromadząc na swoich występach dwa miliony widzów.

Nowe opracowanie to wspaniała scenografia, wysokiej rozdzielczości olbrzymie ekrany LED, które umożliwiają lepsze doznania wizualne, ponad 600 przepięknych kostiumów i spektakularne oświetlenie! Dlatego spektakl Lord of the Dance to przygoda, która z pomocą bajecznych obrazów i pięknych dźwięków, przenosi publiczność do mitycznych miejsc, podnosi na duchu i zdobywa serca wszystkich, którzy tego doświadczają.

 

 

Historia opowiedziana w spektaklu to oparta na folklorze irlandzkim klasyczna opowieść o walce Dobra ze Złem, wyrażona poprzez uniwersalny język tańca. Mały Duch podróżuje w czasie, aby pomóc Panu Tańca chronić swój lud od ataków Don Dorcha, Pana Ciemności. Jednak bitwy i starcia przeplatają się z wątkiem miłosnym, pełnym wzlotów i upadków, namiętności i dramaturgii, a wszystko to w rytm pięknej, celtyckiej muzyki.

Występ w Lord of The Dance to marzenie każdego tancerza tańca irlandzkiego. Udaje się to jednak tylko nielicznym, ponieważ warunki naboru są niezwykle surowe. W zespole tańczą absolutnie najlepsi tancerze z całego świata. Bez mistrzowskiego tytułu o występach w Lord of the Dance nie ma co marzyć. A i tak po przyjęciu trafiasz na początku do składu rezerwowego i czekasz na swoją szansę.

Choć 90 procent ekipy to Irlandczycy, Brytyjczycy i Amerykanie, to w zespole, który przyjechał na występy do Polski, jest pierwszy i jedyny Polak, któremu udało się trafić do składu, Michał Piotrowski, kilkukrotny mistrz Europy. Praktycznie wszyscy nowo przyjmowani do widowiska tancerze to Mistrzowie Świata w tańcu irlandzkim? Niektórzy wielokrotnie wywalczyli sobie miejsce na podium. Nie wystarczy jednak być Mistrzem Świata by mieć akces do tego widowiska. Każdy bezwzględnie musi przejść rygorystyczne przesłuchania, a później pracując pod okiem jednego z najbardziej rygorystycznych sędziów tańca irlandzkiego utrzymać wysokie standardy widowiska. Dlatego Lord of the Dance to kunszt taneczny i doświadczenie sceniczne absolutnie fenomenalne, porażające, nie mające sobie równych!

Elementy spektaklu krążą wokół nas w najprzeróżniejszych formach. Oto wspaniały i jedyny w swoim rodzaju zespół The Dubliners śpiewa piosenkę opartą na wątku melodycznym z Lord of the Dance – tu dodaję odpowiedni link na You Tube: http://www.youtube.com/watch?v=yHRdYm4buaI  Tam znalazłem szantę „Tańcowanie”

http://www.youtube.com/watch?v=DauuGbKzPFI 

ale jakoś zbyt dopracowana jest, to wkleję inną… Od ust sobie odejmę, a wkleję - poniżej jest odtwarzacz - "odśwież" jeśli nie widać:

 

 

KaJ

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

MADE BY DOROTKA

wtorek, 12 marca 2013 6:51

 

 

Galeria „drobiazgów” produkowanych przez Dorotkę z Zabrza znowu znacznie się powiększyła – nie zmieniła się jedynie technika wykonywania, materiał wyjściowy i powód powstawania owych sympatycznych różności.

 

 

 

 

- Wszystkie przedmioty wykonane są ręcznie, z wykorzystaniem różnych technik – opowiada Dorotka. - Materiały które wykorzystuję, to głównie bawełna, filc, polar, mikrofibra. Szyję na specjalne okazje i zupełnie bez okazji, za to z myślą o tym, by wywołały uśmiech :) Zainteresowanych proszę o kontakt: mandelane@gmail.com

 

 

 

Tylko kilka produktów „Made by Dorotka” zamieszczam – więcej można pooglądać tutaj:

https://picasaweb.google.com/117537484706225260138

 

Kaj


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

POŻEGNAŁEM PANIĄ WISŁAWĘ

środa, 29 lutego 2012 13:53

 

Pojechałem do Krakowa! Jechałem z synem, więc podróż na jego życzenie odbyła się pociągiem PKP spółki Intercity - wersja TLK. Ogólnie: Polskie koleje są bardziej konserwatywne od Watykanu. Ciepło było w przedziale, to muszę przyznać. Podróżowaliśmy w towarzystwie, jak się przedstawili, pana dokumentalisty filmowego i socjolożki-humanistki. Pan zachwalał hotel Gołębiewski w Karpaczu (300 złotych za dobę) i narzekał, że takie małe obłożenie, za tak niewielkie pieniądze. Pani mu przytakiwała. My milczeliśmy jak marmury na cmentarzu rakowickim. Pan wysiadł w Katowicach, wprzódy wyśmiawszy Zieloną Wyspę pana Tuska. Fakt mimo kryzysu na Zachodzie to na tle ich gospodarek wyskok z tą zieloną wyspą brzmi trochę gorzko! Zostaliśmy z socjolożką do Krakowa. Pogawędziliśmy miło o magiczności tego miasta. Pani poszła do WC i powróciła wstrząśnięta i zmieszana. Powiedziała, że okno w WC jest otwarte i tam jest minus 20, muszla jest kompletnie zasrana, a wody nie ma w kranie. I tu zrozumiała dlaczego Polacy mają takie sukcesy w gimnastyce sportowej, a nie mają w gimnastyce artystycznej. Po kawie przycisnęło ją, więc dokonywała swoistych cudów zręczności by swoje zrobić i nie spaść z odrzyzganej deski klozetowej. Poszedłem potem i ja - nic dodać, nic ująć. Innym fantastycznym przeżyciem tej podróży były stale wylatujące przesuwane drzwi z przedziału przed nami. Z hukiem co jakiś czas opierały się o ściany korytarza, a zdumieni pasażerowie je usiłowali włożyć powrotem w szyny. W końcu opuścili przedział, a kierownik pociągu wyjął je i położył na podłodze w przedziale, opierając o fotele. Pociąg pojechał też przez Sosnowiec, nie przez Mysłowice, bo jakimś cudownym ruchem górotworu nastąpiło zbliżenie torów do siebie i dwa pociągi klasy TLK nie wyminą się! Tylko żółtki się mieszczą! I niech mi Pan powie, że podróże nie kształcą i nie są zadziwieniem nad niesamowitością dzieła Pana Naszego!

Dojechaliśmy do Krakowa bez szwanku jednak. Poszliśmy na cmentarz rakowicki i prosiliśmy Krakusów, by pokazali nam groby Wojtyłów i Marka Grechuty, ale nikt, ale to nikt nie wiedział pomimo gęstniejącego tłumu ze względu na pogrzeb pani Wisławy Szymborskiej. Spacerowaliśmy więc alejami cmentarnym pośród pięknych grobowców i historii, bo to grobowce najsławetniejszych krakowskich rodów, uczonych, lekarzy, polityków i ludzi kultury. Następnym razem wybierzemy tam się z przewodnikiem. Udało nam się trafić w końcu na grób Marka Grechuty i złożyć mu hołd z zadumy i modlitwy.

Punktualnie o 12-tej rozpoczęła się ceremonia pożegnania pani Wisławy. Przeniesiono urnę z prochami z kaplicy na specjalne miejsce w asyście orderu Orła Białego, prezydenta Komorowskiego wraz z małżonką, premiera Tuska wraz z małżonką, marszałka sejmu pani Kopacz oraz marszałka senatu pana Borusewicza. Ceremonia pożegnania miała charakter świecki i przewodniczył jej mistrz ceremonii. Zaraz po rozpoczęciu oddał on honor prowadzenia uroczystości aktorowi panu Andrzejowi Sewerynowi. Potem nastąpiły przemówienia pożegnalne, krótkie i bez zadęcia. Po kolei mówili: Prezydent Polaków, Prezydent Krakowa - pan Majchrowski, najbliższy przyjaciel zmarłej - poeta Adam Zagajewski i sekretarz poetki  - pan Rusinek. Spodobały mi się słowa pana Zagajewskiego, który powiedział, że Wisława Szymborska niosła w świat ponadczasowe wartości - otwartość, tolerancję i zrozumienie dla innych poglądów i postaw. Zaraz po tym mistrz ceremonii i ci którzy zechcieli tu być, odprowadzili prochy do grobowca rodzinnego, w głąb cmentarza. Zapaliliśmy z synem znicz w specjalnym miejscu ze zdjęciem pani Wisławy.

Cieszę się, że byłem ją pożegnać, choć ona nigdy nie zostanie wymazana z pamięci - taka jej przewaga nad bóstwami. Potem nas poniosło i postanowiliśmy zabawić się w lokalną cyganerię i poszliśmy śladem Boya, do Jamy Michalika. Oczywiście jest drogo, ale to malarstwo młodopolskie wewnątrz tworzy piękny klimat. Piękne rzeźby i wewnętrzne witraże. Było miło tam odmarznąć.

Teraz informacja praktyczna, bo potem włóczyliśmy się uliczkami centrum i stwierdziliśmy, że jest tam cała masa knajpek na każdą, normalną i snobistyczną kieszeń! Przy tym smaki całego świata.

Wleźliśmy też na Wawel, a jakże! Poszliśmy się energetycznie naładować  w miejsce czakramu wawelskiego, jednego z siedmiu najbardziej naładowanych pozytywną energią miejsc na świecie. Na koniec znowu włóczyliśmy się ulicami centrum, lubimy ich klimat.

Powrót był z znowu z TlK. Pociąg jechał z Przemyśla więc w Krakowie toaleta była już kompletnie zasrana. Za to towarzystwo miłe w przedziale, dwie panie - aptekarka i rehabilitantka szpitalna - osoby młode i cieszące się, kiedy ich praca przynosi pozytywne efekty. Mówiły o tym, że ludzie potrafią być mili i szczęśliwi, i wyrażać radość z życia. Bywają i ci zniechęcający, ale tym większa jest radość, kiedy uda się wzbudzić w nich radość, chęć do życia i ukryte gdzieś głęboko pokłady dobra. W sumie miła podróż. Pięknie było znowu być w Krakowie i cieszyć się z bycia z ludźmi.

No i te precle!

M.K.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

O MOSZNEJ PO RAZ DRUGI

środa, 29 lutego 2012 5:28

 

 

Jestem po radosnej lekturze filmu Naniego Moretiego „Habemus Papam”, z Jerzym Szturem w jednej z głównych ról. Dobry film, na wesoło, mówiący o tym, że papiestwo jest niedostosowane do wymogów współczesności, a jednocześnie pokazujący, że nie jest ono fanatyczne jak Islam, bo żaden aktor nie został zabity (czy np. reżyser). Tłumy wariatów nie wyszły na ulice krzycząc: krwi, krwi!

Dzisiaj chcę jeszcze raz wrócić do Mosznej, nim swoimi oczami przedstawię inne miejsca jak i okolice Namysłowa. Na pewno w żadnym przewodniku nie znajdziemy baru „U Róży", mieszczącego się przy drodze do zamku, naprzeciw kościoła i nikomu nie przeszkadza, że bar jest 10 metrów od domu Boga! A podają tam przepyszne obiady. Zasmakowały mi placek po śląsku i rewelacyjna golonka! Skoro już o jedzeniu, to polecam spacer wzdłuż stadniny koni, przez las, a potem polami; w sumie jakieś dwa kilometry prosto do cukierni „Pela” przy trasie Opole-Prudnik. Jest tam wybór najsmaczniejszych ciast na Opolszczyźnie. Zwłaszcza warto być przed południem, kiedy jeszcze nie zostały rozprzedane! Pieczywo również wypiekają ponadczasowe i tak smakowite, że nawet kobieta może przestać smakować. Po zwiedzaniu zamku i parku oraz stadniny, jeśli nie u Pani Róży, to warto wybrać się trzydzieści kilometrów dalej i przekroczyć granice w Trzebinie, by dwieście metrów za granicą po lewej stronie zaparkować samochód i udać się do czeskiej wiejskiej gospody, gdzie dają genialne sery smażone i knedle. Co ważne: w przypadku czeskiej gospody i baru Pani Róży porcje są naprawdę sycące, a cena przystępna! Rozpocząłem od kulinariów, bo to ważne w przypadku całodniowej wycieczki. Te lokale, które opisałem polecam w cimno, jak to się mówi.

Przejdźmy teraz do zwiedzania. Będąc w stadninie w Mosznej warto zapytać przewodnika o oryginalne powozy z czasów świetności rodu Tiele-Winklerów, które prawie nie są pokazywane. Na terenie stadniny znajduje się piękna w cztery szeregi aleja kasztanowa, która na południu stadniny przechodzi w równie urodziwą aleję dębową. Po prawe jej stronie od wiosny do późnej jesieni podziwiać możemy fotogeniczne, piękne konie. Z lewej jej strony znajduje się hipodrom, na którym trzy razy w okresie wiosenno-letnim odbywają się zawody. Aleję dębową kończy brama gladiatorów. Postacie gladiatorów w roku 2011 poddane zostały gruntownej renowacji i obecnie wyglądają bardzo dumnie. Znowu obaj wojownicy mają miecze. Tu mała ciekawostka, którą przy piwie zdradził mi pewien autochton, a mianowicie kiedyś pod bramą znajdował się kamień upamiętniający datę umieszczenia na cokołach postaci, a teraz ma on spokojnie cieszyć oko jednego z miejscowych gospodarzy. Mój rozmówca powiedział mi, że może to i dobrze, bo inaczej by go i tak ukradli! Za bramą gladiatorów przekraczamy drogę Krapkowice-Prudnik i zaraz po jej drugiej stronie natkniemy się na zarośniętą linię kolejową Prudnik-Gogolin, którą właściciel zamku w Mosznej wybudował, by móc u siebie gościć cesarza Wilhelma. Przypuszczam, że zarośnięte dziś szyny są oryginalne z początku dwudziestego wieku. No a gdybyśmy się przeszli wzdłuż asfaltówki, to trafimy na znak miejscowości Moschen i Moszna; jak któryś jest zamalowany to znaczy, że ta nacja chyba jest górą, ale pewien nie jestem.

 

 

No dobrze, ale wracajmy gdzie byliśmy. Przekraczamy tory i idziemy pięknym leśnym duktem. Po kilkuset metrach napotkamy głęboki rów melioracyjny z mostkiem kamiennym. Za mostkiem po lewej stronie zejdźmy w las i po kilku krokach trafimy na samotny grób. Wspomniany wcześniej tubylec opowiedział mi smutną historię. W 1945 roku, kiedy armia hitlerowska wycofywała się z tych ziem, w zamku znajdował się lazaret. Do jego ochrony pozostawiono około dziesięciu żołnierzy. Czerwonoarmiści mieli ich wybić oprócz jednego, który uciekł do lasu i tam się  ukrywał żywiony przez miejscowych. Ale w marcu 1945 roku jeden z nich postanowił zaistnieć u czerwonoarmistów i zdradził miejsce pobytu bardzo młodego Niemca, i krasnoarmiejce szybko zastrzelili go, i tam został pochowany.

 

 

Powiedziano mi również mi, że w ostatnich latach, kogoś ruszyło sumienie i grób jest zadbany i często tam świeci się znicz! Kiedy wrócimy na leśny dukt, to powędrujemy na południe. Pobocze drogi leśnej wysadzane jest kasztanowcami, dębami i bukami. Wkrótce napotkamy dwa jeziora - pierwsze po prawej stronie. Proszę zwrócić uwagę jak purpurowy winobluszcz wspina się tam po wysokich dębach kłaniających się tafli spokojnej wody. Jakież to piękne zmieszanie purpury z zielonością liści, która jesienią przechodzi w żółć, pomarańcz, a na końcu w brąz. Warto obejść to jeziorko i ze ścieżki przyglądać się bagnom wokół jeziorka. Zieloność krzaków, drzew, wysokich traw na tle wody… to robi wrażenie, a gdy świeci słońce to tworzą się niesamowite zorze świetlne.

Idźmy  dalej drogą i zaraz będzie drugie jeziorko, tym razem po lewej stronie. Nad nim znajdował się przepiękny domek myśliwski z drzewa modrzewiowego, w którym po polowaniu wypoczywał cesarz ze śląskimi notablami. Domek około lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku został rozebrany przez miejscowych i może jeszcze gdzieś znajdziemy jego wyposażenie w tutejszych domostwach. Po prawej stronie od jeziorka znajdują sie kamienne pozostałości spiżarni, w której przechowywano upolowane zwierzęta. Idąc dalej przez las dojdziemy do wioski Urszulanowice - i tu odbijamy w lewo i kierujemy się do Mosznej. Kiedy będziemy mijać po prawej stronie leśniczówkę zwróćmy uwagę na kilkudziesięciometrową tuję przy bramie leśniczówki, jest okazała, piękna. Na początku Mosznej polecam przyjrzeć się ogromnej hodowli bażantów i kuropatw.

 

 

Asfaltem dojdziemy do drogi Prudnik-Krapkowice. Przekraczamy ją i kierujemy się na zamek. Na jednej z wież zamku widzimy kościotrupa, bo każdy zamek musi mieć swoją nieszczęśliwą miłość. To raczej nieprawda - prawdziwym i odwzajemnionym uczuciem za to miała darzyć jednego z panów na Mosznej guwernantka rodu Winklerów i pochowana jest w mauzoleum na północy posiadłości, hen za aleją lipową, ale później jej nagrobek został przez rodzinę kochanków usunięty. Zapalmy więc znicz i pomyślmy o niej będąc na terenie mauzoleum. Siedem kilometrów od zamku w Mosznej znajduje się zniszczony, a pierwotnie również piękny zamek w miejscowości Dobra. Właściciele zamku byli antyfaszystami, a sama głowa rodu miała walczyć pośród aliantów. W zamku mieszkała jego żona. kiedy gestapo jechało do posiadłości pani pałacu wyskoczyła z wieży ponosząc śmierć. Ten pałac również otacza piękny park, aleja platanowa i ma tam się znajdować pewne egzotyczne drzewo, którego nazwy nie zapamiętałem, ale ma to Bryc jedno z dwóch w europie - drugie ma znajdować się na wyspach brytyjskich. Z zamku w Mosznej kuracjusze mają być przekwaterowani do nowoczesnego blokhauzu na bagnach za unijne pieniądze, a sam zamek obecnie złośliwie nazywany jest sebestówką, że onen marszałek tam hotel-pomnik chce sobie siedmiogwiazdkowy zafundować, dla obrzydliwie bogatych spleśniałych kapitalistów polskich i unijnych. Pono dlatego śląskiemu biznesmenowi Jopkowi ciągle pod górę z renowacją Dobrej, bo władza opolska nie chce mieć konkurencji. Ale to przecież tylko ludzkie języki.

M.K.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

DWUKROTNY KRÓL MOSZNEJ

wtorek, 15 listopada 2011 19:33

 

Wróciłem z Mosznej, więc tam nie przezimuję. Pomogę chętnie przy stolikach „do Poetyckich Andrzejków”. Może coś upiekę!!! Wreszcie muszę u Was być!

No, ale dzisiaj wrócę jeszcze w rejony bajkowego zamku. To mój ląd, w którym nabieram sił by eksplodować ciepłem, upierdliwością, ironią i wredotą! Tak, mógłbym tam przezimować i taką propozycję dostałem - ale po co, jak można powkurwiać bliżnich. Jak Pan to powiedział,  trzeba komuś przypierdolić od czasu do czasu dla własnego komfortu, bo prawdą jest, że my sami się katujemy okrutnie, a i bracia i siostry w Panu tym czy innym nam przypierdolsów nie szczędzą.

 

Jedenastego pażdziernika wchodząc do zamku (a lało jak cholera) dostrzegłem po lewej stronie przy stadninie wspaniałe jesienne kolory azalii. Od żółci, przez pomarańcz, brąz po buraczyzm odleciany, a to wszystko w niezliczonych deseniach. Jeszcze tego samego dnia przyjrzałem się wokoło zamkowym różom. Kwitły z niesamowitym rozmachem i tak było, pomimo przymrozków do dnia mego wyjazdu, a było to już w zaawansowanym listopadzie. Poszedłem dalej w park usłany trzechsetletnimi lipami. Nad kanałami wodnymi pełnymi kaczek (kaczek! - powiadam) rozmodlone prawie dziewięciometrowej wysokości rododendrony uderzały ciemnością swej zieleni, bo na tle żółtych liści lip i dębów zieleń ich wręcz biła w oczy. Następnego dnia apartament cesarza Wilhelma w którym mieszkał przyszły król zamku, czyli ja (piszę prawdę), oświetliło jaskrawe słońce i ukazała mi się łąka prowadząca do północnego jeziorka. Jej zachodnią i wschodnią ścianę stanowią jesienią drzewa, usłane w niesamowitej barwy liście o kolorach, które wymieniłem przy okazji słania zachwytów azaliom. W słońcu to efekt taki, że gardło ściska. W dzień boga Słońca kiedy inni szli chwalić ludzi, ja poszedłem nad owe jeziorko i chwaliłem przyrodę, i pozwoliłem się jej uwieść. Około jedenastej w słońcu było chyba ze 20 stopni celsjusza. Przypatrując się tafli wody zwróciłem uwagę na efekty świetlne jakie powstawały w magicznym połączeniu duetu słońce i woda! W pewnym momencie zauważyłem, że drzewa  i tataraki robią też swoje i w zależności jak się ustawić widoki były coraz lepsze. No i jeszcze do tego doszedł motyl bardzo kolorowy, który siadł mi na ramieniu. Pewnie już spał i jego zadaniem było przetrwać zimę, ale nie mógł sobie odmówić tego co i ja widziałem i czułem.

 

W lesie otaczającym wodę oko moje wypatrzyło gąski, czerwone muchomory, opieńki i różne kolonie grzybów, które na uschłych konarach tworzyły warte zapatrzenia kształty. W kolejne dni wyruszałem polnymi i leśnymi duktam na piesze i rowerowe wycieczki w poszukiwaniu okazów dla uczty ocznej i duchowej! Dodam z praktycznego już punktu widzenia, że wszystkie one są znakomicie oznakowane, a ich mapy za darmo dostanie ewentualny roweronik-wędrownik na parkingu niedaleko zamku. To kraina kilkusetletnich dębów, buków, kasztanów, olch, brzóz, sosen w kilku odmianach, świerków, daglezji. U ich stóp stada orzechów laskowych, które jeszcze w pażdzierniku zbierałem i zajadałem się nimi. Buki porzuciły już swe orzeszki i też podjadłem trochę dzikom i sarnom.

 

Włócząc się godzinami po lasach spotykałem niesamowiicie wielkie i kształtne okazy dębów, lip, buków. Wspaniałe huby obdarzone naprawdę kolorami, których opowiedzieć się nie da, w każdym razie zaleciłbym je stlistom mody i stylistom od farb! Zwróciło moją uwagę, że 18 i 19 wieczni leśnicy z premedytacją obsadzali dukty kolorowymi dębami, klonami i kasztanowcami. I chwała im za to, bo dziś to niesmowity raj dla duszy człowieczej.

 

Niektórych zapewne porazi ta cisza, która jest w lesie! Na początku może się tego wystraszą, ale w takich warunkach można odkryć w sobie zapomniane człowieczeństwo, które nawet w takim miasteczku jak Namysłów odebrała nam cywilizacja, religia. Kultura chyba nie!?... Jeśli ktoś idzie w kulturę to siłą rzeczy walczy z sobą, z konformizmem i popcornem! Za to cierpi - i koniec końców trafi do zamku w Mosznej. Tam tylko utwierdzi się w swej odrębności i że woda życia nie istnieje, ale warto po nią iść!

 

 

Na koniec tej krótkiej opowieści o przyrodzie, krótka anegdotka o ludziach w kontekście Mosznej. Pewna bliska mi osoba namawiała mnie intensywnie bym podjął się „samorealizacji" w pewnej branży, którą ona uznała za świetną dla mnie! Bo ona mnie w tym widziała. Wierciła mi dziurę w brzuchu kilka miesięcy, choć ja wolałem by mi... (mniejsza o to)! W końcu rozesłałem prawie 40 życorysów (ku..a, życiorysów, a nie jakichś poryćkanych CV, no i otwartym tekstem wyrypałem w osiągnięciach szczególnych „DWUKROTNY KRÓL MOSZNEJ”, tym sposobem żaden z ewentualnych pracodawców się nie odezwał. Bo to buraki są ukształtowane ze schematów i uprzedzeń! Zakończmy to pisanie pewnym tekstem zainspirowanym wiadomością w dzienniku.


Myśleli cicha i piękna jak wiosna
Nie rozumieli gdy pomoc niosła
Pogodna pełna energii, uśmiechu
Słyszała ostre tępotą języki zza pleców

Wieś tak zwana spokojna polska
Wierna kościołowi wszechpolska
W tym kraju raju znalazła się ona
I jej wiara niczym nie zmącona

Kolejna wiosna, kolejne szczęście
Zauroczenie miłość w końcu zamęście
Noce i dni w rozkoszy i namiętności
I znowu wiosna - i owoc miłości

Chłopczyk błękitnooki - lecz lekarz powiedział
że chory i nic nigdy nie będzie wiedział…
Załkała zęby w wargi wbiła
lecz mocno synka przytuliła

Klasyczna „miłość" klasyczne słowa
Oddaj do przytułku syknęła teściowa
Przemilczała tuliła i bardzo kochała
Rosła miłością choć w nocy nie spała

Na chór - bo tam w kościólku grała -
Swym głosem niedzielę rozanielała
A suszki różańcowe, że tak się nie godzi
To coś na pewno szatan zrodził

Ochrzcić przyszła w niedzielę dziecinę
Proboszcz miał zatroskaną minę
Sakramentu nie uczynię nie umiem
On w nim się nie przyjmie, on tego daru nie zrozumie

Córko gdyby Bóg tak chciał
To by mu na miejscu wszystko dał
Jam jest głos Boga
Niech nie kala kościelnego proga

Dziś to szczęśliwa żona-matka
Dla wolnego świata wielka gratka
I na szczęście już żadnej niedzieli
W progach ciemnego grodu jej nie widzieli


Tak, lepiej jest pisać o przyrodzie, nawet jak nieprzewidywalna, bo to nie boli. No więc ten tekst jest takim przy….niem ale wpełni za niego biorę odpowiedzialność i przypierdalam w hydrę, w siedmiogłowego smoka, na (...) wzgórzach rozpasanego, który niewoli duszę, pustoszy rozumy i okupuje całe narody.

 

Panu zdrówka (i sił by prz..ebać!)!

 

 

MK

 

Polecam galerię zatytułowaną „Powróciłem z Mosznej” – jam ją uczynił ;)

MK


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


Licznik odwiedzin:  52 314  

O moim bloogu

Opinie, polemiki, felietony, zapiski podróżne.

O mnie

Praca: do niedawna prowadził prywatną działalność gospodarczą, był współwłaścicielem Gazety Ziemi Namysłowskiej, przez pewien czas pełnił obowiązki red. naczelnego w namysłowskim „Magazynie Powiatowym”, był redaktorem w „Panoramie Opolskiej”, redaktorem technicznym w „Gazecie z Głogówka:” reporterem Radia SUD, jest mlodszym instruktorem w Namysłowskim Ośrodku Kultury, opiekunem KMT „Wena”.
Wyróżnienia: Dyplom honorowy wojewody opolskiego za aktywną działalność na rzecz rozwoju ruchu artystycznego i społeczno-kulturalnego, 25 dyplomów i listów gratulacyjnych za prace w upowszechnianiu kultury w lokalnym środowisku, 16 nagród i wyróżnień literackich, 3 wyróżnienia w ogólnopolskich konkursach recytatorskich (w tym srebrna i brązowa odznaka recytatora), dyplom uznania jednostki wojskowej (!), list pochwalny za pracę zaopatrzeniowca i magazyniera w ZRB MZEAS... i Medal XXXX lecia PRL (sic!)... Tego typu wyróżnień jest dużo więcej, ale kto by to liczył.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 52314