Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 277 249 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


DROGA CEGŁO W PRZEDMURZU!

niedziela, 22 czerwca 2014 9:06

Witam serdecznie drogich Siostry i Braci… we wszystkim (już wy wiecie w czym). Wiosna hula jak namiętny ksiądz w sypialni parafianek, ale to dobrze, wszak marzec to garniec. Szukam w sobie miłości i na szarych chodnikach pomiędzy szarymi blokami, bowiem szukajcie a znajdziecie, jak mówią grzybiarze, i mam nadzieję, która może być przekształci się w uduchowiona wiarę, na końcu tego tekstu i miłość spłynie Wam ode mnie przeze mnie i z Matki Ziemi. Przeglądając swój notatnik z 2012 roku znalazłem parę tak zwanych notek, które sami oceńcie, czy jeszcze są aktualne.

 

mk-polemiki.jpg

 

Uważam, że przywódcy polskiego kościoła katolickiego z premedytacja kolaborują z władzą świecką, zagłuszając sumienia przywilejami, a rezygnują z dobrego przykładu uczciwości, skruchy i skromności. Zamknięci w swych pałacach i rezydencjach są, jak ich totumfaccy czyli księża z wikarymi na plebaniach. Kąpią się we własnym sosie konformizmu i korzystają z uciech jakie daje pięć zmysłów. Uśmiechają się do prezydenta, premiera, ministrów, parlamentarzystów, którzy również w pałacach, rezydencjach i strzeżonych osiedlach oraz posiadłościach... daleko oddalonych od narodu. Za Jerzym Urbanem napiszę, że widzimy proces konstruktywnego współżycia pomiędzy władzą świecką i duchową. A Ciebie Siostro i Ciebie Bracie, ja dostrzegam i wznoszę modły za Was – ja katolikoheretyk.

 

LOVE, SEKS I DUREX, OTO TRZY FILARY WIECZORU W SYPIALNI

No oczywiście, to ostatnie może zastąpić spirala bezpłodności, zakładana przez Spidermana - i mamy pajęczą sieć, w której, niczym muchy na mej działce, dogorywa miliardy plemników, ku przerażeniu demografów, rozpaczy księży, bo się poczęcie w chrzest nie spienięży i radości tych normalnych z Marsa und Wenus, którzy to jako zwykli, chcą radować się swoją płciowością, cielesnością i zmysłowością - ot, możliwościami jakie daje bycie kobietą i mężczyzną w jednym łóżku. Możliwości jest wiele: normal, oral i anal. Znowu trójka mi wyszła! Ach te trójkąty!

 

EZOTERYKA, PARAPSYCHOLOGIA GŁOSZĄ,

że my jako dusza, sami sobie gotujemy w życiu wszystko! Pozytyw, negatyw, traumę, euforię, cierpienie, miłość, lęk, dobro, głód, poniżenie itd. Nie odpowiada na pytanie lub wymijająco: Na c.uj to wszystko?! Czemu nie wystarcza miłość, dobro, zachwyt, nasycenie? Czemu dusza jest tak bestialska wobec siebie, że każe swemu ciału wydłubywać oczy czy obcinać piersi? Żadne z ezoterycznych tłumaczeń się nie broni, dlatego czytam o nich, ale trzymam je na odległość kopa. Bo zawsze tłumaczy się to jakimś ułożeniem, sensem zaświatowym i sprawiedliwością czy innymi paranojami. Pachnie mi to jakimś zniewoleniem, tam po drugiej stronie również. Jest tam jakiś Wielki Brat, a nawet kilku i też trwa chocholi taniec.

 

NOTKA ŚTYRY

Późnym wieczorem, do północy już blisko, piłem piwo zamkowe, nie pasteryzowane, warzone w otwartych kadziach, no i oczywiście c.uja prawda, że na zamku w Namysłowie! No i o coraz mroczniejszej dacie jego początków - TERAZ WYPISUJĄ, ŻE JUŻ OD 1321 ROKU! Piwo doskonałe i mógłbym skończyć. Ale jego pierwszy haust, to jak wejście podczas podniesienia Tadzia Bułeczki z jego gromkim napomnieniem miejscowego prałata! Taki czad płynie w Twoje żyły, córko narodu i mojej Małej Ojczyzny, że ogień i zarazem delikatność tego uwarzenia, to jak kobieta, co zaufała swemu chłopcu i darowała mu klejnot dziewictwa, by razem z nim na końcu przeżyć ekstazę miłości zaklętą w dyskretnym, jednym kwiecie zaklętym w subtelnym smaku goryczki.

 

Teraz dorzucę garść anarchii tak zwanych limeryków, które się ciut uwolniły spode form.

 

Wena miast przyjść stawia kłody
Me wiersze już nie pierwszej wody
Zapomniałem o sprawach talentu
Bo wyrwałaś mnie z zamętu
Przez lody usty z Dziadowej Kłody
 
Marząc o piwie i golonce
Tam gdzie zachodziło czeskie słońce
Podkochiwały się dwa zaskrońce
W dwóch żmijach co kąsać nie chciały
Bo to zlewały i tylko wygrzewać się chciały
 
Pewien zgwałcony kleryk
Uciekł do miasta Limerick
Oprawcy go wytropili
I dalej gwałcili
Hersztem ich gwardian Eryk
 
W telewizji śniadaniowej pokazali panią prezydentową
I starą celebrychę - jak nową
Pod czerep aktoreczki świat też pojmują
Wszystkie one oczywiście świat qrwa ratują
I trzeciego pokolenia Kuroni zupkę już też gotową!
 
Na koniec wiersz mój, jeden z moich ulubionych, to kwintesencja mojej filozofii wolności, ale potwierdzają ją też poważni filozofowie i myśliciele, jak się przekonałem z innych tekstów.
 
Samotność (Wolność)
Inaczej to myśli
Których nigdy nie wyjawimy
Słowa które nie wypowiemy
Rzeczy których nie pokażemy
Entuzjazm którym nie zarazimy
 
Matek ojców żon dzieci
Córek synów kochanków kochanek
Partnerów partnerki przyjaciół przyjaciółek
 
Bo ukształtowani są
My też
Z ocen uprzedzeń wartości
Norm schematów zasad
 
Nie ma już w nich miejsca
Na to co jest sednem nas
To co dajemy drugiemu
Jest tylko naszą powłoką
Która do nas przywarła
Jak pajęcza lepka sieć
I w niej motamy się
Zwąc tą szarpaninę życiem
 
Niektórym nawet udaje się
Omotać tym swoją isotę
Niektórzy w tej lepkości
I akrobacji straszliwej
Dochodzą do godności
 
Przychodzimy tu wielką tajemnica będąc
I szybko uczymy się by nią pozostać
Esencja zawsze jest w nas
Uzewnętrzniamy pozory
Które kierują ludzkością
Zewnętrzność dusi
Wewnętrzność pali i rozsadza
I tak odchodzimy w śmierć
 
Dziękuję za pozor i mam nadzieję, w swym przeświadczeniu miłości k Wam, że dobrze bawiliście się. Proszę o opinię, co do aktualności tekstów - i w ogóle proszę o słowo Twoje Cegło w Przedmurzu! Zdrówka!
 
MOŻNA UPAŚĆ, ALE NIE WOLNO KLĘKAĆ
Jeśli choć raz uklękniesz, całe życie będziesz krzywdził. Jeśli piszesz poezje dla odbiorców, to pisz
zrozumiale, no chyba, że piszesz sobie i dla tak zwanych Muz, w takim razie możesz nawet rzęzić. Jak bardzo musi być człowiek chory i zdewaluowany, co tak zwanej miłości szuka w internecie, lub nawet zrozumienia. Niestety Bóg obsadza nas w takich rolach, w których są takie sceny, których nawet przy
minimum wrażliwości nie możemy zapomnieć, a tym bardziej ich sobie wybaczyć.
72 hurysy po śmierci?! Jakimi więc frajerami są terroryści, którzy w swej tępocie pozbawiają życia siebie i innych, a po tej debilnej akcji, po drugiej stronie czeka ich... zbiorowy gwałt. Dobrze jest gdy wagina jest elementem kobiety, a nie głupiej p..dy, i tak samo powiadam, gdy penis jest częścią mężczyzny, nie zas kawal c.uja! Pisze poezje by ci zetrzeć bielmo z oczu, a nie założyć opaskę z chmur. Wolę poezje, która rodzi bunt, krytycyzm i ironiczny śmiech, od tej bujającej w obłokach naiwności.
Mówią, że się zapętliłem, a to oni duszą się moją wolnością. CIA mówi Polakom kto jest bohaterem i patriotą, Watykan funduje nam świętych i edukację seksualną, a Polki w dodatku gżą się z Arabami, nawet Rydzyk kasę ponoć z zagranicy w reklamówkach woził. Wychodzi na to, że sens odnajdę  w
Dziadowej Kłodzie nad Widawą. Chciałem od Ciebie buzi, a Ty tylko mnie kochasz.
Miłością zmysłów nie nasycisz.
 
LUDZIOM BEZ SERCA ŻYJE SIĘ SPOKOJNIEJ
My ludzie jesteśmy pięknymi istotami, kiedyś to piękno uświadomimy sobie i zaczniemy zeń
czerpać, wszyscy wszystkim. Wyobrażam sobie Podhale bez Poronina, ale nie wyobrażam sobie Poronina bez Lenina. Można zarosnąć syfem, ale nie powinno się go łapać. Polska bez Maryi -wyobrażalne, ale bez wódki katastrofalne. Szwajcarią nigdy nie będziemy, ale nie wolno nam zatracić
ogórka kiszonego. Polska to bigos i kaszanka! Niektóre z moich myśli są jak niepowstrzymany erotycznie traktor. Małżonkowie zawsze się okłamują, na szczęście dla możliwości. Dzisiejszy świat oparty jest o pieniądz i wyścig do niego. Tak wiec jest sprzeczny z Przykazaniem Miłości Chrystusa, a to wprost prowadzi do braku szczęścia i radości z życia u zdecydowanej większości ludzi. Jedyne zakony jakie miały kiedykolwiek sens, to komuny hipisowskie i tabory cygańskie. 
Cale życie był skurwysynem, a umarł na zawał serca! Skąd je miał? Pewnie lekarz sfałszował wpis, dla lepszej polisy. Pragnę przypomnieć, że szwagrowi i wdowie się nie odmawia. Celibat nie sprzyja monogamii.
Ogólnie jestem dupa, ale gdybym był c.ujem, to nie byłbym sobą. Człowiek jest skomplikowany i nawet nie potrzebuje drugiego człowieka, by sobie namotać w życiu. Cel nie może uświęcać środków. Rywalizacja jest głupotą, prowadzącą do zdziczenia i ofiar. Z ludźmi zasad żyje się trudno, bo nawet mój szczery uśmiech może nie spełniać ich kryteriów.
 
Dlatego Słowo Odwieczne
Śmiem odmówić człowieczeństwa
Temu co ma fizys ludzką
A psyche podłą i karykaturalną
 
Dlatego mówię zakonnicy
Suszącej piersi i sutki sterczące
Dla bóstw wszelakich
Nie tryskającej sokiem waginy
W usta tych soków pragnące
 
Dlatego jest człekokształtnym ścierwem
Siedemdziesięcioletni oblech zboczeniec
Kupujący dziewięcioletnią żonę
Z mocy chorego zakonu
Chorej religii
Bestialskiej tradycji
Sadystycznej dzikiej chorej chuci
Odwracający cwanie kota
Zwąc to barbarzyństwo
KULTURĄ
Dlatego...
Dlatego...
Dlatego...
 
Wreszcie nie zachwycili się
Lwią październikową grzywą
SŁONECZNIKA
Przeszli nie otwierając ust
W słowie zachwytu i wzruszenia
No  strącam ich do mordoru
Z mojego Olimpu
 
Bo ja nie muszę być poprawnym
I kochać tolerować przemilczać
Który skrzywdziłeś masz poczuć
Która więdniesz w nawiedzeniu
W okrucieństwo - samo zło...
 
Tym którym, tak zwani ludzie zgotowali
Ten los na całej ziemi i gotują wciąż.
 
Niech kukułki zmartwychwstania, podrzucą Ci chociaż parę pisanek, z których
wykluje się Oblubieniec Los, nim światło z oliwy rozbłyśnie w dym, który 
w nicość przehula wiatr. Niech codzienności słony pot i gorzkie lzy 
z kolejnej pisanki Gość przemieni w najsmaczniejsze 
czerwone wino na weselu, które będzie trwało po Twojego czasu kres.
A z tej tam pisanki - Twojej, a niech sie kłują Twoje marzenia,
najskrytsze, najwartościowsze i niech budują Ciebie, jak z
brzydkiego kaczęcia w piękny, idealnie skrojony Twój każdy dzień, że
będziesz zachwycać siebie i świat. 
Jeszcze może pisanka niech otworzy się, a z niej na każdą noc niech zstąpi 
w Ciebie sen w ramionach z namiętności, rozkoszy, aż po spokojny świt 
i poranek rześki, pewny bez opaski z mgły leku na oczach, sercu i duszy.
Wiec idź zmartwychwstanie w Ciebie. Powiadam ci i nakazuję - się dziej!
No może jeszcze świątecznej baby każdy kęs niech roztopi się w miłość.
Może mazurka każdy kęs niech stworzy miesiąc uśmiechu.
Niech żurku każdy łyk stworzy nowe coś, piękne, nieprzewidywalne 
w możliwościach dobrego, szalonego, niemierzalnego i niemającego 
kresu w niezwykłości. Dorota, Michał i Mirek Kurowscy życzą!
Ps. Niech Pisklę zmartwychwstania jak to kukułcze dzieci narozrabia w Twoim
gniazdku i wyrzuci kilka zniewalających Cię srok, których ogony przywarły
do Ciebie i ciągniesz je nie wiadomo po co? Zaprawdę powiadam kukułcze jajo
prawdę Ci powie! A teraz baw się!
 
OCZY PYTAJĄCEGO WIDZĄ WIĘCEJ OD OCZU WIERZĄCEGO. 
Matka najczęściej bywa teściową, i tu rodzi się pytanie; Czemu Bóg pracował tylko tydzień? 25 lat kopulować jedną panienkę… Pytanie o piekło na ziemi jest uzasadnione. Możesz kochać człowieka ile chcesz, ale nigdy mu nie ufaj. Puściłem się wczoraj z niepełnoletnią whisky, a dziś mam kaca nie tylko moralnego. 
Kobieto z Cytatów, tyle razy w smutku skąpana. 
Tylekroć łzami samotności rozmazana. 
A dziś, jakie jest dziś - czy jest cud? 
I jest ów, któremu wreszcie biust do ust? 
Może to wiele nie pomoże. 
Ale Fyrfl dla Ciebie orze jak może! 
Za Cię modlitwy i mantry wznosi. 
Dają Perun i Weles, że te usta wyprosi. 
Będziesz w bliskości skąpana. 
Od popołudnia przez noc do rana. 
Fyrfle nie gwarantują od razu miłości. 
Ale chociaż orgie w perwersyjnej namiętności. 
Moje damy nasze twórcze Panie, 
niech nam się według potrzeb stanie. 
W opinii swej zostaw mi Info. 
Moja Muzo Weno Rusalko i Nimfo.

Jeżeli mężczyzna poszukuje wyłącznie duchowego piękna w wierszu, kobiecie czy szerzej - w życiu, to jak on musi być stłamszony przez los, albo jest zdefektowany psychicznie, ale myślę, że najczęściej jedno łączy się z drugim, pozostaje jeszcze zniewolenie umysłu w prawdach, doktrynach, ideach... Pełno Was tu, buszujących w złotych kłosach internetowych portali. Połamańców i wagabund jak ten walczący z Tiną Turner pod kopułą gromu. Husarią Don Kichotów jesteście, na widok której wiatrakom opadają skrzydła... ze śmiechu i zażenowania. Obleczeni we Włosienicę poprawności, nie jesteście weseli jak Sancho Pansa.

 
mk
 

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

JAŚ KOWALSKI TEJ NOCY

niedziela, 22 czerwca 2014 8:59

mk-polemiki.jpg

poprzedzającej wielki i świąteczny dzień, spał bardzo źle z niecierpliwości i wstał już o szóstej rano. Podniecony, kręcił się po domu, przyglądając się rozwieszonym, wyprasowanym i wykrochmalonym, świątecznym ubraniom mamy, taty i swojemu. Bo dziś było wielkie, polskie święto - 22 lipca! Jaś nie mógł doczekać się wielkiej i uroczystej akademii w szkole, z udziałem władz gminy i przedstawiciela województwa, na której odznaczenie odbierze też jego tatuś. Wychowawczyni już tydzień wcześniej obiecała Jasiowi, że to on będzie trzymał w swych rękach drzewce z wielkim, czerwonym sztandarem, symbolem przelanej krwi robotników na całym socjalistycznym i tym zniewolonym, kapitalistycznym świecie.

Tymczasem Jaś ubrał się w inne ubranie i rowerem pojechał do miejscowego kościoła parafialnego, gdzie miał służyć do mszy porannej jako najprawdziwszy ministrant. To rozdwojenie ideowe Jasia było efektem kompromisu pomiędzy tatusiem a mamusią. Mamusia cieszyła się wprawdzie, iż tata jest wziętym działaczem PZPR, będąc jedynie zwykłym drwalem, bo i wczasy w Bułgarii były i maluch! Wiedziała jednak, że trzeba się umieć ustawić i jednocześnie z ludźmi żyć, toteż koniecznym było by Jaś był ministrantem. Łechtało to nawet ambicje proboszcza, że syn takiego zapartego komucha do mszy służy, a i jakimś sposobem tata Jasia zawsze na plebanie przynosił duże sumki pieniędzy na potrzeby wspólnoty od skruszonych grzeszników jak to określał. Mama Jasia mówiła, że rodzina jest najważniejsza. Dla niej zrobi wszystko! Jak trzeba to piekło poruszy i się diabłu nadstawi! Jaś jeszcze nie dywagował w sobie o co tak naprawdę mamusi chodziło. Słuchał z czułością rozmów matki i ojca. Ona mówiła mu:

- Kaziu! Kochany czerwony knurze, samo włażenie komuchom w tyłek nie wystarczy, i dlatego z czarnymi trzeba żyć, i ludzi wkoło widzieć, baczyć na dewoty cholery, bo te qrwy namieszać umią nawet księdzu! Ale ja je biorę na siebie i katabasa też! Widzisz, qrwa, co pojebańcy wyprawiają w  Radomiu! Ja ci powiadam ten jebnięty naród nigdy nie zawierzył Maryjce Częstochowskiej i qrwa nie czeka aż Jezusek na osiołku zajedzie, tylko oni, qrwy w konie wierzą! A ściślej, qrwa, dwa.

Ojciec Jasia zawsze tych tyrad mamusi słuchał z podziwem i uśmiechem szacunku i zrozumienia.

-  Te pierdolce wierzą - kontynuowała mamusia - że Józiu Piłsudski na kasztance, a Andersik na białym ogrze przygalopują zmartwychwstali! Oni, qrwa, myślą, że będzie im lepiej na pańskim chlebie i bez ubezpieczenia zdrowotnego! Duraki myślą, że ekonom da im, opartym o szpadle, osiem godzin stać w robocie.

Ojciec Jasia uśmiechał się wtedy i raz powiedział do żony piękne słowa, które Jasiowi zapamiętały się i, które stale w późniejszym życiu przypominał sobie i były mu jak droga do Mekki!

-  Pamiętaj Halina, że ze wszystkich świń knury i lochy żyją najdłużej! O tym każda baba i facet wiedzieć powinni najpierw, a i przed chrztem jeszcze! Trza tylko wiedzieć komu nadstawić i kogo kopulować, a życie może być rajem!

 -  Słusznie mówisz, knurciu! I Halinka mocno językiem weszła w usta pełne jajecznicy swojego męża. Byli arcyszczęśliwi, rozumieli się, znali swoje cele i środki do nich.

Jasio lubił swoje posługiwanie do mszy, bo ten część tacy dawał do podziału ministrantom, a i zawsze miał zachodnie cukierki i czekolady, którymi chojnie obdarowywał ministrantów. Kiedy przyszły dary do parafii, to zawsze prosił Jasia by ten przysłał mamę po konserwy, ubrania i inne rzeczy, nim reszta hołoty wiejskiej się zleci. Dlatego chodził Jaś pięknie ubrany, w eleganckie, markowe, innastrannyje ciuchy i buty, a nawet plecak miał Adidasa! Zawsze na ich stole królowała niemiecka kawa, likiery z całej EWG i proszki do prania toże! Mamusia odwdzięczała się sprzątając plebanię raz w tygodniu, a nawet dwa i Jaś nie przejmował się, gdy koledzy i koleżanki mówili mu, że ich tatusiowie i mamusie mówią, że jego mama jest świętością jebaną.

Wrócił do domu ze mszy i przyniósł trzy belgijskie czekoladki dla nich trojga, które doprawiły smakiem ich śniadanie, wspólne, pełne pikantnych rozmówek rodziców. A Jaś słuchał i jak gąbka mądrością życiową nasiąkał. Po śniadaniu wszyscy wesoło ubrali się w świąteczne ciuchy i nowym czerwonym Fiatem 126p pojechali do nowo wybudowanej, zbiorczej szkoły podstawowej, gdzie w pięknej, nowej i funkcjonalnej sali gimnastycznej, miała się odbyć akademia ku czci 22 lipca, czyli Manifestu Lipcowego, który przywrócił ludziom pracy godność, a Polsce cześć! Uhonorowani mieli być na niej przodownicy pracy socjalistycznej i aktywiści ludowi. Jaś z dumą i drżeniem rąk i mocniej bijącym sercem trzymał drzewce z ogromnym czerwonym sztandarem. Czuł, jakby jedną rękę wspomagał mu Bóg Ojciec, a drugą Marks Karol i wręcz promieniał na twarzy! Uroczystość rozpoczęła się od gromkiego odśpiewania przez wszystkich zebranych hymnu państwowego, a grała hucznie strażacka orkiestra. Najsamważniejszym punktem uroczystości dla Jasia było, i łzy mu poleciały, kiedy jego tatuś, młody przecież człowiek, odbierał krzyż zasługi i branżową, leśniczą odznakę zasłużonego przodownika pracy socjalistycznej! Jak zwykle w takich wypadkach, imprezę uskuteczniły występy dzieci przedszkolnych, szkolnych i orkiestry dętej, a na koniec wszyscy odśpiewali niczym chór Aleksandrowa „Wyklęty powstań ludu ziemi”. Potem wybrańcy, orły epoki sukcesu, udali sie do remizy na obiad z udziałem władz gminy i przedstawiciela województwa. Pośród zaproszonych był oczywiście ojciec Jasia i mąż pani Haliny. Były toasty za PRL, PZPR, Edwarda Gierka i na pohybel warchołom! Panie z koła gospodyń wiejskich krzątały się, podając do stołów własne dzieła wszelkiej wiejskiej, pysznej kulinarności. Gotowały też i usługiwały kucharki ze szkoły zbiorczej, dostając za to specjalną premię i talony na gorące posiłki i lody podczas wieczornej zabawy, która jak każdego roku odbyć się miała w oddalonym o 2 kilometry parku gminnym, zwanym „Małpim Gajem". Takie talony też dała Jasiowi w trakcie obiadu mama. On zaś wesoło biegał wśród stolików i był brany na kolana, głaskany i częstowany cukierkami przez naczelnika, sekretarza gminy, dyrektorkę szkoły, nadleśniczego, szefa OSP czy komendanta posterunku milicji.

Pan naczelnik gminy, w pewnym momencie wyszedł z tatusiem Jasia na papierosa poza remizę.

-  Kaziu, z województwem dogadałem twój kontrakt w Iraku, tam będą budowali cukrownię i pojedziesz jako spawacz.

-  Dobrze Karolku, ja juz nawet papiery „wyrobiłem" i szwagier uczy mnie co i jak w tym fachu!

-  A jak moje drzewo się ma?

-  Się ma dobrze i jest piękne i najlepsze, a nawet glejt nadleśniczy bumagnął! Jest więc czyste jak łza radości dziewictwa, co kończy w objęciach księcia z bajki! W niedzielę będzie nad jeziorkiem.

-  A se będziemy biby Kaziuchna robić! Ta firma co z nią do Iraku jedziesz, to za rok będzie budować na Węgrzech, a później w Bułgarii, no to się spraw w tym Iraku! A moja i Julka w tym łbawica by Cię tam nie zabrakło.

-  Dam radę!

-  Ty swój chłop jesteś, więc może byś chciał na kursy do Warszawy, a potem do Moskwy? Towarzysze z województwa widzą cię!

-  No to się śpiesz Karol, bo i nadleśniczy Gozdawa ma dla mnie widoki! Ale Karol! Ja to myślę papiery pozbierać, nauczyć się i prywatkę otworzyć jak u bratanków kasy zarobię. Szkoły i inne budynki trza remontować Karolku, a wtedy ty przy mnie też się obłowisz! Karolciu to będą kokosy!

-  Ty masz czachę! Genialne!

I Jasiu słuchał takich rozmów ojca z leśniczym, sekretarzem, nadleśniczym, a szczególnie ciepło tatuś rozmawiał z młodą, ładną i zgrabną dyrektorką szkoły, co jak wieść gminna niosła Jagielonkę kończyła i wierzby szumiały, że jest rodziną do samego przewodniczącego rady państwa. Po obiedzie w remizie nasi bohaterowie powrócili do domu weselsi o kilka kieliszków bałtyckiej i kilka literatek tej nie powtarzalnej, landrynkowej oranżady. Przebrali się i pojechali do Małpiego Gaju, gdzie Jasio miał wziąć udział w turnieju piłki nożnej, a rodzice w biesiadzie i zabawie. Jaś reprezentował swoją szkołę, w swojej grupie wiekowej jako bramkarz. Socjalistyczna Polska to nie Ameryka więc rodzice nie szli podziwiać swojego syna na boisko, ale od razu zabierali się za biesiadowania z ówczesnymi elytami gminnymi, wspomaganymi tłuściutkim przedstawicielem województwa.

Małpi Gaj był zieloną wyspą pośród pól uprawnych. Prowadziła do niego żużlowa droga, odbijająca od drogi powiatowej, łączącej wieś gminną z pozostałymi sołectwami. Jak na tamte lata był to nowoczesny park, pełen żużlowych alejek do spacerowania i zatoczek z ławkami. Posiadał dużą scenę dla przygrywających zespołów, czy występów dziecięcych grup śpiewaczych i tanecznych. Parkiet stanowił duży asfaltowany plac, a wokoło niego było dużo stolików. Nad stolikami i parkietem była wiata, aby biesiadnicy nie zmokli. Wokoło tego wybudowano kilka drewnianych bufetów, z których sprzedawano pieczoną kiełbasę, kaszankę, lody czy oranżadę, no i wszelkie alkohole. Na obrzeżach parku były boiska do piłki nożnej, ręcznej, koszykówki, siatkówki, a nawet kort i plac zabaw. Wtedy nikt nad tym nie pomyślał, ale myślę, że dziś można by tam urządzić znakomity park linowo-wspinaczkowy. A same zaś drzewa? Skąd się tam wzięły? A to proste! Było to ogromne cmentarzysko ofiar dżumy i czarnej ospy z szesnastego i siedemnastego wieku. Może zabawa dlatego tam była tak prześwietna i zarazem ile kos tam sprzedano! Wokoło parku były wyżużlowane parkingi na samochody. Rozwój kraju i zamożności jego mieszkańców postępował zgodnie z wytycznymi kolejnych pięciolatek, więc pierwszego maja, 22 lipca i na zabawach OSP miejsca na parkingach brakowało, albo jednak one były mniejsze niż postrzegałem je pacholęciem będąc. Naszą rodzinę powitał na takim parkingu dzielnicowy, który starał się zachować porządek i jeśli kierowca nie mógł o własnych siłach wejść do samochodu, to proponował nocleg na którejś z wielu ławek w jakie wyposażono park, ale to tylko drażniło dumę POLAKA i jak już wsiadł, to pojechał. I tak jest do dziś. Dzielnicowy działał w dobrej, socjalistycznej wierze, bo nad ranem traktory zaprzężone do kwadratowych bud osobowych odwoziły radośnie zmęczonych zabawowiczów do ich sołectw. Na co dzień te ciągniki i te budy dowoziły dzieci do zbiorczych szkół gminnych.

Jasiu zaraz poszedł bronić barw szkoły, a tata i mama walczyć o pozycję rodziny. Zasiedli przy tak zwanym stoliku prezydialnym - dziś vipowskim. Jaś bronił tego dnia cudownie, mając decydujący wpływ na wiktorię swojej drużyny. Po meczu Małgosia z Ib podeszła do niego i wypaliła:

-  Janek daj mi talon na loda i oranżadę, wiem, że masz, a ja ci za to cipkę pokażę!

-  Wolę jak mi dasz tą serię z motylami, co twój tato przywiózł z Mongolii, ale po ci talony jak ty masz?

-  Bo chcę mieć więcej! Ale dam ci te motyle, ale daj mi na dwie oranżady!

-  No dobra! Ty to jakaś żydówa chyba jesteś co?

-  A co to?

-  Nie wiem ino tylko rodzice mówią, że jak kto się targuje to Żyd.

-  No to ty też jesteś Żyd!

Rozmowy dzieci są zawsze szczere i bezkompromisowe. A lody Bambino? Były cudowne i smakowite nad wyraz, może dlatego, że były faktycznie jedyne. Jaś i Małgosia cudownie bawili się przy oranżadzie i lodach. Szczęśliwa Małgosia sama pokazała Jasiowi cipkę! A nawet położyła na niej Jasiową dłoń, bo jak powiedziała tata mamie tako robi i oboje są tacy szczęśliwi, ale Jaś jeszcze nie okazywał jakichś emocji i zaproponował Małgosi karuzelę. Kilka dni później Jaś opowiedział o tym mamie, a ta mu powiedziała żeby trzymał z Małgosią, bo ta to córka komendanta i już wie po co natura jej dała to i da jeszcze więcej! Jasiu z nią nie zginiesz - ona jakby moją córka była! Pamiętaj! Cipka to droga do wszystkiego i nie słuchaj ludzi, nic ją nie zmydli! Lata mijały, a Jaś, Janek coraz więcej rozumiał i korzystał z tych matczynych rad!

Tymczasem rodzice Jasia bawili się w najlepsze. Jedli, pili, śpiewali, opowiadali tysiącletnie kawały, tańczyli z kim trzeba czyli z małżonkami naczelnika, komendanta, dyrektorów, prezesów! Gdzieś w tym widzie zabaw i alkoholu pogubili się. Pod wieczór zmęczony Jaś przyszedł do mamy i powiedział by tato zawiózł go spać do cioci. Mama zaczęła szukać tatusia, domyślając się gdzie może on być i jej intuicja, ba! - znajomość męża, życia doprowadziła ja do olchowych zarośli, spośród których usłyszała radosne sapanie i jęki przechodzące w spazmy rozkoszy. Zostawiła Jasia na alei, a sama poszła zobaczyć, co wiedziała, że zobaczy. Odsuwając krzaki wreszcie ujrzała swojego ukochanego knurka, jak go pieszczotliwie nazywała, a ten z furią napierał na to co było pomiędzy nogami w obcasikach zawieszonych na jego ramionach. Twarzy właścicielki nóg nie dojrzała, bo była nań zarzucona długa spódnica, ale wiedziała, że buciki i spódnica należą do dyrektorki szkoły. Wycofała się, a Jaś zapytał, co to tak piszczy?

-  To jeże bawią się!

-  A ja z Małgosią słyszałem już dziś te piski mamusiu w krzakach tam koło pola Malinowskich i poszliśmy je zobaczyć, a tam sołtys...

-  Dobrze Jasiu, ale nie mów o tym nikomu! Po prostu dorośli mają swoje zabawy.

-  Rozumiem mamusiu.

Tatuś Jasia zaraz przyszedł do prezydialnego i czule ucałował rozpromienioną mamusię. Potem odwiózł Jasia do cioci, czyli siostry mamusi. W tym czasie alkohol spowodował, to co zawsze powodował u mamusi czyli nawrót skłonności nimfomańskich. W godzinę Halinka trzykrotnie uderzyła we francuskie zakamarki raju i korzystała z hojnych przyrodzeń młodego gajowego po szkole milickiej, komendanta posterunku milicji i komendanta OSP, bo z opowieści koleżanek z KGW wiedziała, że tam znajdzie najobfitsze żniwo i wiedziała, że sama musi wykazać kunszt nim zazna tego nie do opisania smaku wytrysku. Musiała się spisać bo we wsi nic się nie ukryje!

I ja tam byłem

Oranżadę piłem

Lody lizałem

Życie podglądałem

No cóż, piłem za rodziców pieniądze i może nie skorzystałem z życiowych rad na których opiera się naszość, swojskość, religijność, tradycyjność, polskość, słuszność. Myślę, że czytelnik znajdzie w tym opowiadaniu potwierdzenie dla wielu narodowych prawd, wartości, które stanowią, że jesteśmy kim jesteśmy i w tym miejscu którym jesteśmy. Tak wykuwały się elyty trzeciej i czwartej ER PE, tak kształtowała się nasza religijność, kultura i to, że 75 procent nie znajut kak czitat’ knigi! A nasza rodzina ma się dobrze i prze naprzód, o czym jak Bóg da jeszcze zapewne nastąpi.

Dziękuję za cierpliwość i życzę długich, nocnych Polaków rozmów - nieście proszę te opowieści znad Widawy swoim znajomym, przyjaciołom, rodzinie w cały świat, który istnieje dzięki MFW i status quo panującym we wszechświecie! Zdrowia i Pokoju!

 

Ciocia Zosia, Wuj Stach, Fyrfl Gulgwanc

polecają się Waszym modlitwom i medytacjom!

mk

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

DO TEGO WYJAZDU MUSIAŁEM SIĘ PRZYGOTOWAĆ

niedziela, 22 czerwca 2014 8:58

mk-polemiki.jpg

Najpierw poinformowałem o nim szefa, a później napisałem raport, że w czasie urlopu będę przebywał za granicą. Wzbudziło to oczywiście szereg pytań i komentarzy w mojej komendzie. Było to bardzo zawistne środowisko. Oczywiście pytali czy jadę do pracy? Kłamałem, za każdym razem odpowiadając, iż jadę na zaproszenie byłych właścicieli domu, w którym teraz mieszkają moi teściowie. Oni mieszkają w poniemieckim bauerowskim domu na wsi, ale syn byłej właścicielki nigdy nas nie zapraszał, za to rok rocznie przyjeżdżał i mówił, że kiedyś tu z powrotem będą Niemcy. Pamiętam, że jego matka mówiła, że mur berliński runie, a wszyscyśmy się z tego śmiali, więc historia może zatoczyć koło i kiedyś tu mogą być Niemcy, ale ja już wolałbym by tu były ewentualnie Czechy.

          Na wyjazd do pracy do Niemiec, zdecydowałem się, bo poprosił mnie o to brat, gdyż znałem język niemiecki i była to typowa drwalska robota, na której się znałem, no i miałem prawo jazdy na ciągnik, uprawnienia na piłę motorową i wszystkie inne maszyny leśne. Pasjonowała mnie Policja, ale zarobki były nędzne. Żona i dwoje dzieci. Dorabiałem więc na czarno jako drwal u brata. Musiałem trzymać język krótko, by się nie wygadać, bo tak zwanych znajomych z pracy, a zwłaszcza kierownictwo „fabryki" bolało, jeśli miało się dobry samochód, czy telewizor. Na takiego delikwenta nasyłano Urząd Skarbowy, Biuro Spraw Wewnętrznych, czy też przeprowadzano z takim policjantem rozmowy ostrzegawcze, że jeśli nie ujawni źródła dochodów to powiadomią prokuraturę i nie ma co liczyć na nagrody czy awanse. Ponadto był stale w różny sposób szykanowany. Przyjmowano go na tak zwany „zeszyt", wpisując uwagi i ostrzeżenia w nim, wytykano mu na wszelkich odprawach błędy rzeczywiste i te niestworzone, a w służbie dosłownie śledzono go czyhając na każdy błąd. Policjant w mojej jednostce miał być biedny, posłuszny i bezwzględnie miał lizać rów przełożonym oraz donosić na innych policjantów. Tak było od zawsze w mojej jednostce i jest nadal. Nowe ustroje, nowe tysiąclecia nic tu nie zmieniły.

Brat do tej pracy zawsze jeździł z wujkiem, ale w tamtym roku wujek podłapał dobrą pracę w budowlance, na drugim końcu Niemiec i dlatego bratu potrzebny byłem ja. Typowych robotników leśnych nie mógł wziąć ze sobą, bo problem był zawsze jeden i ten sam: alkohol i złodziejstwo. Dlatego tez nie było mowy by mogli z nim jechać do porządnej, ale typowej bawarskiej rodziny.

           Hans i Weronika Majunke, mieszkali na przedmieściach Monachium, prowadząc gospodarstwo ekologiczne. Z nim mieszkał ojciec Hansa „Hainriś”, który pomimo bardzo podeszłego wieku pomagał im w gospodarstwie. Wujek remontował im pensjonat nad Morzem Północnym i tak dogadali się, że on oprócz budowlanki perfekcyjnie rozumie się na gospodarce leśnej i wszystkich pracach z nią związanych. Jesienią tego samego roku dostał zaproszenie i dokumenty potrzebne by wykonywał prace porządkowe w ich lesie. Potem z bratem jeździli tam co roku.

Przyjechaliśmy do Monachium w sobotę popołudniu. Zamieszkaliśmy w domku przeznaczonym dla gastarbajterów, położonym na tyłach kilkunastoarowego sadu. Domek czysty, eleganckie i super wyposażone pokoje i łazienki. Piszę to bo wiem, że nie zawsze tak jest i słyszałem smutne opowieści na temat traktowania Polaków. Była nawet telewizja satelitarna i sprzęt audio. Gospodarze zaraz zaprosili nas na obiad, w trakcie którego pogawędziliśmy miło, ale mnie ciągnęło aby obejrzeć zwierzęta i zabudowania gospodarskie. Hans pokazał mi wszystko i cieszył się moim zainteresowaniem. Miał nowoczesne ciągniki i maszyny, a jednocześnie w gospodarstwie były kury, kaczki, indyki, kuce, konie, krowy, świnie pałętające się w części gospodarczej. W rozmowie z nim zrozumiałem, że są pasjonatami - on i Weronika. Długo i dobrze mi się rozmawiało z nim na temat gospodarstwa. Na wieczór pomimo znużenia, ale nie zmęczenia, zaprosiłem ich by pograli z nami w kometkę, co było tu nowym elementem, przybyłym wraz ze mną.

Niedziela była jeszcze dniem wolnym, więc po śniadaniu wybraliśmy się do centrum Monachium. Jeden fakt zwrócił moją uwagę. Kiedy podchodziliśmy do przejścia dla pieszych, nadjeżdżające samochody zatrzymywały się. Podkreślam! Kiedy tylko zbliżaliśmy się do przejścia dla pieszych! Każdy, ale to każdy kierowca zatrzymywał auto. To dla mnie było szokiem kulturowym! Ale z drugiej strony brat powtarzał mi - tutaj mów po niemiecku, to lepiej będzie mi się tu żyło. Od tego czasu zatrzymuję się zawsze przed przejściem dla pieszych, i często ktoś na mnie zatrąbi lub hamuje za mną z piskiem opon. Pamiętam gdy wróciłem i zacząłem zatrzymywać się radiowozem, to dwukrotnie ktoś najechał na jego tył, krzycząc i wyzywając na mnie, nie zważając, że jestem policjantem. Dla tych ludzi byłem frajerem. W Polsce pieszy dziękuje mi za przepuszczenie, będąc bardzo zdziwionym moim postępowaniem. Przy obiedzie opowiedziałem o swoim zdziwieniu Hansowi i jego rodzinie, a ci byli zdziwieni moim zdziwieniem! Potem poszliśmy pomagać im w pracach gospodarskich. Dla mnie to był raj. Te zwierzaki, ogródek i sad. Pięknie sobie żyli. Weronika i Hans chyba to dostrzegli, bo chętnie mi tłumaczyli wszystko i opowiadali historię gospodarstwa.

       Nazajutrz, ze względu na upał wyjechaliśmy o świcie. Ciągnikiem kierowałem ja, a brat i Hainriś siedzieli na fotelikach po obu stronach kabiny. Znowu nastąpiło coś co mnie zaszokowało kompletnie. Jechaliśmy pagórkowatą drogą do lasu państwa Majunke. Jechaliśmy tak ze czterdzieści minut i nikt, ale to nikt nas nie wyprzedził i nie zatrąbił, choć jechało za nami kilkanaście aut. Była linia ciągła i nikt nie ważył się nas wyprzedzić. Tak potem było każdego dnia. Praca w lesie była taka jak wszędzie, ale moją uwagę zwróciły kolonie prawdziwków, które tam rosły i prezentowały się pięknie i budziły apetyt. Zapytałem Hainrisia, czemu ich nie zbierają? On tylko machnął ręką i powiedział, że to tylko chwast. Zacząłem mu tłumaczyć jak smaczne są grzyby, a on mi na to, że w nich sam ołów i pluton. Popołudniu ten temat podjąłem z Hansem i Weroniką, ale byli podobnie sceptyczni. Jednak nie ustępowałem. Poprosiłem ich bym mógł przygotować im kolację następnego dnia. Z oporami zgodzili się.

Rano znowu jechaliśmy pod górę ta sama drogą. Moją uwagę zwróciło coś na kształt obozowiska w lesie. Zapytałem Hainrisia. Powiedział, że - Ci tam to wielki wstyd dla Niemiec, to aspołeczni. Żyją na koszt państwa, nic nie robiąc i w nic się nie angażując. To było duże osiedle namiotów, baraków, przyczep kampingowych, a mieszkańcy jego kolorowi, zarośnięci i uśmiechnięci oraz wyglądali na bardzo szczęśliwych. Hainriś posmutniał i kręcił bardzo głową gdy patrzył w stronę koczowiska. Już za rok miałem okazję doświadczyć ich w swojej jednostce, kiedy taka gromada wesołych ludzi obozowała na postradzieckim lotnisku. Tego dnia elementem kolacji były borowiki w sosie śmietankowym. Początkowo Weronika kręciła nosem gdy rządziłem w jej królestwie, czyli kuchni, ale po pewnym czasie zaczęła się uśmiechać. Nieskromnie napiszę, że wiedziałem, że tak będzie, bo prawdziwki w sosie śmietankowym są czymś tak smacznym, że trudno się komukolwiek oprzeć ich smakowi i zapachowi. Do kuchni zwabiony przyszedł tez Hans - byli w siódmym niebie, gdy ich spróbowali. Potem była kolacja. Prawdziwki przebiły wszystkie pozostałe dania. Dobrze nam się rozmawiało. Na koniec zapytałem Weronikę czy ma jakieś słoiki, to nauczę ja marynować grzyby na różne sposoby. Słoiki miała, bo sama lubiła robić przetwory z warzyw i owoców. Wieczorem znowu ostro graliśmy w badmintona.

 

W pierwszą wolną niedzielę pojechaliśmy do bliźniaczego zamku do tego, który znajduje się w Mosznej na Opolszczyźnie. Pojechali z nami Majunkowie i Hainriś. Ja opowiadałem im o naszym zamku i jego historii, a jeszcze wtedy nie znałem prawdziwej historii grobu żołnierza niemieckiego, który jest niedaleko zamku w lesie. Niemiecki bliźniak był przepiękny i tak malowniczo położony, że zapierało dech w piersiach. W ogóle gdy się jechało alpejskimi drogami, to widoki były naprawdę bajeczne i ekscytujące. Następnej niedzieli zwiedzaliśmy stadion olimpijski, a przed kolejną niedzielą zapytałem moich pracodawców jak dojechać do Dachau? Nastąpiła konsternacja w nich i kłopotliwe milczenie. Po czym Hainriś nieśmiało zapytał: - Skąd my wiemy o Dachau? Odpowiedziałem mu, że u nas, a przynajmniej moje pokolenie uczono o tym w przedszkolu, podstawówce, liceum i na studiach i nie tylko o Dachau. W końcu wyciągnąłem od nich, że dla nich to temat wstydliwy, że o hitleryzmie, obozach, drugiej wojnie się milczy. Powiedziałem, że zauważyłem, bo nawet mówicie o polskich obozach zagłady, a to wyście je wybudowali i macie ich całkiem sporo na terenie swojego kraju, po czym zacząłem je wymieniać z dokładną lokalizacją. - Hainriś - powiedziałem - ty byłeś na wojnie, żyłeś w tamtych czasach , to wiesz jak było naprawdę. Hainriś powiedział, to co oni wszyscy mówią, łącznie z ich Papieżem, że do Hitler Jugend przymusowo go wcielili, a potem pojechał na wschodni front, gdzie dostał się do rosyjskiej niewoli, a po latach udało mu sie wrócić do Bawarii. Pochwalił się jednocześnie, że był we wszystkich miejscach gdzie walczył w Rosji i gdzie był niewolony, bo stać go na wycieczki po całym świecie. Powiedziałem im wtedy, że nasza babcia była rodowitą Niemką. Hans zaraz zapytał mnie, czemu moi rodzice nie starali sie wobec tego o obywatelstwo? Powiedziałem mu, że dziadek był gastarbajterem i córka bauera u którego pracował zakochała się w nim. Rodzice babci, nomen omen Weroniki, nigdy nie zaakceptowali tego związku i dziadek i babcia uciekli do Francji w okolice Lille, gdzie dziadek był górnikiem, a babcia wychowywała dzieci. Po jakimś czasie wrócili do Polski i kupili tu niewielkie gospodarstwo. Ich syn, a nasz ojciec mimo pochodzenia matki skosztował przymusowych robót w Niemczech i po tym co tu przeszedł, nie chciał słyszeć o wyjeździe do Niemiec. Z babcią zniszczyli wszelkie dokumenty świadczące o niemieckim pochodzeniu. Następnego dnia wspólnie pojechaliśmy do nazistowskiego obozu w Dachau. Byli zdziwieni zaszokowani, kiedy opowiadałem im historię powstania obozu oraz kim byli jego pierwsi więźniowie i męczennicy. Przywaliłem im, że jeśli będą zamiatać historię pod dywan i wstydzić się jej, to nigdy nie nabiorą szacunku do innych nacji, tu mieszkających, bo to się ściśle ze sobą wiąże. Zauważyłem, że zaimponowałem im historycznymi opowiastkami. Prosili mnie o więcej takich opowieści, że moje gawędy stały się rytuałem przy kolacjach.

 

         Miesiąc szybko minął. Weronika pewnego dnia nie wytrzymała i zapytała wprost: - Przepraszam cię! Kim ty jesteś? Jakie masz wykształcenie? Czy na pewno jesteś tylko drwalem?

- Jestem absolwentem filologii czeskiej, a w Polsce jestem policjantem, ale pensje w polskiej policji są głodowe więc dorabiam pracując w lesie. Hans gwałtownie zaprotestował.

-  Ty sobie z nasz kpisz!

- Nie rozumiem? - odpowiedziałem.

-  Bo widzisz, tutaj żaden komendant nie pozwoliłby na to aby policjant dorabiał gdziekolwiek, a już fizycznie?! Policjant to państwo! Pewne standardy muszą być zachowane, on musi dobrze zarabiać, mieć dom, dobry niemiecki samochód. Kuzyn jest policjantem i nikt tu nie dopuścił aby jego żona nie miała pracy! To komenda organizuje wczasy rodzinom policyjnym, dzieląc ich urlopy na dwie części, podczas których jadą za granicę, a drugi raz do ośrodka w kraju. Dlatego tak trudno mi uwierzyć w to co mówisz. U nas taki rząd podał by się zaraz do dymisji, za takie traktowanie ludzi od których zależy bezpieczeństwo mieszkańców kraju. Jak wasze państwo w ogóle funkcjonuje?!

 

  W niedzielę rano mieliśmy wracać do Polski. Tymczasem nasi gospodarze, w sobotę, powiadomili nas, że maja dla nas niespodziankę. Miejscowy komendant posterunku, w którym pracował kuzyn Hansa, zaprosił nas na przyjęcie w jego ogrodzie. Gdy dowiedział się, że pracuje tu policjant z Polski zapragnął mnie poznać. Impreza była przewspaniała,  znakomite dania z grilla, ich cudowne piwo, rozmowy do późnej nocy. Oni chcieliby pomagać mojej jednostce, ale wytłumaczyłem im, że mój pobyt jest nielegalny u nich i że mógłbym mieć duże problemy. Hans i Weronika powiedzieli, że dla nich to zaszczyt, że pracowałem dla nich i nigdy mi tego nie zapomną.

 

Po piętnastu latach służby w polskiej policji odszedłem na emeryturę i rentę, i wraz z żoną oraz dziećmi wyjechałem do... Monachium. Oprowadzam czeskie wycieczki po Bawarii, a żona pracuje na miejscowym uniwersytecie. Brat już tylko jako gość przyjeżdża do nas i państwa Majunke. W Polsce firma leśna dobrze mu prosperuje, o las państwa Majunke dbają Chorwaci. W Polskiej Policji nadal panuje system feudalno-cwaniacki. Gdy małżonek policjanta nie pracuje, to taka rodzina często nie ma co do garnka włożyć.

 

mk

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

MOŻNA PRÓBOWAĆ ZASTĄPIĆ MACIORĄ ODYŃCA - ALE JAK SIĘ TO SKOŃCZY?

poniedziałek, 03 marca 2014 9:20

Ciocia Zosia oglądała kanał czyli telewizję, a tam dwie Gosie. Uśmiechnięta i przeszczęśliwa pierwsza Gosia mówiła, że jak dla tej drugiej suknię szyła, ślubną białą suknię i jaki to miała stres, bo na Gosię nr 2 przecież wszystkie brukowce i cała ogłupiała część narodu patrzeć będzie. Tu Ciocia Zosia postanowiła stanąć po stronie tradycji i zauważyła, że biała suknia jest symbolem czystości - dziewictwa i przynależy się jedynie takowym pannom młodym. Tymczasem Gochna z TV, to czterdziestoletnie celebrycisko - aktorzysko! Szołbiznesu klacz i jak gawariła Ciocia Zosia, jej wianek przedziurawion jak polskie drogi, nawet krajowe, po zimie. Innymi słowy, w tym kominie, wielu kominiarzy sadzę zdzierało!

 

mk-polemiki.jpg

 

Czemu piszę o drogach krajowych? Ano bo, jeśli nawet, zakładając, że one budowane z lepszego materiału, to i tak mróz, sól, woda, TIR-y, robią swoje. Taka celebrycha - aktorzycha, jeśli ona nawet, z racji środowiska, w którym sie obraca (jest obracana), jest wytrzymalsza na zużywanie się dziewictwa, to i tak ono jest w stanie karykaturalnym.

Tu przyszło mi do głowy, że ona może być ewenement i z tego gatunku ludzi, co to mają żyć w przyszłości 150 lat. Taki człowiek rzekomo narodził się już w 2012 roku. No ale Gochna mogła być prototyp, jak Kargulowa locha prototypem odyńca była! Jest więc możliwe, że ludzie dziewictwo spokojnie nosić będą do czterdziestki, a potem dopiero zaryczą.

Gosia mogła też należeć do parafialnego stowarzyszenia „Do ślubu nie daję". A tych jak kot nasrał po całej Najjaśniejszej, albo padła ofiarą kampanii społecznej „Nie czytasz, nie sypiam z tobą". Faktycznie trzymając się tej zasady, w Polsce można pozostać prawiczkiem czy dziewicą do końca żywota. Ciocia Zosia przełączyła kanał. W drugim kanale kolejna Gosia udowadniała, że kobieta to mężczyzna. Tą i tamtą Gosiunię, łączyło to, że obie pracowały na planie dobranocek dla dorosłych, które zowią się serialami „opiniotwórczymi". Nadawane są po dziennikach, w porze największej oglądalności, kiedy rozum zaczyna zasypiać.

Schodzę na bliższą ziemię, a tu Wuj Stach ma znajomą Gosię, która popadła w uzależnienie od sekty biznesowo - handlowej, czyli opycha naiwnemu babskiemu ludowi kosmetyki i płyny do wszelkiej czystości, a sekta jest na zasadzie piramidki. Fajne dziewczę było, ale dla tej sekty zaczyna łbisko zadzierać, jak żyrafa za ostatnia akacją na sawannie.

Zaniedbuję pracę właściwą i nawet - Oł Dżizu! - eta była rasowa dewota, a tiepier szkaplerz kuda to w staniku, a różaniec z różanego drzewa, od samego Santo Subito, gdzieś w dolnej szufladzie, pod dokumentami z sekty biznesowej. To mnie jebło we łeb, bo i ja znaju Margaret od gara elektrycznego, za cztery koła, co ugotuje jak tylko i co tylko pomyślisz! I faktycznie! Nachalność owej Gosi, te zmiany w sposobie bycia, znamionujące przynależność do biznes sekty.

A co Gosiszcza mają ze sobą wspólnego? No to, że obie są nauczycielkami i zamiast wykładać swoje przedmioty lub rozczytywać maładioż w knigach K. Jakubowskiego lubo Cz. Kosturek czy Kacy Ewy, to na lekcjach nierzadko 45 minut zachwalają strony internetowe swych sekt, pokazują młodzieży katalogi i przyjmują zamówienia. Ja razgawariwał s nimi ab etam i ane gawarjat szto diengi za rabotu w szkole są marne i one muszą dorabiać.

Młodzież chętniej wziewa zapachy niż mugolską wiedzę. Znam jeszcze jedną Gosieńkę! Ta z natchnieniem siłaczki zaiwania na naprawdę trudnym odcinku edukacji. Może kiejś pozwoli mi opisać swoje dzieło?! Tymczasem nie, bo to byłaby szósta Gosia, a eta cyfra Lucypera! Ja Mastier pozwoliłem przyjrzeć się onym Margaretom i wyszło mi z badania ich miednic, każdy ginekolog to potwierdzi! - to jak leśnik liczy słoje na pniu drzewa i wie! No więc panie ministrze gospodarki! Tu domiar sie należy. Bykowe wystawić! Dodam jeszcze, że można próbować zastąpić maciorą odyńca, ale jak się to kończy, to polecam dzieło „Nie ma mocnych"!

 

Witam wszystkich w marcu i polecam wam siebie samych i bliźnich. Nie czyńcie sobie Iodów, a szukajcie ciepłej kobiecości w sobie i sypiąc na głowy popioły, dumajcie o wspieraniu się, o dobrych myślach, dobrych słowach. Mówią, że miłość naprawdę istnieje, więc szukajmy jej. Zdrówka.

 

m.k.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

NAMYSŁOWSKA IKEDA TO JESZCZE NIE PREHISTORIA

poniedziałek, 03 lutego 2014 11:41

NAMYSŁOWSKA „IKEDA”

TO JESZCZE NIE PREHISTORIA

 

Namysłowski zakład Ikeda (potocznie zwany „ziemniaczanką”) miał kilka ujęć wody pitnej, skąd czerpano H2O między innymi do produkcji legendarnych „Prażynek”. Było tam również jedno ujęcie z wodą nie nadającą się do spożycia, ale do celów tzw. gospodarczych płyn był akuratny. Zdarzyło się (pewnie nie jeden raz), że tej dobrej i zdrowej wody zabrakło – już nie pamiętam, czy z powodu jakiejś awarii, czy dlatego, że „Miejskie Wodociągi” przykręciły źródełko, z powodu ogromnych zadłużeń „Ikedy”.

Ta sytuacja trwała przez jakiś czas – i co? I nic – produkcja prażynek szła nadal pełną parą. Ciekawe, skąd czerpano wodę do produkcji? Ja się domyślam, a Ty, Szanowny Czytelniku?

Żeby nikogo nie krzywdzić pomówieniami starałem się zasięgnąć bliższych informacji i wówczas nieoczekiwanie stałem się posiadaczem kilkunastu bulwersujących zdjęć, dotyczących warunków higienicznych związanych z produkcją prażynek i transportem półfabrykatów do owej produkcji.

Bodaj dwa razy publikowałem te zdjęcia na łamach Gazety Ziemi Namysłowskiej, żądając wyjaśnień. Pytania kierowałem także do pracowników miejskiego Sanepidu, bo jeśli nawiedzali kontrolami Ikedę, to którędy wiodły ich nogi i na co spoglądali?

Nie odpowiedziano mi na pytania i zarzuty – z faktami nie da się przecież dyskutować, a jakie one są, każdy widzi. Za to GZN się oberwało (i mnie, co oczywiste) – najłagodniejsze epitety, to: pismak, paparazzi, gadzinówka i brukowiec.

Zamieszczam poniżej trzy zdjęcia, które potwierdzą to, co o produkcji prażynek napisałem.

 

ikeda - wewnatrz zakładowy transport.jpg

 

ikeda - przyszłe prażynki i dookolne ślady po gumoflcach.jpg

 

ikeda - prażynkowe kiełbaski na brudnej posadzce.jpg

Czy chcecie więcej takich ciekawostek?

 

Kazimierz Jakubowski


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


Licznik odwiedzin:  52 335  

O moim bloogu

Opinie, polemiki, felietony, zapiski podróżne.

O mnie

Praca: do niedawna prowadził prywatną działalność gospodarczą, był współwłaścicielem Gazety Ziemi Namysłowskiej, przez pewien czas pełnił obowiązki red. naczelnego w namysłowskim „Magazynie Powiatowym”, był redaktorem w „Panoramie Opolskiej”, redaktorem technicznym w „Gazecie z Głogówka:” reporterem Radia SUD, jest mlodszym instruktorem w Namysłowskim Ośrodku Kultury, opiekunem KMT „Wena”.
Wyróżnienia: Dyplom honorowy wojewody opolskiego za aktywną działalność na rzecz rozwoju ruchu artystycznego i społeczno-kulturalnego, 25 dyplomów i listów gratulacyjnych za prace w upowszechnianiu kultury w lokalnym środowisku, 16 nagród i wyróżnień literackich, 3 wyróżnienia w ogólnopolskich konkursach recytatorskich (w tym srebrna i brązowa odznaka recytatora), dyplom uznania jednostki wojskowej (!), list pochwalny za pracę zaopatrzeniowca i magazyniera w ZRB MZEAS... i Medal XXXX lecia PRL (sic!)... Tego typu wyróżnień jest dużo więcej, ale kto by to liczył.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 52335